sobota, 25 grudnia 2010

Wegilijnie.

Wegilia minęła-całe szczęście. Od kilku lat czekam na święta jak na ścięcie i tylko czekam, żeby minęły. Nie jestem specjalnie rodzinną osobą a w mojej rodzinie Wigilia tradycyjnie co roku jest na około 20 osób.. Więc sami widzicie jaka to dla mnie trauma. Dzielenie się opłatkiem z ludźmi, których ledwo znam i którzy przy zdawkowym cmoknięciu w policzek krzywią się bo nie wiedzą gdzie cmoknąć, żeby nie trafić na kolczyki.. I kolejna prawidłowość jaka występuje od kilku lat: życzenia, które są mi składane są tak naprawdę ich życzeniami wobec mojej osoby. Co roku słyszę te same: „żebyś zmądrzała, żebyś powyjmowała to żelastwo z twarzy, żebyś przestała w końcu się tatuować bo się tylko oszpecasz, żebyś w końcu obroniła magistra na poważnej uczelni a nie bawiła się w szkołę fotograficzną, żebyś przestała wydziwiać i zaczęła jeść mięso i w końcu wzięła ślub, żeby wszystko było zgodnie z Bogiem”.. To są autentyki cytatów z mojej rodziny.. Oczywiście nie jest tak tragicznie ze wszystkich stron. Bardziej tolerancyjne i młodsze kuzynostwo zawsze mi dobrze życzy i to tego czego ja bym chciała ;) A synowie mojego kuzyna to już w ogóle w dechę dzieciaki, 11 latek i 7 latek. Lubią ciocię bo ciotka taka kolorowa i błyszcząca i zawsze ubierze się jak wariatka na odpust w momencie gdy wszyscy występują w garniturach i sukniach :D Co do jedzenia- musiałam przynieść swoje bo w tym roku nawet pierogi były okraszone toną masła a sałatki były z majonezem lub śmietaną. Tylko barszcz z uszkami był pure vegan. Trochę mnie wkurzały spojrzenia pełne politowania albo wzrok a’la „zobaczyłem właśnie zdechłego szczura” gdy wyciągałam soję w zalewie octowej a’la śledź  i gdy okazało się, że moja sałatka jarzynowa jest z sojonezem. Ciocia sobie zażyczyła, żebym ją poczęstowała ale poszła z talerzem do kuchni informując po drodze zebranych „ja sobie idę dołożyć majonez bo ta jest z sojowym majonezem czyli tak jakby była z niczym”. Nienawidzę takich uwag i jakoś nie pałam specjalną miłością do mojej rodziny, która zachowuje się jakby byli z ultraarystokracji.. Ale dość już narzekania. Wczoraj przeżyłam minizawał serca. Wstałam rano z chęcią przygotowania tofurnika z przepisu Ilovetofu. Przygotowałam masę ciastkową, masę orzechową i odpakowałam 3 kostki tofu.. W tym momencie po kuchni rozszedł się najgorszy smród jaki kiedykolwiek w życiu poczułam. Okazało się, że jedna z 3 kostek jest zgniła. NAPRAWDĘ w życiu nie czułam bardziej przerażającego smrodu. Prawie się poryczałam ze złości, że nie zrobię wymarzonego tofurnika. Ale od czego są mamy. Mama proadziła, żeby zrobiła z tego co mam w mniejszej foremce. Tak więc tofurnik jest. Jest rewelacyjny !!! Słodka masa serowa wspaniale komponuje się ze słoną masą orzechową. Bardzo ciekawe połączenie smaków. Wygląd może taki sobie ale smak...



A dzisiejsze śniadanie było typowo świąteczne. Sałatka jarzynowa, moja ukochana z sojonezem, wędlina sojowa i pasztet sojowy. I odrobina wegańskiego sosu czosnkowego. Pyyyyycha :)


wtorek, 21 grudnia 2010

Ciastkowo.

Święta się zbliżają, czasu coraz mniej, spraw do załatwienia coraz więcej, doba powinna trwać 48 godzin.. Zakupy, sprzątanie, gotowanie.. Mojego kochanego nie widziałam już z tydzień, szczurów tak samo :( A jeszcze tyle przede mną.. Lista potraw wigilijnych pełna, jak wyrobię się z czasem to będzie 12 :) Świąt w ogóle nie przeżywam, mogłyby dla mnie nie istnieć. Zobaczymy czy coś wykreślę z listy potraw, zobaczymy jak będzie z czasem ale na dzień dzisiejszy lista wygląda następująco:

  • sernik z tofu z masłem orzechowym
  • sałatka jarzynowa z sojonezem
  • wegański sos tatarski
  • śledzie sojowe w zalewie octowej
  • wędliny sojowe
  • parówki sojowe pieczone w piwie
  • hamburgery sojowe
  • barszcz z tortelini nadziewanych tofu
  • pasztet sojowy 
  • pierogi z kapustą i grzybami
  • wegańskie pralinki czekoladowe
  • sałatka ryżowa z kukurydzą i sojonezem

Ostatnio zrobiłam wegańską wersję moich ulubionych ciasteczek bez pieczenia. Zawsze robię je z płatków owsianych ale tym razem miałam paczkę ryżu dmuchanego w zanadrzu więc zamieniłam. Tylko nie wiem co się dzieje ostatnio z tymi ciastkami.. Kiedyś jak robiłam to masa po wymieszaniu była zwarta, dokładnie oklejała płatki i zastygała w ciastka.. Teraz jest jak widać na zdjęciu.. Masa spływa i ciastka w ogóle nie trzymają się kupy.. ale i tak są pyszne nawet jako bezkształtna breja :D Oto przepis:

  • 1/3 szklanki mleka sojowego
  • 125 gramów margaryny roślinnej
  • szklanka cukru
  • 5 łyżek dobrego gatunkowo kakao (to bardzo ważne)
  • płatki owsiane lub ryż dmuchany

Mleko delikatnie podgrzewamy z margaryną, jak tylko się rozpuści dodajemy cukier i kakao. Dokładnie mieszamy i wsypujemy ryż/ płatki. Mieszamy dokładnie i dwoma łyżkami formujemy ciastka i zostawiamy do stężenia. Moje ciastka niestety spływały i rozpadały się:





No i generalnie chyba nie do końca dobra wiadomość: postanowiłam iść do dietetyka... Nie mieszczę się w spodnie i coraz gorzej mi z samą sobą.. W tym wypadku nie wiem czy jest sens prowadzić tego bloga skoro nie będę już gotować wymyślnych potraw tylko jeść sucharki i sałatę na śniadanie i kolację.. Chyba, że dojrzymy plusy sytuacji.. Wizyta u dietetyka jest droga i nie każdy ma na nią czas i kasę.. Ja mogę przepisywać menu, które mi ułoży dietetyk i ktoś kto będzie się chciał wegańsko odchudzić zrobi to dzięki mojemu blogowi.. A ja będę robiła taką fotorelację  „chudnięcie na bieżąco”. Sama nie wiem. Szkoda mi zamykać bloga.

sobota, 18 grudnia 2010

Po długim milczeniu.

