sobota, 3 grudnia 2011

Falafelki i ważna prośba.

Na konwencie tatuażu w Gdańsku w tym roku po raz pierwszy miałam przyjemność spróbować wegańskiego cateringu firmy Avocado. Jadłam przepyszny gulasz aromatyczny a następnego dnia falafelowego burgera. Falafle wywarły na mnie bardzo pozytywne wrażenie, były bardzo dobre :) Odszukałam na ich stronie przepis na owe falafelki  i wypróbowaliśmy przepis. Wyszły świetne ale oczywiście nie tak pyszne jak Avocadowe :) A tu podaję przepis, z dwóch puszek wychodzi porcja dla dwóch głodnych osób (oczywiście same falafelki nie są kompletnym obiadem) :

Składniki:

  • 1 puszka cieciorki
  • 2 łyżki mąki
  • drobno posiekana natka pietruszki
  • 2 ząbki czosnku 
  • kumin
  • sól
  • ulubiona masala
  • bułka tarta
  • sezam

Cieciorkę zmielić lub zmiksować. Dodać mąkę, czosnek, natkę pietruszki, przyprawy. Jeżeli masa będzie zbyt sucha dodajemy odrobinę płynu z cieciorki lub wody. Konsystencja musi być odpowiednia do lepienia kulek, które się nie będą rozpadać podczas smażenia. Obtaczamy je w bułce tartej wymieszanej z sezamem i smażymy (można w głęboki oleju a my zrobiliśmy jak kotleciki na patelni).


A teraz prośba. Po przeczytaniu "Milczącej Arki" (już wkrótce recenzja) mój ukochany zaczął bardzo mocno zastanawiać się nad przejściem na wegetarianizm :) Jest to dla mnie niesamowita decyzja gdyż moje 2,5 roczne tłumaczenia, namawiania i wyjaśniania nie skutkowały. W każdym razie jest to ogromne szczęście dla mnie. Natomiast jest jeden problem. TŻ pracuje w miejscu gdzie często ma 36 lub 48 godzinne zmiany. Nie ma tam lodówki, jest tylko kuchenka mikrofalowa. Powiedział, że potrzebuje jedzenia, które mógłby zabrac w słoiku lub pudełku i odgrzać. Musi to być pożywne i mogące nasycić faceta pracującego fizycznie. No i coś co nie zepsuje się stojąc przez dobę nie w lodówce. Macie jakieś pomysły? Liczę na Waszą pomoc :)

niedziela, 27 listopada 2011

Czas słodkości.

Ostatnio nachodzi mnie na słodkie albo tłuste jedzenie. Nie jest to najlepsze rozwiązanie dla mojej figury bo troszkę przybyło mi w biodrach. Ale co tam, tydzień cięższych ćwiczeń i ograniczenie ciastek i makaronu i będzie ok :) A na tą chwilę mam fazę na robienie pysznych ciasteczek czekoladowych, które robiły furorę w autokarze, którym jechaliśmy na Marsz Niepodległości. Wszystkim bardzo smakowały nawet tym, którzy z najwyższą nieufnością podchodzą do mojego weganizmu (czyli prawie wszyscy ;). Przepis banalny i robi się je w 15 minut. Są idealne na przyjście niespodziewanych gości.

Skłaniki:
  • 2 szklanki mąki
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki soli
  • kawałki czekolady gorzkiej
  • 1 szklanka cukru
  • 1/2 szklanki oleju
  • 1 łyżeczka aromatu waniliowego (zamiast może być torebka cukru wanilinowego)
  • 1/4 szklanki mleka sojowego lub wody (wyjdzie i z tym i z tym) 

Zetrzeć na tarce 1/4 tabliczki czekolady. Resztę połamać albo posiekać. Zmieszać mąkę, proszek do pieczenia, sól i pokruszoną czekoladę. Oddzielnie zmieszać cukier, olej, wanilię i wodę. Dodać mokre do suchego, dobrze wymieszać. Ciasteczka formować dłońmi zwilżonymi wodą z kilkoma kroplami oleju. Piec około 10 minut. Pamiętajcie o odstępach między nimi bo sporo rosną. Po wyjęciu będą bardzo miękkie ale po ostygnięciu stwardnieją i będą chrupiące. Są boskie!!! 





