poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Idzie nowe.

Bardzo nie lubię siadać do pisania po tak długich przerwach między wpisami. Zawsze wtedy odczuwam ogromne wyrzuty sumienia, że nie mam czasu prowadzić bloga tak na 100% i czuję zrezygnowanie, że mój blog nigdy nie przekroczy magicznej liczby tysiąca czytających lub polubiających mojego Fejbukowego Fan Pejdża. A wiem, że z czasem będę miała jeszcze mniej czsu jeśli wypali cały mój plan z otworzeniem własnej firmy. Nie wiem co wtedy będzie z blogiem. Ale nie ma co snuć czarnych myśli :) Żyję, jestem i jeśli ktoś potrzebuje kontaktu ze mną to wie gdzie mnie szukać w internetach :) 
Mały update co u mnie: NAJWAŻNIEJSZĄ, absolutnie cudowną wiadomością jest to, że w zeszłym miesiącu podeszłam do egzaminu zawodowego potwierdzającego moje kompetencje w zakresie behawioryzmu i szkolenia psów. Test teoretyczny był totalnym Armagedonem. 150 pytań. I egzamin na placu z psem. Zdałam!!! :) Kompletnie w to nie wierzyłam ale zdałam. Oficjalnie jestem psim trenere i behawiorystą. Od momentu egzaminu jestem dużo pewniejsza siebie. Wiem, że jeśli chcę to potrafię. Naprawdę czuję się zdecydowanie lepiej. 
Druga, fajna wiadomość jest taka, że niedługo... powiększy nam się rodzina!!! :) :) Nie- nie będę miała dziecka, borńcie mnie przed tym wszyscy bogowie. Przygarniamy drugiego psiaka. Jestem niesamowicie podekscytowana i szczęśliwa z tego powodu. Nasz wybór padł na malutką sunię, mieszkankę Jack Russel Terriera. Mała na razie jest u mojej koleżanki w Elblągu i mam nadzieję, że w ciągu 2, najdłużej 3 tygodni będzie już u nas. Nadaliśmy jej imię Raca. Zdrobniale Racuch ;) 



Dziewczyny już się poznały. Wisa oczywiście zaakceptowała małą od razu bo jest wspaniałym psem. Mała gorzej. To psiak po przejściach. Ma ooł 8 miesięcy a przez większość swojego życia była przetrzymywana w komórce i katowana przez poprzednich właścicieli. Bała się absolutnie wszystkiego. Na szczęście ciężka praca Moni- mojej kochanej koleżanki, która ukończyła tą samą szkołę co ja- daje efekty i Raca otwiera się coraz bardziej  na ludzi, psy i nowe przeżycia,  
Mój świat głównie kręci się wokół psów :) Na gotowanie mam coraz mniej czasu wiec dziś zaproszę Was na małą ale rewelacyjną przekąskę. Świetnie zastąpi niezdrowe (ale jakże pyszne) chipsy albo będzie po prostu przekąską w trakcie dnia. Ja często zabieram małe pudełeczko do pracy i uzupełniam tym samym białko w smaczny sposób ;)

Składniki:

  • 3 szklanki ugotowanej ciecierzycy (polecam ugotować samodzielne a nie brać z puszki ;) )
  • 2 łyżki oliwy z oliwek
  • papryka w proszku
  • czosnek granulowany
  • sól 
  • pieprz
  • Chana Masala (indyjska przyprawa do dań z ciecierzycy)
  • chilli w proszku




Ugtowaną i osączona cieciorkę umieszczamy w dużym garnku. Wlewamy oliwę i sypiemy tyle przypraw ile lubimy. Przyprawy możecie też sobie dowolnie zmieniać- ja używam tych powyżej bo taka kombinacja smaków mi bardzo podchodzi. Wszystko dokładnie mieszamy, tak aby ziarna cieciorki ładnie obtoczyły się w przyprawach. Ziarna cieciorki wkładamy do rozgrzanego do 200 stopni piekarnika i pieczemy około 30- 40 minut aż zaczną się robić złoto- brązowe. 




Musicie jednak kontrolować co kilka minut stan upieczenia cieciorki bo niestety ziarna szybko i łatwo się palą. Warto jednak poświęcić kilka minut na przygotowanie tej przekąski bo jest przepyszna i dużo zdrowsza niż chipsy lub paluszki. 




Mieszajcie, pieczcie i jedzcie!!! 
Smacznego ;) 


niedziela, 15 maja 2016

Risotto ze szparagami.

Witajcie kochani :)

Czasu mam jak zwykle mało ale ten przepis muszę tu wrzucić bo jest mega prosty i niezwykle pyszny. Wiadomo, że zaczął się sezon na szparagi. Ceny na targu- jak to na wolnym rynku. Od 5 zł za pęczek do nawet 11 zł!! Mi udało się wyhaczyć ładne i spore szparagi po 5 zł :)



Ja osobiście jak słyszę wyraz "szparagi" to od razu mam w głowie risotto. Ryż arborio i szparagi idealnie do siebie pasują. I wcale nie trzeba mieć wyszukanych czy drogich składników, żeby przygotować pyszny i sycący obiad dla dwóch osób. Po wyczerpującym, dwugodzinnym spacerze treningowym po lesie z Wisią zabrałam się do roboty. 