Witam po baaaardzo długiej przerwie. Niestety nie miałam przez ponad 2 tygodnie dostepu do komputera bo przeszedł on poważną awarię i naprawa pochłonęła ogromne pieniądze i bardzo dużo czasu.. Przeżyłam kilka mini zawałów serca bo miałam najczarniejsze wizje, w których to bezpowrotnie traciłam całą zawartość dysku, w tym blisko 3 tysiące zdjęć- efekt prawie dwuletniego fotografowania. A wiele z tych zdjęć będzie zdjęciami dyplomowymi do mojej szkoły.. Tak więc wizja utracenia tego wszystkie napawała mnie tak ogromnym przerażeniem, że pierwszą noc po śmierci kompa prawie nie spałam. Tyle razy sobie już obiecywałam, że kupię sobie jakiegoś sporego pendrivea i zawsze kończyło się na obietnicach. Ale tym razem stwierdziłam, że czas najwyższy. Udałam się do sklepu i kupiłam na spółkę z Tżem dysk zewnętrzny 650 GB. Lubię czasem zrobić sobie taki prezent ;) Ale teraz już mogę spać spokojnie. W razie czego mam wszystko na dysku.
Wracając do przepisów- chodził ostatnio za mną tofurnik czyli sernik z tofu. Przepis znalazłam na forum Empatii. Wydał mi się wart wypróbowania. Szkoda tylko, że w przepisie nie ma podanej dokładnej ilości cukru.. Ja dałam za mało i mój tofurnik był zbyt mdły. Nie bójcie się dodawać cukru i próbujcie masę tofurnikową zanim wstawicie ją do piekarnika. A oto przepis:

  • 4 kostki tofu naturalnego
  • szklanka ugotowanej na mleku sojowym kaszy mannej
  • 2 banany
  • 3 łyżki mąki ziemniaczanej
  • 2 łyżki oleju
  • cukier (sporo!!!)
  • wegańska polewa czekoladowa
  • pół tabliczki gorzkiej czekolady
  • kilka suszonych moreli
  • wedle uznania: orzechy, rodzynki, skórka pomarańczowa itp.
  • gotowe wegańskie ciastka jako spód


Miksujemy tofu z bananami i ugotowaną kaszą (ja ugotowałam na gęsto ale nie wiem czy był to dobry pomysł). Smarujemy formę odrobiną oleju, żeby tofurnik się nie przykleił na amen. Spód formy możemy wyłożyć gotowymi ciastkami jednak nie jest to konieczne, bez ciach też będzie pyszny. Do zmiksowanej masy dodać rodzynki, orzechy, suszone morele i połamaną na drobne kawałeczki czekoladę i dokładnie wymieszać. Przełożyć masę do formy i piec 20-30 min. w piekarniku nagrzanym do około 200 stopni. Polewę rozpuszczamy zgodnie z instrukcją na opakowaniu i nakładamy na przestudzony tofurnik. Dekorujemy dowolnie. Ja posypałam cukrowymi perełkami a boki obsypałam zmiażdżonymi orzechami i ciasteczkami. Był naprawdę rewelacyjnie pyszny !! Na święta zrobię znowu ale według przepisu z bloga Ilovetofu. 
P.S. Czy ktoś może mi podać linka do wątku (chyba z forum Empatii.. ) gdzie sa mniej lub bardziej zabawne reklamy i obrazki dotyczące weganizmu i wegetarianizmu?? Będę wdzięczna :) 



sobota, 4 grudnia 2010

Ciasto, niestety nie w miasto.

Tak jak obiecałam chwalę się moim pierwszym w życiu wegańskim ciastem. Przepis jest poskładany z kilku innych i tak naprawdę do końca nie wierzyłam, że mi się uda. Szczególnie jak zaczęłam miksować składniki i okazało się, że ciasto jest konsystencji gipsu i mikser odmówił dalszego miksowania i zatrzymał się w gęstym cieście :] Jednak po upieczeniu zasmakowało nawet mojej mamie. Było przyjemnie mokre w środku i naprawdę pyszne :) Mogę uczciwie powiedzieć, że mi się udało. Podaję przepis:

-         4 dojrzałe banany
-         3/4 szklanki cukru
-         1,5 szklanki mąki pszennej
-         1 łyżeczka sody
-         1 łyżeczka proszku do pieczenia
-         szczypta soli
-         1/3 szklanki oleju lub oliwy
-         kilka łyżek rozpuszczalnego kakaa (takiego a la Nesquick)
-         tabliczka gorzkiej czekolady
-         opcjonalnie- lukier, posypka, wegańska polewa czy co tam chcecie : )

Banany miksujemy z cukrem i dodajemy tą papkę do mąki wymieszanej z sodą, proszkiem, solą i oliwą oraz połamaną na kawałeczki czekoladą gorzką. Miksujemy i jak masa będzie miała odpowiednią konsystencję wlewamy do foremki i pieczemy póki nie będzie odpowiednio wypieczone (sprawdzamy patyczkiem). U mnie zajęło to ponad godzinę ;/ Po ostygnięciu przekroiłam na pół i posmarowałam dżemem truskawkowym. Pycha !!