I muszę jeszcze wspomnieć o najpyszniejszych tortach i ciastkach, które przygotowuje Trójmiejski Avocado Vegan Catering. Próbowaliśmy tego tortu na otwarciu sopockiej kawiarenki wegańskiej Fresci, która niestety po 3 tygodniach przestała istnieć :( Obsługa była tak miła, że nawet skinom dała przepyszny tort i to za darmo bo byliśmy na samo zamknięcie i został akurat jeden, z którym nie mieli co zrobić :) Tort po degustacji okazał się najlepszym tortem jaki kiedykolwiek jadłam w życiu. Włączając w to nawet te niewegańskie i niewegetariańskie. Krem był przecudowny, lekki, słodki, ciasto intensywnie czekoladowe a dekoracje po prostu wybitnie pyszne :) Polecam gorąco. My na święta zamawiamy ten tort i będziemy częstować wszystkich, żeby pokazać, że wegańskie słodycze są pyszniejsze niż cokolwiek innego :) Ta resztka to kawalątek, który udało mi się uratować przed wygłodniałą bandą :)


Ostatnio mam jazdę na Rewizję :)
Rewizja- List

piątek, 21 października 2011

11.11.2011 Marsz Patriotów.

Wielkimi krokami zbliża się 11 Listopada a wraz z nim Marsz Niepodległości. Jak co roku odbędzie się on w Warszawie i zgromadzi patriotów, którzy nie wstydzą się z podniesioną głową iść i świętować dzień, w którym ojczyzna odzyskała niepodległość. Zapraszamy wszystkich, którzy wraz z nami chcą godnie świętować ten dzień :) Nie dajcie się zwieść lewicowej propagandzie, która oczernia nas obrzucając bzdurnymi obelgami typu "naziści, faszyści". Przyjdźcie, przekonajcie się sami, że te śmieszne hasła nas nie dotyczą.


  

sobota, 8 października 2011

Odkopuję się.

Bardzo przepraszam za tą przerwę w blogowaniu. Potrzebowałam czasu na to, żeby ogarnąć zmiany jakie zaszły w moim życiu przez ten czas. A troszkę ich było :) Ogarnęłam się już po stracie naszego ukochanego szczurka, przebolałam i już trochę mniej boli.
Przeprowadziliśmy się z miasta na wieś. Jest cudownie. Życie płynie wolniej, spokojniej. Lepiej. Bliskość pól, łąk, lasów i przede wszystkim cudownych zwierząt. Koni, krów, źrebaków i cielaków, kur, gęsi.. Cudownie jest. Smutno mi tylko gdy pomyślę, że te cudowne zwierzaki trafią za jakiś czas do rzeźni i zginą w koszmarnych męczarniach.
Dni mijają nam na pracy a potem na odpoczynku blisko natury, gotowaniu, oglądaniu filmów i zajmowaniu się, powiększoną ostatnio do 7 sztuk, gromadą szczurów. Powoli przygotowujemy się do Marszu 11 Listopada. W tym roku, mimo pewnie słabej pogody, będzie ciekawie. Nie możemy się doczekać.
Obiecuję napisać niedługo notkę i wstawić jakieś ciekawe przepisy bo gotujemy ostatnio całkiem sporo :)
A oto jak spędzam leniwe, słoneczne jeszcze soboty :)



sobota, 27 sierpnia 2011

;(

Leć za Tęczowy Most mój ukochany Aniołku.. Tak krótko z nami byłeś.. Kocham Cię.. I tak potwornie tęsknie..


czwartek, 18 sierpnia 2011

Żyję!! Same dobre wieści.