SKŁADNIKI:

  • 1 pęczek zielonych szparagów
  • 300 gramów ryżu do risotto 
  • 1 średnia cebula
  • 1,5 litra bulionu szparagowego 
  • 3 łyżki oleju kokosowego 
  • sól
  • pieprz
  • odrobina tymianku
  • wegański parmezan do udekorowania (ja zapomniałam o nim w trakcie robienia zdjęć)



Szparagi kroimy na 3 części: odcinamy zdrewniałe końcówki (nie wyrzucamy ich!!!) oraz główki. Środkowe, miękkie łodygi oraz główki odkładamy na bok i zajmujemy się przygotowaniem bulionu szparagowego. 
Do 1,5 litra gotującego się bulionu warzywnego (jeśli macie wegański bulion w kostkach o delikatnym smaku też możecie go użyć) wrzucamy zdrewniałe końcówki szparagów. Gotujemy pod przykryciem około 15 minut. Łyżką cedzakową wyjmujemy łodygi z bulionu, umieszczamy na sitku i, pomagając sobie łyżką, mocno odciskamy aby wydobyć z nich cały sok i bulion, którym naciągnęły. Wyciśnięty wywar wlewamy do bulionu a odciśnięte łodygi wyrzucamy. 
Wszystko to oczywiście pod czujnym okiem kuchennej asystentki.



Środkowe łodyżki kroimy ukośnie w plasterki i odkładamy do miski. Szparagowe główki wrzucamy do lekko osolonego wrzątku i gotujemy dokładnie 4 minuty- ani chwili dłużej ;) Odcedzamy i umieszczamy w naczyniu z lodowatą wodą. Pozwoli to na zachowanie pięknego, zielonego koloru i przerwie proces gotowania. 
W garnku rozpuszczamy olej kokosowy i podsmażamy na nim przez 2 minuty posiekaną cebulę i pokrojone w plasterki łodyżki. Do garnka wrzucamy suchy ryż do risotto i podsmażamy przez chwilę. 
Zawartość garnka zalewamy pierwszą chochlą gorącego bulionu szparagowego i gotujemy na małym ogniu. Gdy ryż wchłonie płyn dolewamy kolejną chochlę bulionu. Czynność powtarzamy aż do momentu gdy ryż będzie al dente- nie powinien  być ani zbyt twardawy ani rozgotowany. 
Teraz czas na główki szparagowe: na patelni rozgrzewamy odrobinę oleju kokosowego i szybko przesmażamy główki. Olej powinien być mocno rozgrzany, żeby szparagi szybko się zrumieniły ale pozostały chrupiące. 
Na talerz wykładamy risotto, układamy na wierzchu podsmażone szparagi, posypujemy pieprzem, parmezanem i szczyptą tymianku. 


Ja oczywiście zapomniałam o posypaniu parmezanem i tymiankiem, mimo, że obie przyprawy stały na szafce ale zapachy mnie tak zakręciły, że kompletnie o nich zapomniała. Chciałam jak najszybciej zrobić zdjęcia i zjeść to cudo. 


Smak jest wspaniały. Kremowy ryż, miękkie plasterki szparagów i barrrrdzo chrupiące szparagowe główki. Poezja smaku :)
Gotujcie, smażcie i jedźcie bo nie ma nic lepszego na tym świecie niż pyszne jedzenie (no i psy).

niedziela, 3 kwietnia 2016

Niedzielne słodkości.Brownie idealne.

Witajcie kochani!!!
Ostatnio mnóstwo dzieje się w moim życiu. Nawet nie mam czasu wejść na Fejsbuka bo mój cały czas wypełnia gotowanie, Wiska, nowa praca i... nowy domownik :) Zupełnie nieoczekiwanie i kompletnie niezaplanowanie wylądował u nas... gekon lamparci Andrzej :)


Andrzejka odebrałam z rąk nie do końca odpowiedzialnego właściciela. Był skrajnie wychudzony, wyczerpany i zarobaczony. Jest u nas od miesiąca i aktualnie walczę z robalami, które ma w brzuchu.Ale jesteśmy na dobrej drodze. Andrzejek jest boski. Lubię gady, 10 lat temu sama miałam agamę brodatą więc na szczęście wiem jak opiekować się takimi zwierzakami. Mało to wegańskie gdyż gekony sałatą raczej się nie odżywiają ale widocznie taki los był nam pisany ;)
U mnie wszystko układa się wspaniale- mam pracę, którą uwielbiam, w lipcu zdaję w końcu egzamin z Wisą i, nie będę zapeszać, być może w wakacje nastąpi poważny zwrot w moim życiu psio- zawodowym :) Ale napiszę o tym jak się spełni.




A skoro dziś niedziela, kiedy to praktycznie każdy ma czas na spokojny, domowy obiad z najbliższymi to nie może się obejść bez słodkości :) Dlatego proponuję Wam pyszne, ciągnące się jak krówka, słodkie brownie z wykorzystaniem słynnej czekolady z masłem orzechowym. Wszyscy chyba robią zapasy od kiedy w markecie z czerwonym owadem ;) owa czekolada dostępna jest w nieograniczonych ilościach i w bardzo przystępnej cenie. 