Teraz przygotowuję się do wyprodukowania Tofurnika polecanego na forum Empatii. Chciałam go dziś zrobić, tata wrócił z morza i bardzo lubi serniki więc chciałam, żeby spróbował alternatywy dla twarogowego ciasta. Niestety śmierdząca Alma wypstrykała się z tofu i nie było ani jednej kostki : ( Nie kupiłam więc nic natomiast pan ochroniarz, stary grzyb, zatrzymał mnie bo według niego nakradłam w sklepie ;/ Zrobiłam awanturę bo naprawdę zirytowało mnie takie chore podejrzenie.. Zauważyłam, że wielu ludzi patrzy na mnie podejrzliwie ze względu na mój wygląd i to jak wyrażam siebie i swoje poglądy poprzez swój imidż.. Cóż, miałam sporą satysfakcję udowadniając ochroniarzowi, że popełnił gafę :] Jutro ponownie zwizytuję Almę w poszukiwaniu tofu i mam nadzieję, że będę mogła zrobić tofurnik bo mam strasznego smaka na ciasto.
Moja mama mnie ostatnio bardzo rozbawiła. Wracam z pracy do domu i mama mówi dumna z siebie:
-         Kupiłam Ci pizze mrożoną. Wegańską !!
Ja już posikana prawie z radości bo wszystkie mrożone jakie widziałam nie były wegańskie a mrożone spody do pizzy z Tesco zawierają kwas mlekowy i raczej z tego powodu nie są wegańskie. Biegnę do zamrażalnika, wyciągam pizzę i zdziwiona stwierdzam, że to zwykła pizza z serem z tym, że sera jest tyle co kot napłakał.. Więc zawiedziona idę do mamy i mówię, że jak to wegańska skoro tu jest ser.. Mama na to spokojnie:
-         Przecież tego sera jest garstka, zdrapiesz sobie.

............................  ;P ;P Kocham moją mamę :D

AHA, bardzo proszę klikać na Szerlok- nakarm psa w schronisku.  To taki psi pajacyk- jedno kliknięcie dziennie przybliża wybranego psa do wielkiem paki jedzenia :) Ja klikam codziennie, wciągnęłam w to znajomych i będę klikać codziennie, póki każdy piesek nie zostanie nakarmiony. Bardzo Was proszę o to samo :)
Pozdrawiam i całuję :*

wtorek, 30 listopada 2010

Pity i sojonez

Dziś był mało wegański dzień bo spędziłyśmy go z mamą na proszonym obiedzie z okazji imienin wujka. Trochę gwizdałam bo w gospodzie z tradycyjnym polskim jadłem trudno o wegańskie jedzenie ;) Ale udało mi się uzyskać pierogi z kapustą i grzybami (niestety kwaśną kapustą) i frytki. Jedzenie szczerze mówiąc było baaaardzo średnie.. Ciasto kompletnie niesłone, kapusta kwaśna a ja z domu wyniosłam przyzwyczajenie do pierogów z normalną kapustą. Tak więc rano trochę się porozpieszczałam i uraczyłam się pitą wypełnioną po brzegi pysznymi warzywkami, plastrem wędliny sojowej i sojonezem. Mmmm palce lizać.. Pita na chwilę przed tym jak ją pożarłam:




Uwielbiam takie szybkie jedzenie.. Zawsze luibłam niestety wszelkie fast- foody i po przejściu na weganizm okazało się, że takie jedzenie jest jeszcze smaczniejsze niż kebaby z budki i zapiekanki z serem.
Bawią mnie czasami stwierdzenia innych gdy mówią: „ja bym tak nie mógł, to jest tak droga dieta a poza tym trzeba spędzać długie godziny w kuchni, przecież Ty nawet majonez musisz robić sama !!”. Nic bardziej mylnego. Wegańskie jedzenie jest tanie, pyszne i przygotowuje się je baaaardzo szybko. Ja też na początku myślałam, że majonez to długie godziny ucierania i miksowania. W rzeczywistości robienie majonezu zajmuje mi 15 minut. Wczoraj zrobiłam zapas- z 300 ml mleka sojowego, 300 ml oleju, 2 łyżek musztardy, 2 dużych ząbków czosnku, soli, pieprzu wyszło ponad 600 ml pysznego, puszystego sojonezu. Dziwi mnie to, że mimo bardzo dużej ilości oleju sojonez jest leciutki i konsystencją przypomina bardziej mus niż ciężki, tłusty majonez. Nie pamiętam czy podawałam przepis na sojonez więc zrobię to jeszcze raz.

200 ml mleka sojowego (BEZ CUKRU W SKŁADZIE)
200- 250 ml oleju
2 ząbki czosnku
2 łyżki musztardy
pieprz
sół

 Mleko, czosnek, musztardę i przyprawy wrzucamy do miksera i mielimy chwilę na najwyższych obrotach, potem przełączamy na niższe obroty i zaczynamy wlewać olej. BADZO POWOLI, cieniutką strużką, uważając, żeby nie wlać na raz za dużo bo sojonez się zwarzy. Po kilku minutach miksowania sojonez robi się kremowy i aksamitny :) Et voila :)



Fakt, że jeżeli ktoś lubi się czasem porozpieszczać (jak ja ;) to wychodzi drożej.. A to sobie kupię parówki sojowe, a to szyneczkę sojową, a to mleko Polsoji.. Od tego ostatniego jestem szczególnie uzależniona <3 Natomiast jeśli żyjemy oszczędnie i zwracamy uwagę na to  co wkładamy do koszyka to nie ma siły, żeby wydawać dużo na wegańskie jedzenie. Na pewno wyjdzie nam taniej niż kilogram rozkładającego się mięsa, nastrzykanego antybiotykami i sztucznymi barwnikami. Za równowartość kilograma wołowiny można kupić furę warzyw :) 
Niedługo muszę spróbować upiec moje pierwsze w życiu wegańskie ciasto bo muszę zużyć banany, które mi się psują. Dam znać niedługo jak mi poszło :)

sobota, 27 listopada 2010

Wiem, wiem.. Nie było mnie sto milionów lat.. Niestety w trakcie tych dwóch tygodni zdążyłam zachorować, wyprowadzić się z domu, wrócić do niego i dopiero teraz zacząć funkcjonować ;) W trakcie mojej emigracji z domu odżywiałam się niestety daniami z proszku więc nie było co fotografować.. Dziś nadrobiłam i mam dla Was propozycję dwóch danio- zup. Jedno to stricte zupa, lekka, niskokaloryczna i pyszna. Drugie to trochę zupa, trochę danie. Najpierw zupa.