Witam po bardzo długiej przerwie. Nie było mnie ponad 2 miesiące. Każdego dnia obiecałam sobie, że w końcu wezmę się do pisania notki ale zawsze nagle wyskakiwało COŚ, KTOŚ, GDZIEŚ co uniemożliwiało mi wykonanie założenia. Ale po krótce- żyję, mam się lepiej niż kiedykolwiek i czuję, że nadchodzą bardzo dynamiczne i pozytywne zmiany. Miłość kwitnie, mimo że jesteśmy ze sobą ponad 2,5 roku to czuję się coraz bardziej zakochana. Z pracą coraz lepiej. W firmie ogłoszono konkurs na zmianę stanowiska. Nagrodą jest oczywiście awans. Zgłosiłam się, konkurs trwa do końca sierpnia. Na tą chwilę wykosiłam wszystkich rywali i wyrwałam się tak mocno na prowadzenie, że wygraną mam w kieszeni. A zamierzam jeszcze bardziej się spiąć w drugiej połowie sierpnia. Już nie mogę się doczekać wygranej :) Niby nie mówi się hop zanim się nie skoczy ale w tym przypadku jestem więcej niż pewna, że wygram. A wygranie oznacza spełnienie moich marzeń i przejście do zespołu, o którym marzę od dawna. Z mieszkaniem sprawa ma się jeszcze lepiej. Od października przeprowadzamy się do ogromnego,3 pokojowego, luksusowo urzadzonego mieszkania, większego od naszego obecnego o jakieś 50 metrów i tańszego miesięcznie o 200 zł od klitki, w której obecnie mieszkamy. Co więcej mieszkanie to jest piwnicą domku jednorodzinnego mojej serdecznej koleżanki, z którą teraz będę miała czas na ploty codziennie :) A domek jest połozony za miastem praktycznie na środku pola. Czego ja mam chcieć więcej? Jeśli chodzi o zwierzaki to też wszystko ma się ku lepszemu. Półtora miesiąca temu mój ukochany wrócił z pracy i oznajmił, że w schronisku jest do adopcji szczur, samiec, którego jakaś pani wyrwała grupce dzieci w piaskownicy, które znęcały się nad nim. No to co innego mogliśmy zrobić jak nie zabrać biedaka do siebie. Okazało się, że szczuras jest bardzo stary i bardzo chory. Musiał długo błąkać się po osiedlu (ktoś go wyrzucił? Nie wiem kto mógłby być takim idiotą, żeby wyrzucić tak nieprawdopodobnie kochanego zwierzaka) bo skóra na nim wisiała. Widać było, że wcześniej był bardzo gruby a potem gwałtownie schudł. Poza tym miał bardzo ostre zapalenie płuc- do tego stopnia rozwinięte, że spora część płuc obumarła już na zawsze. Do tego stare, źle wygojone złamanie tylnej łapki i zwichnięcie kręgu kręgosłupa.. Na leczenie smroda wydaliśmy ogromne pieniądze.. Naprawdę nie wiedziałam, że leczenie szczurasa może pochłonąć kilkaset złotych. Potem okazało się, że w schronisku zaszytu mu ranę z brudem i bakteriami i 2 tygodnie potem zrobił się mu ropień, który trzeba było wyciskać trzy dni z rzędu i przemywać.. Boże jak on przy tym kwiczał.. Jakby ktoś go ze skóry obdzierał.. Ale ani razu nawet przy najboleśniejszych zabiegach nie ugryzł ani weta ani żadnego z nas. Lumpek- bo tak go nazwaliśmy, okazał się najukochańszym szczurem świata. Tak miziastego, przytulaśnego i kochanego szczura jeszcze nigdy nie miałam. Jest wręcz obłędny. Potrafi godzinami leżec bez ruchu na kolanach i tylko domagać się głaskania. No i uwielbia leżeć na poduszkach ;) A oto i Lumpek.


Za kilka dni opiszę kolejny element stada, który do nas zawitał bardzo niedawno. No i obiecuję, że dodam jakiś przepis. Pozdrawiam!!  

poniedziałek, 6 czerwca 2011

Sezon serowy czas zacząć.