SKŁADNIKI na okrągłą foremkę o średnicy 20 cm (możecie zrobić w dowolnej, najwyżej będzie płaskie):

  • 1 tabliczka czekolady Wawel z masłem orzechowym
  • 4 łyżki kakao 
  • 2 łyżki mielonego siemienia lnianego (lub 1 banan)
  • 3 łyżki zimnej wody
  • 1 i 1/3 szklanki mąki
  • 1 i 1/3 szklanki cukru
  • 1/4 łyżeczki sody
  • 1/3 szklanki bardzo gorącej wody



Piekarnik rozgrzewamy do 170 stopni.
Siemię lniane mieszamy w szklance z 3 łyżkami zimnej wody i zostawiamy do napęcznienia. W garnku mieszamy mąkę i sodę. Do osobnego garnka wsypujemy kakao i wrzucamy pokrojoną na kawałki czekoladę z masłem orzechowym. Zalewamy 1/3 szklanki bardzo gorącej wody i dokładnie mieszamy. Do roztopionej czekolady dodajemy cukier i dokładnie mieszamy. Teraz do czekoladowej masy dodajemy siemię lniane i mąkę. Dokładnie mieszamy aż ciasto będzie dokładnie połączone. Powstałą masę umieszczamy w foremce wyłożone papierem. Uwaga- masa ekstremalnie klei się do rąk i łyżek ;) Pieczemy około 30 minut w 170 stopniach. 



Po upieczeniu musicie poczekać co najmniej pół godziny aby ciasto ostygło bo inaczej rozpadnie się i nie da się odlepić od papieru. 




Brownie jest pyszne, ciągnie się jak krówka, zalepia paszczę jak rasowa mordoklejka i jest meeeeega słodkie :) Mimo to trudno oderwać się od jedzenia. Pieczcie i jedzcie bo wato!!

I nie zapomnijcie i moim wegańskim i psim Fan Pejdżu :)

niedziela, 14 lutego 2016

Curry z tofu.

Witajcie :)

Dłuuugo nic nie pisałam ale ostatnio mnóstwo się dzieje. Mam nową pracę, fantastyczną. W końcu, po 9 latach męczarni udało mi się uwolnić od słuchawki. Praca w call center mnie wykończyła i zniszczyła mi zdrowie ale to już przeszłość :) Teraz mam świetną, lekką i bardzo ciekawą pracę. Co prawda również w korpo ale o niebo lepszą niż przez ostatnie lata. Cały wolny czas pochłania mi Wisia. Niestety z powodu pracy i wymagających szkoleń początkowych musiałam (z ogromnym bólem serca) zrezygnować z egzaminu trenerskiego w lutym ale następny termin mamy w lipcu i nic tym razem nam nie przeszkodzi. A poza tym życie układa się nad wyraz dobrze. Ten rok zapowiada się przebojowo, czeka nas mnóstwo poważnych zmian ale na razie o tym cicho sza ;) Skupmy się teraz na rewelacyjnym przepisie na curry, które możecie podać z ryżem albo nawet makaronem. Smakuje obłędnie, jest sycące i rozgrzewające. I w ogóle nie skomplikowane!!

Składniki:


  • 1 puszka mleka kokosowego
  • 2 papryki czerwone
  • 2 pomidory
  • 1 duża cebula
  • 1 kostka tofu wędzonego
  • 1/2 łyżeczki czosnku granulowanego lub 1 ząbek świeżego
  • 1 łyżka stołowa curry (a nawet kopiasta)
  • 1/2 łyżeczki kurkumy
  • 1/4 łyżeczki pieprzu 
  • odrobina chilli
  • sól
  • olej do smażenia

Papryki, pomidory i cebulę kroimy w średnią kostkę. Tofu kroimy tak jak mamy ochotę ;) Ja kroję w większą kostkę. Na patelni rozgrzewamy olej i smażymy cebulę aż do zeszklenia. W trakcie dodajemy wszystkie przyprawy OPRÓCZ soli i pieprzu. Po chwili dorzucamy tofu i delikatnie mieszając obsmażamy z każdej strony.



Dorzucamy na patelnię pomidory i paprykę i zalewamy to wszystko mlekiem kokosowym. Dusimy pod przykryciem dopóki papryka nie zmięknie. Wtedy też solimy i dodajemy pieprz. Podajemy z ryżem, makaronem, chlebem czy z tym na co mamy akurat ochotę :)



Zapewniam, że pokochacie to danie- robi się je błyskawicznie a porcja jest na tyle duża, że spokojnie starczy na 2 dni dla 2 osób. 

Standardowo przypominam o moim drugim blogu Canis Bonus, oraz o Fejsbukowych Fan Pejdżach: Canis Bonus oraz Veganicious :)

wtorek, 15 grudnia 2015

Przepyszna, rozgrzewająca zupa gulaszowa z kluseczkami.

Witajcie kochani :)
Pogoda robi się coraz bardziej zimowa, za kilkanaście dni skończy się 2015 rok. Dla mnie grudzień jest zawsze miesiącem przemyśleń i podsumowań. Najczęściej niezbyt wesołych bo dochodzę do wniosku, że przebimbałam kolejny rok swojego życia i nadal nic konstruktywnego z nim nie zrobiłam. Ale tym razem będzie inaczej. To był dobry rok :) Mimo wielu nieprzyjemnych sytuacji i porażek jednak tym razem zakwalifikuję 2015 rok jako dobry. Dużo dobrego się w nim wydarzyło. Najfajniejszym i najszczęśliwszym wydarzeniem było pojawienie się naszej ukochanej psicy. Ona już zmieniła moje życie na lepsze. A przed nami jeszcze tyyyyle dobrego :)


Fot. Monika Chodak Kora Photography


Być może nie zauważyliście ale dołączyłam do akcji JemyZdrowo - baner znajduje się na samej górze po prawej. Moje przepisy będą dostępne od teraz na ich stronie. 
O reszcie pozytywnych zmian w moim życiu może napiszę w następnym poście. A teraz podrzucam Wam przepis IDEALNY na tę porę roku- rozgrzewająca i sycąca, lekko pikantna i baaaaardzo pyszna zupa gulaszowa z kluseczkami. 