Zimowa zupa kartoflana.

-         6 ziemniaków
-         2 litry bulionu warzywnego
-         paczka mrożonej włoszczyzny pokrojonej w słupki
-         mleko sojowe

Ziemniaki kroimy w półplasterki i gotujemy do miękkości. Mrożonkę wrzucamy do gotującego się bulionu i trzymamy na małym ogniu około 15 minut. Dodajemy ugotowane ziemniaki i zabielamy mlekiem sojowym. Dosmaczamy sosem sojowym i pieprzem przede wszystkim. Zupa prosta i gotuje się ją 20 minut.
Natomiast drugie dani to wegańskie flaki zrobione z boczniaków. To oczywiste czemu flaki boczniakowe są lepsze od tych z padliny. Nie są zrobione z padliny czyli są pozbawione cierpienia. Już sama nazwa nie jest zbyt ładna. Dodatkowo niedokładnie oczyszczone flaki krowy pachną.. wiadomo czym (fuuuj). Niestety, ciężko przyznać ale w moich latach niechlubnej, mięsnej przeszłości naprawdę lubiłam flaki. Dlatego z chęcią spróbowałam wegańskiej wersji krowich wnętrzności. I naprawdę polecam gorąco!!!! Dobrze przyprawione smakują naprawdę identycznie. Podane ze świeżym chlebem są po prostu wyborne. Do przygotowania potrzebujemy:

-         tacka boczniaków (200 – 300 gramów)
-         2 marchewki
-         1 cebula
-         1 pietruszka
-         1 por
-         ząbek czosnku
-         majeranek (KONIECZNIE)
-         gałka muszkatołowa (KONIECZNIE)
-         sos sojowy
-         sól
-         pieprz
-         natka pietruszki

Cebulę i por kroimy w cienkie talarki i smażymy na oliwie. Boczniaki kroimy w cienkie paski. Dorzucamy je do smażących się warzyw i trzymamy na patelni jeszcze kilka minut. W tym czasie wstawiamy litr wrzątku. Obrane marchewki, seler i pietruchę ścieramy na tarce o grubych oczkach lub kroimy w słupki. Wrzucamy do gotującej się i osolonej wody, gotujemy aż trochę zmiękną. Wtedy dodajemy boczniaki z cebulą i porem i doprawiamy wywar zmiażdżonym ząbkiem czosnku, sosem sojowym, gałką, majerankiem, solą, pieprzem. Podajemy posypane natką i ze świeżym chlebem.. Niebo w gębie a wygląda na talerzu tak:



  
Mam jeszcze kilka fotek w zanadrzu ale nie chcę Was męczyć zbyt długimi notkami. Jutro część druga.
AHA!!!!!!!!!!! Byłabym zapomniała. Jakiś pierdas myśląc, że zatrzyma wegańską akcję wykasował z Twarzoksiążki (Facebooka ;) profil Empatii i akcji „Weganizm- spróbujesz??”. Tak więc zapraszam każdego z Was do polubienia profili i dodania do znajomości :) Raz, raz: 
   

niedziela, 14 listopada 2010

Fast foody i słodkości.

Po długiej przerwie powracam z nową notką. W związku z tym, że miałam mało czas, mam więcej pracy i zbliżał się wyjazd do Warszawy na Marsz Niepodległości, niestety jakoś nie gotowałam zbyt dużo. Ale obiecuję, że się poprawię. Co do samego Marszu Patriotów.. Obserwowałam dużo w tym roku. Przeszliśmy, tak jak zaplanowaliśmy, mimo spazmatycznych protestów zabawnych ludzi z gwizdkami. Podobało mi się tak sobie. Nie zabrakło idiotów po naszej stronie ;/  Nie wiem czemu niektórzy ludzie (głównie faceci) myślą, że im więcej wypiją, przeklinają, popisują się przed innymi, tym są bardziej hardkorowi.. A druga strona.. No cóż, ci którzy próbowali zablokować marsz pokazali jak bardzo histeryczni i niedoinformowani są. Jak bardzo dają ogłupiać się mediom i jak bardzo podatni na wpływy są. Generalnie ich zachowanie było trochę żenujące i jest tak jak powiedział pan Ziemkiewicz: „W tym roku Gazeta Wyborcza i protestujący pokazali kto tak naprawdę jest tu faszystą. I nie chodzi mi tu o narodowców.” No i dodatkowo to pobicie ONRowców w pociągu.. Taaaak, oto jak walczą Ci, którzy „bronią Polski przed agresją”. Komentować nie będę. Jednak w przyszłym roku jechać już nie zamierzam. Za dużo czasu, energii i irytacji poszło na ten wyjazd. Poza tym moja mama umierała ze strachu więc nie zamierzam jej fundować tego samego po raz kolejny :) Pójdę sobie na obchody w moim mieście.
Dziś dodatkowo mój kochany aparat się zbuntował i nie chciał za bardzo ze mną współpracować :] Od jakiegoś czasu chodziła za mną pyszna, naładowana dodatkami, cudowna pizza. Wczoraj zaprzęgłam mojego TŻa do pomocy, zagnietliśmy ciasto i obkładaliśmy swoje połowy. On, pizzę z padliną z zwykłym serem a ja wegańską : ) Na mojej połowie znalazły się kolejno: sos pomidorowy (przecier z kartonika z mieszanką przypraw, oliwą i świeżym czosnkiem) ogórki kiszone, pieczarki, oliwki, cebula, kukurydza, pokrojona w kosteczkę wędlina sojowa i sojowy ser Tavenyr z Evergreenu. Powiem tak.. Moja połowa niestety nie do końca się udała.. Ciasto, mimo dłuuugiego pieczenia, było cały czas maziste jak glina i nie chciało się dopiec.. Dopiero po 6 minutach w mikrofalówce dopiekła się w środku i była naprawdę pyszna. Ser sojowy słabo się topi i robi się bardziej jak skwarek niż ciągnący.. Na wierzchu znalazł się sojonez czosnkowy.. Palce lizać.. Tak pizza wyglądała przed wstawieniem do piekarnika:



A tak po wyjęciu:



A pod wieczór, robiąc zakupy w Tesco wpadło mi w łapki ciasto francuskie (wegańskie) i o razu jakoś sama skierowałam się do półki po brzoskwinie i krem czekoladowy :D Na kwadraty ciasta nakładałam sporą łychę kremu, potem pokrojone drobno kawałeczki brzoskwiń i na 15 minut do rozgrzanego na 180 stopni piekarnika.. Po wyjęciu koniecznie czekamy, żeby dobrze i długo przestygło. Po prostu niebo w gębie !!! Dawno takich łakoci nie jadłam : ) W trakcie pieczenia:



I po upieczeniu:


I jeszcze jeden link.. Wykonanie kawałka Erica Claptona, która topi moje serce kompletnie...
Kamil Bednarek- Tears In Heaven

niedziela, 7 listopada 2010

Słaby, smutny dzień..