Witam.
Żyję wbrew cichym życzeniom niektórych ludzi ;) Tylko mam ostatnio dużo obowiązków i jeszcze więcej pracy. Zapieprzam jako trybik w ogromnej firmie i daję się wykorzystywać. W cudownym kraju, kochanej ojczyźnie którą rządzą kretyni.. Eeeech, przydałby się jakiś zamach na rząd ;)
Ostatnio miałam nieprzyjemne spotkanie z 70 kilowym moskiewskim stróżującym.. W schronisku był pies, który pogryzł weta i miał być uśpiony. Chciałam pomóc.. Naprawdę. Ale jak podszedł do mnie machając ogonem i w tej samej sekundzie wystrzelił jak z procy celując prosto w gardło to.. Nie ma co. Ciężko na sercu ale takiego psa nie ma co ratować. Żaden behawiorysta nie podejmie się pracy z psem, który nie czyta sygnałów uspokajających jakie się do niego wysyła i sam żadnych nie daje :( Gdybym nie osłoniła się ręką to mnie więcej tak, albo gorzej, wyglądałoby moje gardło..

Co mnie najbardziej zadziwiło to to, że od razu zamiast krwi zaczął mi wypływa spod skóry tusz. Ciekawe zjawisko.
Dwa tygodnie temu dzięki uprzejmości tej oto kochanej osóbki dostałam z Anglii paczkę z wegańskimi serami



Moja imienniczka, dzięki której przeszłam na weganizm :) I tak oto po prawie roku mogłam znowu zjeść pizzę lub zapiekanki i grzanki z serem <3 Na początek napiszę może o dostępnym w Polsce Cheezly Gouda Style.

Smak ma taki sobie- ni to słony, ni to kwaśny. Trze się rewelacyjnie i topi tak sobie- tyle ile trzeba to się topi. Po podgrzaniu smakuje o wiele lepiej ale średnio przypomina w smaku ser oczywiście. Na pizzy na zimno wygląd tak:


A po podgrzaniu tak:

Osobiście polecam raz na jakiś czas wykosztować się i ze smakiem zjeść pizzę lub grzanki przykryte czymś co udaje ser całkiem znośnie :) Oprócz tego dostałam jeszcze Mozarella Style i dwa krążki twardego Sheese Strong Cheddar Style with Chives i po prostu Strong Cheddar Style. Zobaczymy jak one się spiszą.
A z tych smutniejszych wieści: okazało się, że nasza mała gruba Qlka ma padaczkę :( Biedny szczurek do końca życia będzie dzień w dzień faszerowany chemią.. Jestem temu tak przeciwna, że bardziej się nie da ale nie ma mowy, żeby męczyła się z dwoma atakami dziennie, biedny maluszek :(

sobota, 7 maja 2011

Filmowo. Obowiązkowo.

Witam.
Trochę czasu upłynęło od mojego ostatniego wpisu. Niestety związane jest to z kompletnym brakiem czasu z uwagi na organizowanie wystawy zdjęć dla lokalnego schroniska dla zwierząt i milionem innych rzeczy.. Ostatnio każdego prawie dnia mam coś do zrobienia, kogoś do odwiedzenia i jakąś misję do wykonania. Wielkimi krokami zbliża się czerwcowe szkolenie wolontariuszy organizowane przez Nieformalne Stowarzyszenie Pomocy Rottweilerom Rott.pl , w którym działam. Szkolenie zawiera podstawy behawioru, szkolenia psów, pierwszej pomocy udzielanej psom i mnóstwo innych ciekawych rzeczy. Już nie mogę się doczekać :) A od 1 czerwca awansuję w pracy ! Wiąże się to ze zdobyciem tytułu Specjalisty oraz pieniężnej podwyżki- i to całkiem sporej ! Jaram się strasznie, od lipca skończą się moje problemy finansowe. Będę zdrowiej jeść (akurat), brać witaminki (jasne) i kupię sobie kilka ciuszków (to na pewno). Jak na razie sprawiłam sobie z powodu awansu mały treat- zainstalowałam sobie dwa nowe surface bary na klatce piersiowej. Są śliczne i kocham je ale chyba mój piercer trafił w żyły bo strasznie krwawią od wczoraj. Dziś obudziłam się z cyckami we krwi ;) Lekko demoniczny widok z rana- ja bez mejkapu plus krew.
Ostatnio zamówiliśmy sporą paczkę środków czystości z Evergreenu. Między innymi żel do prania z orzechów piorących. Jestem ciekawa jak to będzie się sprawdzać w praktyce :) Na razie znajomi są ubawieni, że będziemy prać w orzechach. I oczywiście z Evergreenem nie może być nigdy do końca w porządku.. Ile razy bym nie zamawiała czegoś u nich zawsze po dokonaniu wpłaty odpisują mi, że nie ma jednego lub kilku z wybranych przeze mnie artykułów :/ Jak dla mnie żenujące. Zamiast aktualizować troszkę częściej stronę z asortymentem to potem robią zwroty albo zamiany. Mocno mi to przeszkadza. A z innego polecanego w komentarzach pod jedną z notek sklepu zamówiliśmy ałun w krysztale :) Też już nie mogę się doczekać paczki, jestem ciekawa jak będzie działał bo niestety na Alterrę nie ma co liczyć.
Żeby nie bylo tak całkiem niekulinarnie wrzucam propozycję obiadu jaki przygotowaliśmy z moim ukochanym. Nie do końca zdrowo bo ciut fast foodowo ale nadrabialiśmy warzywkami.