Składniki:

  • 3 duże pomidory
  • 1 kilogram ziemniaków
  • 2 czerwone papryki
  • pół słoiczka koncentratu pomidorowego
  • 1 łyżka pieprzu ziołowego
  • 1 łyżka czerwonej papryki
  • pół łyżeczki zmielonego kminku (można pominąć jeśli nie lubicie)
  • pół łyżeczki czarnego pieprzu
  • 1 łyżeczka soli
  • olej do podsmażenia warzyw
  • 2 litry wody
  • 12 suchych kotletów sojowych
  • 1 łyżka sosu sojowego
  • 1 łyżka majeranku
  • pół łyżeczki pieprzu do kotletów
  • 1 łyżeczka soli do kotletów
  • 2 szklanki wody
  • olej do podsmażenia kotletów
  • 3/4 szklanki mąki ziemniaczanej
  • 1/2 szklanki mąki pszennej
  • sól
  • woda

Najpierw przygotowujemy kotlety sojowe z patelni. Na rozgrzaną patelnię wlewamy 2 szklanki wody i dodajemy przyprawy wymienione w składnikach po kotletach sojowych. Do wody z przyprawami wrzucamy kotlety i gotujemy je, obracając co jakiś czas, d momentu gdy wchłoną całą wodę. Wtedy na patelnię dolewamy olej i smażymy kotlety tak by zrumieniły się z obu stron. Zdejmujemy z patelni, czekamy aż wystygną i kroimy w dużą kostkę. 
Teraz czas na zupę. Paprykę i pomidory kroimy w grubszą kostkę. Ziemniaki obieramy, kroimy w półplastry i gotujemy do miękkości. Odcedzamy i odkładamy na bok. Paprykę i pomidory podsmażamy w garnku na oleju z przyprawami przez około 5 minut. Wlewamy do tego 2 litry wody i dodajemy koncentrat pomidorowy. Dodajemy ugotowane ziemniaki i pokrojone w kostkę kotlety sojowe. 




Zabieramy się za robienie klusek. W garnku zagotowujemy osoloną wodę. Z podanych proporcji mąk, soli i wody ukręcamy bardzo gęste ciasto. Łyżką stołową nabieramy małe porcje ciasta i kładziemy na gotującą się wodę. Delikatnie mieszamy aby nie przyklejały się do dna oraz do siebie. Gotujemy około 5 minut, odceadzamy i wrzucamy do zupy. Wszystko razem gotujemy jeszcze około 5- 10 minut et voila!! Zupa gotowa. 




Zupa jest naprawdę przepyszna a jej duży talerz zjedzony razem z bułką lub pajdą chleba jest w stanie zastąpić zupę i drugie danie z uwagi na bogactwo składników i wyjątkową sytość. Dawno nie jadłam tak pysznej zupy, serio :)

Standardowo przypominam o moim drugim blogu Canis Bonus, na którym jutro pojawi się nowa notka oraz o Fejsbukowych Fan Pejdżach: Canis Bonus oraz Veganicious :)
Trzymajcie się!! 


sobota, 21 listopada 2015

Najprostsza a zarazem najpyszniejsza- tofucznica!!

Witajcie :)
Staram się teraz spinać tyłek, żeby i tu i na Psim Blogu umieszczać notki tak często, żeby każdy był usatysfakcjonowany. Zaglądajcie i komentujcie proszę na Psim Blogu i lajkujcie Fejsbukowego Fan Pejdża bo na razie pustki i lipa na drugim blogu :( A bardzo mi zależy, żeby trafił on do jak największej ilości osób.
A dziś ostatnia już recenzja BIO Tofu firmy Polsoja. I nie mogło zabraknąć wszystkim znanej ale masowo uwielbianej tofucznicy. Uwielbiam to danie, mogłabym jeść na obiad, na kolację i na śniadanie. Smakuje doskonale zarówno na zimno jak i na ciepło. Dodatki można wrzucić jak do jajecznicy- takie, które sobie wymyślicie. Spektrum możliwości jest ogromne. Tofucznica smakuje genialnie zarówno z tofu naturalnego jak i wędzonego. Do tego przepisu akurat użyłam BIO Tofu Naturalnego firmy Polsoja.




Składniki:

  • kostka BIO Tofu naturalnego firmy Polsoja
  • 1 cebula
  • olej do smażenia
  • czarna sól Kalak Namak (nadaje jajecznego smaku, jeśli nie macie użyjcie zwykłej)
  • pieprz
  • kurkuma
  • czosnek w proszku lub 1 ząbek zgniecionego na pastę czosnku świeżego

Tofu wraz z zalewą rozgniatamy widelcem albo w dłoniach na pożądane kawałki. Cebulę siekamy i podsmażamy na oleju. Dodajemy wszystkie przyprawy i chwilę smażymy. Dolewamy odrobinę oleju i wrzucamy rozgniecione tofu. Smażymy około 2 minut obtaczając tofu dokładnie w przyprawach. 
I koniec :) Przepis tak prosty jak niewegańska jajecznica.





Tofucznica jest idealna jako obiad do pracy- podgrzewasz i już. Albo jesz na zimno. I nadal jest pyszna. Można zalać keczupem i jeść z grzankami razowymi (tak jak ja) albo wydrążyć bułki i wrzucić tam tofucznicę, przykryć serem i zapiec jak tu. Możliwości jest milion. 