Ostatnio zainspirowała mnie  autorka bloga Śmierć Kanapkom. Przygotowała cudowne tortille, a że u mnie lodówce leżała paczka placków to postanowiłam zrobić sobie meksykański obiad ;) W międzyczasie przyszła paczka z Evergreenu z wegańskimi kebabami i serem żółtym. Idealny zestaw tortillowy !! Wczoraj po powrocie ze schroniska dla zwierząt zabrałam się do roboty. Tortille wyszły przerewelacyjne. U mojej mamy była akurat koleżanka, która jak zobaczyła cudowności jakie przyrządzam poprosiła o to samo :) Wegański kebab smakuje jak najprawdziwsze mięso. Moja mama była pewna, że żartuję mówiąc, że to soja. Ledwo zdążyłam zrobić zdjęcia bo nie mogłam powstrzymać się przed zjedzeniem jak najszybciej wszystkiego do ostatniego okruszka. Na zimny placek położyłam wegański żółty ser (niestety średnio się topi i zajmuje to mnóstwo czasu), placek podgrzałam i ułożyłam kolejno: sojonez, sałatę, posiekane pomidory, ogórek, oliwki, kukurydzę, kebab i znowu sojonez.




Po zawinięciu wyglądało to tak:


Założyłam na fejsbuku album ze zdjęciami mojego jedzenia i natychmiast po załadowaniu zdjęć tortilli pojawiło się kilka komentarzy od znajomych z pytaniem „to kiedy mogę wpaść??” Chcę, żeby moim znajomi, którzy na co dzień rzucają zgryźliwe komentarze na temat mojego jedzenia przekonali się, że wbrew pozorom nie jem grzanek z pomidorem na każdy posiłek tylko pyszne, zdrowe i kolorowe jedzenie :)  Jak na razie odzew jest bardzo pozytywny. I o to mi chodzi :)  
Jak już wcześniej wspomniałam byłam dziś w schronisku dla bezdomnych zwierząt. Jak tylko mam wolną chwilę to jadę tam i pomagam a rąk do pracy tam zawsze potrzeba. Mój ukochany pracuje tam normalnie, ja pomagam w ramach wolontariatu. Wizyty tam potrafią doszczętnie skopać resztki wiary w człowieka we mnie.. Jestem uodporniona, pracuję tam od prawie dwóch lat i niejedno już widziałam ale czasem człowiek ma gorsze dni, jest wrażliwszy. Dzisiaj miałam taki dzień. Wiadomo, że jest tam mnóstwo psiego smutku i cierpienia ale są też pozytywne chwile, jak psy idą do domu, jak za zwykłe przytulenie czy wytarmoszenie za uszy wylizują twarz jak szalone.. Widać czasem wdzięczność w ich oczach. Ale dziś już nie wytrzymałam jak przyszła rodzinka z informacją, że znaleźli 5 szczeniaków na ulicy, widocznie matkę samochód potrącił czy coś.. No to mówimy, żeby je przynieśli to obejrzymy. No to przynieśli. 5 odchowanych kundelków, pachnących szamponem z przystrzyżonymi pazurkami i łapkami, które były czyste jak łza. I dalej nas ładują, że znaleźli na ulicy, że godzinę prawie się za nimi uganiali.. Puściły mi nerwy wtedy.. Z kogo oni idiotów robią?? Za trudno sukę wysterylizować?? Albo podawać antykoncepcje?? Nie, po co?? Lepiej rozmnażać bezmyślnie a nadwyżkę władujemy do schroniska, niech oni się martwią. Niech maluchy mają od razu przegrany start, niech siedzą w schronisku z innymi psami. Bo za trudno dać ogłoszenie do gazety, internetu. Lepiej zrzucić obowiązek na kogoś innego. A że bez szczepień?? Schronisko załatwi. Szkoda, że nie wiedzą, że 80% szczeniaków bez szczepień nie przeżywa w schroniskach bo obniżona odporność, bo stres, bo zarazki mimo codziennego sprzątania, bo każdy pcha do nich ręce a wcześniej głaskał jakąś setkę innych schroniskowych psów.. Naprawdę nie mogłam pohamować łez jak szanowni państwo się zawinęli a szczeniaki zaczęły totalny lament jak tylko straciły opiekunów z oczu. Ale przecież one nie za nimi, przecież one z ulicy wzięte, my ich nie znamy.. Taka pusta wściekłość, ślepy żal do całego świata, do wszystkich tych ludzi, czemu tak bardzo mają w dupie to, że te istoty też potrafią kochać i przywiązać się. Że nie potrafią krzyczeć „czemu mnie zostawiasz, przecież Cię kochałem, co zrobiłem nie tak??” Świadomość tego, że to nigdy się nie zmieni strasznie mnie boli.. Nie rozumiem okrucieństwa, obojętności i obłudy jaka siedzi w ludziach. Naprawdę mam dziś zły dzień.. Nawet ciężko mi się o tym pisze bo zaraz mam łzy w oczach..


czwartek, 4 listopada 2010

Mamy są najlepsze na świecie.