Są więc frytki, kotlety sojowe o smaku kurczaka, która tak ubóstwiam i bukiet warzyw- wstępnie obgotowanych a potem usmażonych na niewielkiej ilości oliwy. są tam brokuły, ziemniaki, papryka, groszek, cebula, marchewka i cukinia. Doprawione oczywiście czosnkiem. Pyszności.. Warzywka cudownie chrupiące i pełne smaku dzięki krótkiemu obgotowaniu. Obiad idealny, no może gdyby nie te frytki. Ale czasem można pozwolić sobie na coś nie do końca zdrowego. No i jeszcze krótka fotorelacja z przygotowywania margaryny czosnkowej, którą pochłaniam do każdego śniadania.



Chciałam jeszcze wspomnieć o ważnym filmie. Każdy z nas powinien go obejrzeć, chociaż dla samej świadomości tego do czego przykłada rękę. Mówię o filmie "Ziemianie" (org. Earthings). dostępny na Youtubie w 10 częściach, całość trwa nieco ponad półtorej godziny. Obejrzałam cały, kilka razy zabrakło mi sił, żeby patrzeć w monitor. Prawdziwy do bólu a ból jest jego głównym motywem. Oglądaliśmy z moim kochanym i przyjacielem. U mnie- wiadomo- wywołał lawinę emocji. Od wściekłości, poprzez rozpacz, nienawiść, bezsilność a na końcu smutek. Kolega nie wyglądał w ogóle na poruszonego i chyba tak właśnie było. Cóż, zdarza się i tak. Mój kochany też był wstrząśnięty. Powiedział, że nie miał pojęcia, że tak to wygląda (mimo, że mówiłam tyle razy ale kto by mnie tam słuchał). Widać było, że film nim wstrząsnął. Chyba czas, żeby zacząć przekonywać go o słuszności przejścia na wegetarianizm :)  

Link do filmu: 

wtorek, 12 kwietnia 2011

Tydzień weganizmu 13- 19 kwietnia 20011r.

Hej :-)
Z przyjemnością zapraszam wszystkich na Tydzień Weganizmu, który trwa od jutra, tj. 13 kwietnia do 19 kwietnia w Krakowie, Łodzi, Warszawie i Zamościu. Każdy znajdzie coś interesującego dla siebie, nie tylko weganie i wegetarianie ale każdy kto będzie chciał dowiedzieć się czegoś o wegańskim stylu życia.
Zapraszam !!!!

TUTAJ znajdziecie szczegółowy opis imprez. 

wtorek, 29 marca 2011

Obsmarujmy je trochę !!