A wiec gotujcie, lajkujcie, komentujcie oba mojego blogi i bądźcie szczęśliwi ;) Bo jak człowiek dobrze zje to musi być szczęśliwy ;)



środa, 4 listopada 2015

Tarta z porem i ziemniakami i BIO Tofu wędzonym i kilka informacji.

Hej kochani!!
Zanim przejdziemy do przepisu mam informację :) Trochę (bardzo) się stresuję ale jednocześnie jestem bardzo podekscytowana gdyż ruszyłam z zapowiadanym od jakiegoś czasu Psim Projektem. Blog CanisBonus już istnieje. Istnieje również Fejsbukowy Fan Pejdż, który oczywiście polubiajcie tłumnie i zapraszajcie proszę znajomych. Na razie pustka na blogu i wieje nudą ale notki potem się rozkręcą, zrobią się baaaardzo ciekawe i merytoryczne.
Żeby Was zanadto nie zadręczać przejdę od razu do przepisu. To przedostatni przepis z użyciem BIO Tofu firmy Polsoja. Tym razem użyłam wędzonego BIO Tofu. Smak wędzonki idealnie pasował do tarty. Tak idealnie, że następnego dnia znowu popełniłam tę tartę ;)
Do przygotowania tej pyszności będziemy potrzebować:


  • ciasto do tarty z Waszego przepisu (przyznaję się bez bicia, że użyłam gotowego z Biedronki)
  • 1 kostka BIO Tofu wędzonego
  • 5 średnich ziemniaków
  • 2 pory (tylko białe części)
  • 3/4 szklanki sojonezu
  • sól
  • pieprz
  • tymianek
  • czosnek



Formę do tarty wykładamy ciastem (pójdę do piekła za tego gotowca) i nakłuwamy je widelcem. Pora kroimy w talarki. Ziemniaki obieramy i również kroimy w plasterki (w miarę cienkie). Na patelni rozgrzewamy olej i wrzucamy ziemniaki i pora. Podsmażamy a potem zalewamy wodą i solimy. Dusimy póki ziemniaki nie będą al dente a woda całkiem nie wyparuje. Wtedy dodajemy pieprz i tymianek i przekładamy masę do garnka. BIO Tofu wędzone dokładnie ugniatamy widelcem i dodajemy do garnka z porem i ziemniakami. Zalewamy sojonezem i dokładnie Mieszamy. Powstałą masę przekładamy na ciasto, wygładzamy i wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni. Pieczemy do momentu gdy ciasto na brzegach się zarumieni. 



Tarta jest bardzo sycąca i obłędnie pyszna. Tymianek bombowo podkręca smak i świetnie komponuje się z ziemniakami. 
Z recenzji Polsoji została mi tylko jedna notka a potem czeka Was recenzja Gdańskiej Burgerowni, która niedawno znacznie poszerzyła swoją działalność :) Zaglądajcie i komentujcie. A jeśli macie psiaki to nie zapominajcie o moim drugim blogu :) 


piątek, 9 października 2015

Recenzja produktów Primavika.

Hej :)
Serdecznie Was przepraszam za tak długi milczenie. Miałam bardzo dużo na głowie, dodatkowo stresujący czas w pracy i poniekąd w domu (mój T. zmieniał pracę w dosyć ekstremalnych warunkach) a dni leciały tak szybko, że ani się obejrzałam i minęło półtora miesiąca... Mam masę zaległych recenzji i przepisów, nie wiem kiedy Wam to podrzucać i nie wiem czy Wy w ogóle jeszcze ze mną jesteście :( Bo nikt nie zostawia żadnych śladów po sobie, ostatnie notka jakby nie czytana przez nikogo... Dawajcie znać, że żyjecie, że jesteście ze mną, że czytacie co tam mam do powiedzenia i pokazania :) Dla Was to piszę, dla Was podejmuję wyzwania nowych dań i dla Was testuję produkty :) A co do testów- mam kolejne. Tym razem firma Primavika przysłała mi paczkę swoich produktów do przetestowania.




W paczce znajdowały się:

  • Sznycelki "Weguś" a'la cielęce
  • Hummus BIO naturalny
  • Pasztet sojowy z pomidorami
  • Hummus BIO z pomidorami suszonymi
  • Paprykarz wegetariański z kaszą jaglaną (skład oczywiście 100% vegan ;) ) 




Firmie Primavika bardzo dziękuję!! Ale recenzja ma być obiektywna to nie będzie niestety tak w 100% kolorowo ;)
Zacznijmy od smarowideł do chleba. Absolutnie przepyszny był paprykarz z kaszą jaglaną. Ja zawsze robię z ryżem brązowym ale muszę spróbować z kaszą jaglaną. Jest absolutnie "domowy". Idealnie doprawiony i pyszny. 




Następnym faworytem jest pasztet sojowy z pomidorami. Ja generalnie nie cierpię tych pasztetów sojowych z foremek i słoików bo dla mnie zawsze smakują jak lekko przyprawiona, namoczona tektura. Tak jak nigdy nie lubiłam pasztetów z padliny w foremkach tak nie trawię tych sojowych. Jednak ten mogę Wam polecić z czystym sumieniem. Jest naprawdę mega dobry. Mocno czuć w nim pomidory, jest wyraźnie przyprawiony i nie czuć w nim tej "tekturowatości". Jeśli Primavika wprowadzi go do sieciówek typu TESCO będę na bank kupować. 