Witam,
Niestety zwolnienie lekarskie się skończyło i nie mam już tyle czasu na gotowanie i wymyślanie nowych potraw.. Teraz w tygodniu to co jem musi być proste do przyrządzenia i łatwe w transporcie. A najczęściej taka rzecz nie wygląda efektownie ;) Ostatnio moja mama mnie zaskakuje. Oczywiście cały czas prezentuje postawę „przeginasz już z tym jedzeniowym wydziwianiem” ale.. Oddaje się teraz nowemu hobby: wyszukiwaniu w sklepach różnych wegańskich dań, słodyczy, sosów, zupek itp. Zaopatrzyła mnie w ogromne ilości parówek sojowych, kostek tofu i.... totalnej nowości (w sensie, że dla mnie). Będąc w sklepie ze zdrową żywnością kupiła coś takiego:


Frykadelki z zielonego orkiszu z płatkami owsianymi. Powiem szczerze, że jak otworzyłam pudełko to mi lekko mina zrzedła.. Mieszanka wyglądała i pachniała jak żarcie dla rybek. Przepis jest prosty: proszek zalać 250 ml wody i poczekać 20 minut. Formować malutkie kotleciki i smażyć. Po zalaniu wodą masa wyglądała jeszcze gorzej- mniej więcej jak coś wydalonego przed chwilą przez noworodka. Przełom nastąpił po usmażeniu. Smak- rewela!! Coś jak delikatne placki ziemniaczane z grzybową nutą.. Pyszne jak nie wiem. Z opakowania wychodzi około 12 malutkich kotlecików (wielkości kopiatej łyżki stołowej), dla mnie to był obiad na wczoraj i dziś. Niestety cena jest bardzo wysoka- 15 zł za pudełko :(  Polecam jeść od razu po przygotowaniu bo na drugi dzień po odgrzaniu już wyczuwalna jest w nich wyraźna „trawiasta” nuta ale i tak z bułeczką i sojonezem były pyszne ;)  Tak wyglądały po usmażeniu i nocy w lodówce (świeżo usmażone są apetyczniejsze z wyglądu):



Nooo i muszę jeszcze pochwalić moją mamę ;) Wczoraj jak byłam w pracy to zrobiła wielki gar pysznej wegańskiej „mamałygi”, którą sama wymyśliła !!! Byłam z niej taka dumna jak mi powiedziała, że szok ;)  Naprawdę się wzruszyłam. Jedzonko było pyszne i naładowane warzywami: były ziemniaki, papryka, kukurydza, gorszek, pomidory, cukinia, cebula i pieczarki a to wszystko w sosie pomidorowym.. No niebo w gębie. I naprawdę było mi niesamowicie miło, że mama mimo, że uważa że wydziwiam spędziła w kuchni sporo czasu na przyrządzaniu tej potrawy. Mamy to są jednak najlepsze na świecie :) 
Aha i mam pytanie do ludzi, którzy zamawiali żółty ser wegański Tavenyr z Evergreenu... Czy ktoś pamięta jak wagowo były opisane te serki?? Czy mi się dobrze zdaje, że było na stronie napisane, że paczka waży 250 gramów?? 

poniedziałek, 1 listopada 2010

Akcja "Weganizm- spróbujesz?" i pyszna zupa.

Witam.
Mój oraz kilka innych blogów uczestniczą w akcji organizowanej przez Stowarzyszenie Empatia "Weganizm- spróbujesz?" Calem aukcji jest przybliżenie innym ideii weganizmu i zachęcenie do spróbowania diety wegańskiej. Jestem bardzo szczęśliwa, że mój blog został wybrany do akcji :) Tak wygląda baner akcji (możecie go zobaczyć również z prawej strony w linkach- po kliknięciu w baner zostaniecie przeniesieni na stronę Empatii):

Zachęcam wszystkich do zgłaszania swoich blogów do akcji oraz do spróbowania wegańskiego jedzenia o ile nie mieliście z nim jeszcze styczności :)
A ja dziś szybciutko (bo już jutro do powrót do pracy i muszę się przygotować) prezentuję przepis na pyszną zupę grzybową. Wczoraj na rynku kupiłam 2 plastikowe koszyczki kurek. Po godzinnym płukaniu ich z piasku z chirurgiczną wręcz precyzją postanowiłam zrobić z nich zupę. Oto przepis na nią:

2 litry bulionu warzywnego
200- 250 gramów kurek (lub innych grzybów)
tyle ziemniaków ile uważacie za stosowne (mozna również zrobić zupę z makaronem)
2 korzenie pietruszki
kilka marchewek
1 duża cebula
2 łyzki mleczka kokosowego by zabielić zupę (według uznania ja uwielbiam zabielane zupy)
sól
pieprz

Z podanych warzyw i przypraw gotujemy bulion warzywny (można też zrobić bulion z kostki i dodać warzywa). Do bulionu dodajemy grzyby i gotujemy do miękkości (uwaga, żeby nie rozgotować warzyw). Zupę zabielamy mlekiem koko o ile uważacie, że to konieczne. Oddzielnie gotujemy ziemniaki i dodajemy je do zupy. Doprawiamy do smaku i wcinamy :) Zupka wygląda tak:




Życzę wszystkim smacznego :)

niedziela, 31 października 2010

Wegańskie produkty w sieciówkach.

Pam param pam pammmmmm oto będzie dziś prezentacja wegańskich pyszności, które możemy kupić w różnych sieciówkach. Oczywiście najczęściej staram się sama przygotować posiłek bo wtedy wiem co robię, jak robię i co dokładnie w tym jest. Ale czasami jak człowiek jest bardzo zmęczony albo ma bardzo mało czasu to opłaca się mieć w zanadrzu coś słoikowego na przykład. I tak oto mamy sos do makarony, ryżu, kotletów sojowych czy czego tylko Wasze wegańskie główki nie wymyślą :).

Jest to sos sprzedawany tylko w Tesco (firma Tescowa), zwie się Mushroom Bolognese a jego skład jest w 100% wegański. Cena 370 gramowego słoika wypełnionego po zakrętkę to bodajże 3,50 zł. A sos jest naprawdę smaczny a możemy go sobie dowolnie doprawić, dodać czosnku, cebulki, kostki sojowej czy tofu. 
Dalej mamy niespodziankę- wegański krem czekoladowy i to nie za 18 zł tylko najtańszy jaki możemy dostać w Tesco.

Jest to krem orzechowo- czekoladowy (zwróćcie uwagę gdyż krem w takim samym pudełku ale tylko czekoladowy zawiera już mleko) i opakowanie 400 gramowe kosztuje 3,05 zł. Krem jest pyszny, doskonale się rozsmarowuje i ogólnie cud, miód :). 
A tu kompletne zaskoczenie. Mama, która teraz ma nowe hobby czyli wyszukiwanie dla mnie wegańskich rzeczy w sklepach (żebym nie umarła z głodu bo przecież weganie nic nie jedzą ;P ) kupiła w sklepie "Sieć 34" takie oto paluszki z ciasta w polewie czekoladowej.