Następnie mieliśmy Hummus BIO z suszonymi pomidorami. I tu też strzał w dziesiątkę. Pyszny, delikatny o bardzo lekkiej konsystencji. Jak robię hummus samodzielnie to lubię jak jest taką ciężką, gęstą pastą, którą trudno jest rozsmarować a nachosy się w nim łamią ;) Ten hummus jest pyszny i bardzo łatwo się rozsmarowuje. 



No i na koniec niestety łyżka dziegciu w tej beczce cukru... Hummus BIO naturalny. Był tak niesmaczny, że nawet zapomniałam i zrobieniu zdjęcia... Kwaśny jak nie wiem z dziwnym posmakiem... nie wiem czego. Naprawdę najgorszy produkt z tej całej paczki. Nie kupiłabym go na pewno sama :(

A na koniec zostawiam totalny hicior, czadzior i petardę. Nazwa niezbyt zachęcająca ale nie nastawiajcie się przez to negatywnie. Szycelki Weguś a' la cielęce. Wiem, że weganie dzielą się na tych normalnych, którzy nie udają, że weganami są od urodzenia i brzydzą się mięsem więc jedzenie "mięsopodobnych" potraw to grzech ciężki i zasługuje na wieczne potępienie. I są ci dziwni, którzy są przeciwieństwem tych pierwszych ;) Ja nigdy nie ukrywałam i nie zamierzam ukrywać, że mięso uwielbiałam, kochałam jego smak i za tym smakiem tęsknię. Jednak z miłości do zwierząt zrezygnowałam z niego i nie żałowałam tego dotychczas nigdy. I cieszą mnie te wszelkie wegekiełby, szynki, kebaby i cała reszta "fake meat". Sznycelki Weguś to czysty obłęd dla tęskniących za mięsem. Zapach- 100% mięsa. Konsystencja- 100% mięsa. Smak- idealnie mięsny. Koleżanka z pracy, która je mięso była w szoku, że to wegetariańskie. Może wygląda nieco nieestetycznie ale naprawdę- warto kupić raz na jakiś czas jeśli chcecie znowu poczuć ten smak. 



 

My sznycelki zjedliśmy z kaszą jęczmienną i sosem pieczeniowym oraz buraczkami zasmażanymi. Bardziej polskiego obiadu się nie da przygotować ;) 
No to to by było na tyle. Odzywajcie się kochani w komentarzach i na moim fejsbukowaym Fan Pejdżu. Liczę na Was bo ostatnio bardzo ucichliście (ja też, wiem). Została mi jeszcze jedna recenzja BIO Tofu z Polsoi.  A ja niedługo ruszam z nowym projektem blogowym więc trzymajcie rękę na pulsie :)

niedziela, 23 sierpnia 2015

Przepyszny, kremowy tofurnik czekoladowy.

Hej kochani!!

Przez ostatnie zawirowania i wydarzenia zaniedbałam bloga. To fakt, że ostatnio przebywanie i praca z Wisą zajmowała mi 90% wolnego czasu ale na szczęście sytuacja powoli się normuje. Minął już okres adaptacyjny Wisy u nas, sucz bezapelacyjnie uznała mnie za swojego przewodnika co baaardzo nam pomaga ogarniać nowe sytuacje jak na przykład jeżdżenie autobusem. Mimo, że widać, że boi się wsiadać bo autobusu i jechać w nim to robi to bo widzi, że ja się nie stresuję. Jest niezwykle pojętna, w lot łapie wszelkie sztuczki, szkoli się ją błyskawicznie. Jest wspaniała. No ale to już wiadomo :P Zaraz przejdę do przepisu (bo zostały do zrecenzowania 2 przepisy z udziałem BIO Tofu firmy Polsoja) tylko jeszcze wrzucę Wam (tym co szczęśliwie nie mają Fejsa) filmik  Wiską nie bojącą się krowy. A to spory wyczyn bo jak z daleka widziała krówki to nie chciała podejść ale gdy zobaczyła, że ja podchodzę do krowy i ją głaszczę to ośmieliła się.

video


A teraz wróćmy do tematu posta czyli tofurnika. Dawno go nie robiłam więc pomyślałam, że wykorzystanie do tego przepisu BIO Tofu będzie idealną sposobnością do popełnienia tego słodkiego grzechu ;)


Składniki:


  • 2 kostki BIO Tofu firmy Polsoja
  • 1,5 szklanki cukru lub innego słodu 
  • 2 paczki ciasteczek pełnoziarnistych (ja użyłam Bonitków z Biedry)
  • 5 łyżek masła orzechowego (spokojnie możecie zastąpić tłuszczem koko albo wegańską margaryną- ja wzięłam masło bo ostatnio kręcę go kilogramy)
  • 2 tabliczki czekolady deserowej
  • 2 budynie czekoladowe
  • sok z 1 cytryny
  • 1/2 szklanki mleka (ja użyłam czekoladowego skoro tofurnik ma być czekoladowy)
  • 1/3 szklanki oleju

Najpierw przygotowujemy spód. Ciasteczka pełnoziarniste mielimy w blenderze albo rozbijamy młotkiem na ciasteczkową mąkę. Mieszamy z rozpuszczonym tłuszczem koko lub margaryną albo- tak jak ja- zagniatamy z masłem. Masą wykładamy formę (ja niestety miałam tortownicę o średnicy 28 cm dlatego ciasto jest takie płaskie). Wstawiamy do zamrażalnika. 




Teraz czas na masę serową. BIO Tofu dokładnie odciskamy z nadmiaru wody. Pokruszyć i dodać sok z cytryny i cukier. Zmiksować na masę dodając mleko i olej. Masę odstawić i w kąpieli wodnej rozpuścić jedną tabliczkę pokruszonej czekolady. Dodać do masy tofurnikowej i na sam koniec wsypać 2 budynie czekoladowe. Miksować jeszcze chwilę. Masę wylać na zmrożoną wcześniej warstwę ciasteczkową. Tofurnik wstawić do piekarnika nagrzanego do 160 stopni i piec godzinę lub nieco dłużej. Sprawdzać patyczkiem. 





Tofurnik wyjąć i odstawić do przestygnięcia. W tym czasie w kolejnej kąpieli wodnej rozpuścić drugą tabliczkę czekolady z kilkoma łyżkami mleka. Mleko dolewajcie po łyżce, żeby polewa nie wyszła zbyt rzadka. Na przestygniętym tofurniku rozsmarujcie polewę czekoladową. Et voila :)





Ciężko się powstrzymać przed zjedzeniem go w jeden dzień ;) Jest absolutnie pyszny, delikatny, kremowy i wcale nie tak zatykająco słodki. Jestem dumna z tak świetnego tofurnika :)
Róbcie, eksperymentujcie i delektujcie się. Ja idę na spacer z Wiską. 







piątek, 7 sierpnia 2015

Matka Polka w końcu dorwała się do kompa...

Witajcie kochani!!
Na początku chcę Wam wszystkim podziękować, że nadal ze mną jesteście. Mimo mojej niesumienności i braku czasu. Wielkie dzięki bo to właśnie WY sprawiacie, że podejmuję się nowych wyzwań kulinarnych i staram się rozwijać- chociażby jeśli chodzi o jakość zdjęć ;)
Weszłam dziś na bloga i przeraziłam się. Ostatni post był równo miesiąc temu. Zleciało jak z bata strzelił... Ja totalnie nie mam teraz czasu- ciągle coś robię, ciągle latam, biegam, szkolę i uczę. Wisa zajmuje mi praktycznie 90% wolnego czasu. Codziennie rano wstaję o 4:50 (skończyło się wysypianie do 6:10) i lecę na godzinny spacer po polach z nią. I powiem Wam, że nigdy bym nie pomyślała, że to sprawi mi przyjemność ;)




To dla mnie zupełnie nowe uczucie- iść przez pola i patrzeć jak budzi się dzień. Jak słońce wychodzi, jak zwierzęta budzą się do życia a te nocne uciekają do swoich kryjówek. Mieszkam tu już 4 lata a dopiero w tym miesiącu zobaczyłam na własne oczy zające, sarnę i Pana Lisa (nie wiem czemu od razu pomyślałam, że to Pan Lis a nie Pani Lisica). Wisa znalazła jego norę. Oczywiście nie zbliżałyśmy się do niej zbytnio, żeby nic Lisowi nie popsuć. 




Ja zawsze nie cierpiałam chodzić... A tym bardziej jeśli spacer z psem wiązał się z owinięciem się smyczą i zabezpieczenie psa w kaganiec i szelki u monitorowanie tylko okolicy czy przypadkiem na horyzoncie nie pojawia się ktoś kogo mój pies mógłby zamordować... Nie zrozumcie mnie źle- Waluś był przecudowny i nie narzekam tylko mówię jak było. Spacer z nim nie był przyjemnością. Teraz zachłystuję się spacerami i wspaniałymi widokami gdy wszystko wokół budzi się do życia.





No i dzięki temu polubiłam chodzenie :) Tak, wiem jak absurdalnie to brzmi ale naprawdę nienawidziłam chodzić. Przejście 2 kilometrów było dla mnie męczarnią, woziłam tyłek autobusem nawet jeśli chodziło o odległość dwóch przystanków. A teraz 10 kilometrowy spacer to dla mnie narkotyk. Serio, po takim spacerze czuję się jak naćpana.




Jest po prostu świetnie. Psica jest mądra i ma przecudowny charakter. Jest przekochana i wpatrzona w nas bezgranicznie. No i do tego jest naprawdę śliczna. I absorbująca. Jak małe dziecko. Przez kilka pierwszych nocy kompletnie się nie wysypialiśmy bo Wiska kręciła się w nocy i marudziła. Przez tydzień od przywiezienia jej do domu jej stres adaptacyjny objawiał się tym, że... sikała raz na dobę. Przyprawiała mnie tym o palpitacje serca bo siedząc w pracy ciągle martwiłam się, że zsika się w kenelu i będzie musiała w tym siedzieć póki nie wrócę. Naprawdę czułam się (i nadal się czuję) jak matka pierwiastka. Bo nigdy w sumie nie mieliśmy szczeniaka. W sumie 12 miesięczny pies to jeszcze trochę szczeniak. Co innego niż 12 letni Hans czy 5 letni Waluś- stateczny pan pies. 
Ale spoko- dajemy radę ;) Minęły 2 tygodnie od kiedy zaczęłam już pracę z nią i mała jest bardzo pojętna. Umie już komendy "siad", "zostań" i "nos"- czyli targetowanie. Czuję, że będzie dla mnie ogromną pomocą w pracy z psami bo ma fantastyczny charakter i doskonale dogaduje się z innymi psami.


Ze swoim ulubionym kumplem- Drakiem.


Drako i Wiskacz.