Są rewelacyjnie pyszne, nie za słodkie, nie za mdłe, kruche i cieniutkie. Niestety wszamałam całą 100 gramową paczkę na raz :( Kosztowała ona 1,90 zł. 
A tu dorzucam bonus w postaci zdjęcia gulaszu cieciorkowego. Przepis podałam Wam pod poprzednią notką : ) Polecam, nawet mój ukochany, który jest bardzo nieufny co do potraw, które gotuję zajadał się nim ostatnio.

czwartek, 28 października 2010

Koniec tygodnia się zbliża...

A mnie dopadł kompletny leń jeśli chodzi o gotowanie.. Dziś będzie niezdrowy dzień, obiad pewnie w postaci frytek z sojonezem albo coś w tym rodzaju.. I nie będzie zdjęć pyszności, które udaje mi się czasem wyprodukować. Natomiast mogę zamieścić przepis na gulasz warzywny z soczewicą, w miejsce której używam cieciorki. Jakoś soczewica mi do końca nie podchodzi. Gulasz jest pyszny i nawet moja mamita , która uważa, że przechodząc na weganizm pozbawiłam się ostatecznie drugiej, po seksie, przyjemności w życiu, uważa że to coś godnego docenienia i polecenia ;) Oto przepis:

25 dag cieciorki
6 ziemniaków (w przepisie 2 ale jestem kartoflarą i ładuję ich wszędzie dużo)
1 cukinia
1 por
1/4 selera
1 cebula
2 ząbki czochu
puszka zielonego groszku (mój wymysł, w przepisie nie było)
pietruszka
sok z cytryny
625 ml wody (ja zrezygnowałam i użyłam puszki pomidorów pelati)
ilowa z oliwek
sól
pieprz
mleko kokosowe do zabielenia (niekoniecznie- to mój wymysł)

Cieciorę wypłukać i namaczać przez 24 godziny. Następnego dnia odcedzić zalać wodą i gotować do miękkości (ja potem odlałam i zalałam zmiksowanymi pomidorami). Ziemniaki pokroić w kostkę i ugotować, por pokroić w plasterki  i też obgotować, cukinie ugotować na półtwardo ze skórą. Dodać wszystkie warzywa do ziemniaków z pomidorami. Usmażyć cebulkę i czosnek na oliwie i dodać do mieszanki warzyw. Doprawić sokiem z cytryny, solą, pieprzem i jeśli ktoś chce mlekiem koko. Potrawa naprawdę pyszna i syta. Podawać z chlebkiem albo sojowymi kotletami :)

A dziś zdjęcie domowego szkodnika, który zwie się Zula. Zula to posokowiec hanowerski, została wykupiona z pseudohodowli (ma 3 lata a sutki wyciągnięte prawie do podłogi ;/ ) przez pana leśniczego, który stwierdził, że przysposobi ją sobie do sfory bo był również myśliwym (tfu !!). Okazało się, że Zula nie umie być psem myśliwskim, boi się strzałów i innych psów. Leśniczy stwierdził, że będzie ją trzymał w takim razie na łańcuchu przy budzie. Tam inne psy ciągle ją gryzły (ma odgryzione kawałki obu uszu, zmiażdżony jeden palec, wyrwany paznokieć, a jej zadek jest cały w cętkach blizn, wygląda jak worek treningowy dla pitbulli) i okazało się, że psem stróżującym jest też słabym. Pan leśniczy postanowił, że pozbędzie się Zuli bo jak powiedział swojej córce „taki pies co nic nie umie a żre nie jest mu potrzebny a on naboi ma pod dostatkiem”. Córka pana leśniczego ma dobre serce więc następnego dnia ukradła Zulę i uciekła do akademika zabierając psa ze sobą. I tak Zula trafiła do nas. W dniu jak ją zabraliśmy była w tragicznym stanie, zastanawialiśmy się czy w ogóle przeżyje. Ten pies nie umiał nawet schodzić po schodach, nie wiedziała jak to robić, trzeba było ją uczyć łapa po łapie. Mamy ją od kwietnia i już zrozumiała wiele rzeczy, już wie że człowiek ją kocha i nie chce zrobić jej krzywdy. Jest cudownym psem i jestesmy zakochani w niej po uszy. A tak wyglądała Zula pierwszego dnia. Uwierzcie, że zdjęcie nie pokazuje jej okropnego stanu w całości.


środa, 27 października 2010

Śniadanie "na bogato" ;P

Witam.
Wstawszy we wtorek za wcześnie jak na wolny dzień stwierdziłam, że muszę zafundować sobie jakieś dobre śniadanie, żeby poprawić sobie humor. I wtedy pomyślałam o pysznych, gorących grzankach. Jeszcze jakiś czas temu jadłam takie prawie codziennie ALE.. na mdłym, białym chlebie, obłożone wielką ilością mdłego, roztopionego sera żółtego z wielką ilością, zgadnijcie jakiego, tak!- mdłego majonezu. Całość zapychająca ale mało wyraźna. I kto by pomyślał, że wystarczyło tylko przerobić grzanki na wegańskie, żeby zjeść coś naprawdę smacznego i do tego w końcu wyrazistego. A czemu "na bogato" ?? Bo uparłam się na dorzucenie na grzanki parówki sojowej. Najczęściej dodaję je do dań obiadowych ale dziś chciałam troszeczkę treat myself (i podejrzewam, że przez to nie zostanę Tap Madl). W każdym razie bułki zostały posmarowane pasztetem grzybowym z Carrefoura- tym najtańszym, obłożone parówką w plasterkach (pokrojoną tak cienko, żeby jedna wystarczyła na 4 połówki ;) i wstawione do piekarnika. Po wyjęciu otrzymały ostateczny szlif w postaci sojonezu czosnkowego.