I mimo, że czasami mam ochotę złapać się za głowę i krzyknąć "w co ja znowu się wplątałam!!" to naprawdę mega się cieszę, że ją mamy. Dzięki niej poznałam 2 bardzo fajne dziewczyny, z którymi chodzimy na wspólne spacery. A ja, jak każdy kto mnie zna to wie, mam problem z poznawaniem nowych ludzi ;) Ale psiarze to zupełnie co innego- od razu jest między nimi chemia :D Ja po prostu od 3 tygodni żyję na innej, zajebistej planecie o nazwie "Mam Przefantastycznego Psa" :) Wiem, że muszę nadrobić sporo recenzji. Zostały jeszcze 2 przepisy z użyciem BIO Tofu i cała paczka od firmy Primavika- bo dostałam do testowania kolejne pyszne produkty ;)







Notki będą teraz częściej, postaram się wrócić do rytmu 2- 3 postów miesięcznie. Sporo do nadrobienia jest i też muszę się nauczyć tak sobie organizować czas, żeby mieć go tyle samo co miesiąc temu i dodatkowo mieć psa wybieganego i wyszkolonego. A na koniec zdjęcie Wiskacza :)



Zapraszam Was też ma mojego Fan Pejdża na Fejsie :)  




wtorek, 7 lipca 2015

Odliczanie... Prawie jak do porodu ;)

Czuję się podekscytowana. A jednocześnie przestraszona. Dam radę? Co tym razem mnie, nas czeka? Z czym będziemy musieli się zmierzyć? Co tym razem się wydarzy i w jaki sposób tym razem wpłynie to na nasze życia? Jestem ogromnie szczęśliwa ale jednocześnie przerażona ciężarem odpowiedzialności jaki na siebie bierzemy. TAK- wiem. Zachowuję się totalnie jak kobieta w ciąży przed samym porodem. Bo, w rzeczywistości, tak własnie się czuję. Nigdy nie czułam nawet cienia instynktu macierzyńskiego. Nigdy nawet przez sekundę nie przeszło mi przez myśl, żeby mieć kiedyś dzieci. Za to od kiedy tylko pamiętam ogromnym uczuciem i opieką otaczałam zwierzęta. Dobrze, że znalazłam sobie faceta bo inaczej na bank zostałabym zdziwaczałą, starą panną otoczoną zwierzętami :D




Przybycie każdego nowego zwierzęcia do naszego domu jest dla mnie zawsze sporym przeżyciem. Jednak nic nie wymaga tylu przygotowań z mojej strony co oczekiwanie na psa. Psy kocham szczególnie. Nie wyobrażam sobie bez nich życia. W moim domu psy były od kiedy pamiętam. Już jako 5 letnie dziecko pamiętam niezwykle cierpliwego i kochanego cocer spaniela Smyka wziętego przez moich rodziców z Ciapkowa. Teraz dom bez psa jest dla mnie tylko pustymi, zimnymi ścianami, do których aż nie chce się wracać. 


Po odejściu Walusia oboje mieliśmy potłuczone serca. Waluś zmienił nasze życia i pozostawił ogromną pustkę po sobie. Przeżyłam niewyobrażalnie długie 10 miesięcy w domu bez psa. Wystarczy. Za dokładnie 8 dni- 16 lipca bladym świtem wyruszam do Murowanej Gośliny koło Poznania bo moje cudne maleństwo, naszą córcię :)




Odliczam dni jak do porodu. Serio!! Czuję się jak matka, która lada dzień ma rodzić ;) Wyprawkę ogarnęliśmy już w połowie z rzeczy, które zostały nam po Walutku. Ale nie potrafiłam sobie odmówić kupienia kilku, zupełnie niepotrzebnych psu, ale jakże pożądanych przeze mnie gadżetów jak na przykład ta mata pod miski:




Każdego dnia przeżywam mieszaninę uczuć: od skrajnej radości po strach. Z jednej strony cieszę, że trafi do mnie 11 miesięczny maluch, jeszcze nie wyszkolony, dzięki któremu będę mogła sprawdzić swoje umiejętności trenerskie i behawiorystyczne. Z drugiej strony jak sobie pomyślę, że już nie będzie spania do 5:50 tylko trzeba będzie zrywać się o 4:50 bez względu na to czy będzie lał deszcz czy sypał śnieg, czy z nieba będzie się lał żar, czy trzaskał mróz tooo.. Typowe dylematy i lęki młodej matki, prawda? ;) 




Na razie czas upływa mi na emocjonalnym odliczaniu dni. Każdego dnia wymyślam jej inne imię. Miała być już Morti, Baribal, Zgrzyt, Uzi, Pepesza, Mania, Niunia a ostatnio wygrała zdecydowanie Wiska. Wiska jak Vis- polski pistolet. Takie swojskie i z charakterem. Nie wiadomo czy jak mała już będzie u nas to nie wymyślimy dla niej zupełnie innego imienia. 
Postanowiłam też, że zacznę prowadzić V-Loga (tak to się pisze?) na Youtubie. Założę własny kanał i będę pokazywać jak szkolę, spędzam czas i rozwijam umysłowo i emocjonalnie mojego psa. Myślę, że będzie mi wtedy łatwiej wyłapać swoje błędy oglądając siebie na filmie. A ja akurat jestem baaaardzo krytyczna wobec siebie. Również liczę na to, że Wy zaserwujecie mi konstruktywną krytykę ;) 





Na razie tyle chciałam Wam powiedzieć. Dużo emocji targało mną w trakcie pisania. Myśląc o tym- przeżywałam to. Dzięki, że przeczytaliście. Nie zapomnijcie zostawić kilku słów od siebie w komentarzu :) Pozdrawiam Was ciepło.