Z tym sojonezem to też jest zabawna sprawa. Za każdym razem robię z dokładnie tych samych składników, takich samych proporcji i w takiej samej kolejności a za każdym razem wychodzi mi coś innego o innej konsystencji i innym smaku ;) Za pierwszym razem wyszła taka gęścizna, że w pewnym momencie wirnik blendera odmówił dalszej pracy a sojonez można było kroić w kwadraciki. Teraz jak zrobiłam ma konsystencję gęstą ale bardziej zbliżoną do gęstego sosu niż majonezu.. Mimo, że miksowałam o wieeeeeele dłużej niż poprzednio. Ale już sobie powiedziałam, że na święta kupuję w evergreenie, nie chce mi się robić takiej ilości :P Ale i tak jest o wiele pyszniejszy, wyraźniejszy w smaku niż jajkowy majonez i, co najważniejsze, pozbawiony wyzysku zwierząt.
A dziś na obiad co?? Makaron z tofucznicą.. Mmmmm, dodałam dziś na patelnię z tofucznicą ząbek czosnku.. Smak i zapach.. Rewelacja <3
Wczoraj zrobiłam potrawkę curry z boczniaków z bloga  wegetarianki (Klik).. Dałam mniej rukoli i niestety potrawa była strasznie gorzka :( Niestety nie smakowała mi i połowę zostawiłam.. Nie wiem czy tak miało być czy coś źle zrobiłam.

niedziela, 24 października 2010

Niedzielna zupa.

Jako, że dzień dziś brzydki, deszczowy i zimny postanowiłam ugotować jakąś zupę. Ale chciałam zjeść coś sycącego i gęstego a nie wodnistą zupkę. Jako, że od tygodnia na blacie zalegał kalafior padło na krem z kalafiora. Przepis całkowicie spontaniczny choć nic nowego nie stworzyłam, ot zupa krem jakich setki w internecie. Przepis prosty i robienie sprawia przyjemność ;)

1 litr bulionu warzywnego
1 średni kalafior
6 małych ziemniaków
1 cebula
szczypta gałki muszkatołowej
sól
pieprz

Wszyskie warzywa ugotować, potem dodać do rosołu, dodać przyprawy i zmiksować. Ta czynność sprawiła mi najwięcej frajdy :) Zupa jest gęsta dzięki ziemniakom i baaaardzo sycąca. Polecam dodać grzanki z ciemnego pieczywa podsmażone na oliwie z czosnkiem :) Sama bohaterka dnia wyglądała tak (zanim jej nie zjadłam)


Teraz mam dosyć dużo czasu bo siedzę w domu na L4 ale od przyszłego poniedziałku pewnie będę o wiele rzadziej pisać i zamieszczać jakieś sensowne przepisy bo i na gotowanie nie będzie czasu :(
Czekam teraz na paczkę z Evergreenu, zamówiłam kilo wegańskiego sera żółtego i wegańskie kebaby. Tak się stęskniłam za pizzą i zapiekankami, że pierwsze co zrobię jak dostanę paczkę to ogromną blachę pizzy.. Z sojową wedliną, pieczarami i oliwkami.. Mmmmm ;)

sobota, 23 października 2010

Sobotnie bezkarne objadanie

Witam :-)
Jak Wam mija wolna (nie dla wszystkich) sobota?? Ja od rana tkwiłam na zajęciach w studiu fotograficznym.. Coraz częściej zastanawiam się nad tym czy wybrałam dobrą szkołę i czy nauczą mnie tam czegoś więcej niż to co umiem.. A pieniążki kasują co miesiąc :-(
Żeby jednak poprawic sobie humor na obiad przygotowałam wielką michę mojego ulubionego dania czyli

Makaron z tofucznicą i parówkami sojowymi

Jestem totalnie uzależniona od tego dania i robię je jak tylko często mogę. Na pewno każde z Was wie co to i jak się to robi ale dla pewności podam przepis once again :-)
Składniki:
> kubek suchego makaronu (ja wzięłam świderki)
> pół kostki tofu 
> 1/2 sporej cebuli
> ząbek czosnku
> 1 parówka sojowa (niekoniecznie ale będzie bardziej sycące, wzięłam parówkę firmy Polsoja)
> sól
> pieprz
> spora szczypta kurkumy (doda koloru i smaku)
> oliwa do smażenia

Jak robimy??
Wstawiamy wodę na makaron.

W międzyczasie bierzemy się za siekanie cebulki i czosnku oraz krojenie parówki w półplasterki. Tofu rozgniatamy widelcem na pożądanej wielkości kawałki. Na oliwę wrzucamy cebulkę i czosnek, a chwilę potem parówkę. Podsmażamy i gdy stwierdzamy, że taki stopień wysmażenia składników nam odpowiada, dodajemy tofu i dosypujemy sporą szczyptę kurkumy.

Odcedzamy makaron i dorzucamy na patelnię. Smażymy jeszcze około 3-5 minut i voila !! :-)
To co dziś wyprodukowałam wyglądało tak
 Polecam gorąco chociaż pewnie wegańscy wyżeracze robią to danie z zamkniętymi oczami i to nic nowego dla nich. Natomiast dla tych, którzy nie próbowali- polecam i namawiam. Dzięki temu daniu przekonałam się do tofu- w tej wersji smakuje rewelacyjnie.
Teraz jeszcze tylko poobiednie odpoczywanie i chyba ruszam z aparatem na krótki spacer.
Miłego łikendu !!

środa, 20 października 2010

Na początek.

Witam.
Na początek powinnam powiedzieć coś o sobie zapewne. no niech będzie. Mam 24 lata ( Boże już??? Jak to się stalo??? ), żyję sobie na Wybrzeżu, jestem całkowicie uzależniona od mojego Towarzysza Życia, dobrego jedzenia, fotografii, spania i papierosów. Dwa lata temu przeszłam na wegetarianizm, miesiąc temu postanowiłam zrobić sobie wegański miesiąc. Jednak już po tygodniu wiedziałam, że to nie będzie tylko miesiąc ale reszta życia. Czuję się bosko, o wiele lepiej niż jako wegetarianka. A pomyśleć, że jeszcze 3 miesiące temu byłam pewna, że życie weganina jest pozbawione smaku, koloru i dobrego jedzenia. Dawno nie byłam w większym błędzie ;-)
Na tym blogu zamierzam prezentować przepisy na moje jedzonko, zdjęcia potraw i czasami zdjęcia, które sama robię.
Zapraszam do lektury.