Hej,
witam wszystkich jeszcze trochę zimowo- letnio. Niestety kilka dni temu spadło u nas całkiem sporo śniegu :| Zszokowało nas to szczególnie, że dzień wcześniej było 13 stopni na plusie i wciągnęłam na grzbiet letnią kurtkę.. Okazało się, że wiosna karze na siebie jeszcze trochę poczekać. A szkoda bo od razu jak słonko trochę przygrzeje to aż chce się żyć, złapać aparat i focić rozwijającą się zieleń.
Na początek chciałabym wyrazić swoje rozczarowanie dezodorantami firmy Alterra, o których wspominałam w poprzedniej notce. Mam za sobą ponad dwa tygodnie testowania i niestety dezodorant nie zdaje egzaminu.. Po kilku godzinach od użycia (a na raz całkiem sporo go aplikuję) po prostu.. śmierdzę tak jakbym nic nie użyła. Natomiast co bardzo mnie dziwi mój ukochany po wykulkowaniu się pachnie przez cały dzień świeżo mimo 8 godzin fizycznej pracy.. No bez przesady nie pocę się gorzej niż ciężko pracujący facet ;) Damski zapach jest chyba po prostu słabszy. Na razie zdaję się na deo w kulce Ziaji. Jest zdecydowanie tańszy- około 5 zł za buteleczkę - i zdecydowanie lepiej działa, przynajmniej na mnie. Zamierzam też za kilka dni zamówić ałun w krysztale o którym pisał Michu pod poprzednią notką. W necie znalazłam same rewelacyjne opinie o nim. Aż jestem ciekawa.
Nie mogę się doczekaż aż dostanę karnet na basen. Dostaliśmy go w ramach socjala z pracy na 40 godzinnych wejść. Kupiłam już strój kąpielowy i czekam na możliwość perfekcyjnego wyrzeźbienia ciała przed latem ;)
A żeby nie było wpisu całkiem bez przepisów podrzucam Wam proste jak budowa cepa receptury na obłędnie pyszne smarowidła do chleba. Jedno zimowe, kaloryczne i tłusta a drugie letnie i lekkie :)

Letni mus do chleba
Składniki:
- 3 dojrzałe, słodkie kiwi
- 1 duży dojrzały (miejscami brązowy) banan



Owoce kroimy na mniejsze kawałki i blenderujemy- prostackie ale jakie pyszne. Lekko kwaskowate kiwi idealnie dosłodzone dojrzałym bananem. Pycha !! W lodówce wytrzymuje do 4- 5 dni.




Masełko czosnkowe
Składniki:
- pudełko wegańskiej margaryny lub kostka wegańskiego masła
- 2- 3 ząbki czosnku
- pęczek natki pietruszki

Masło lub margarynę wyjmujemy około pół godziny wcześniej, żeby zmiękła. Listki pietruszki siekamy drobniutko. Czosnek przeciskamy przez praskę i rozcieramy z małą ilością masła by ładnie się połączyło a potem stopniowo dodajemy więcej aż zużyjemy całą kostkę/ pudełko. Jak to wygląda każdy wie wiec zdjęcia chyba nie muszę zamieszczać. Obłędnie smakuje na toście z ogórkiem kiszonym lub zielonymi oliwkami. Mogłabym jeść to codziennie :)

poniedziałek, 14 marca 2011

Dla ciała i duszy :)

Witam wszystkich,
Z uwagi na notoryczny brak czasu (sesja w szkole, zdjęcia, praca i dom) zaglądam tu rzadziej niż zwykle. Brak czasu wiąże się też z brakiem czasu na gotowanie wymyślnych potraw. Dodatkowo cały czas jestem na diecie, nieubłaganie zbliża się lato więc trzeba się „wylaszczyć” ;) Tak więc postanowiłam, że blog będzie nadal o jedzeniu ale nie będzie zdominowany samym jedzeniem. Myślę, że na tym’ moim kawałku podłogi” mogę sobie napisać również o moich poglądach odnośnie różnych spraw i wewnętrznych przemyśleniach. Ale zacznijmy od czegoś miłego. Przeglądając zdjęcia w aparacie odnalazłam fotkę produktu, który chciałabym Wam polecić. Są to wafelki- 100% wegańskie.



Zakupione w Almie za śmieszną cenę około 3 zł za paczkę. Są naprawdę pyszne !! I jak na razie są to jedyne wegańskie wafelki jakie znalazłam. Są w wersji orzechowej i śmietankowej- ta druga oczywiście nie jest wegańska :( Wszelkie inne wafla dostępne w sklepach zawsze zawierają jajka w proszku albo serwatkę. A te są i wegańskie i pyszne. A może któreś z Was trafiło w innym sklepie na inne wafelki odpowiednie dla nas?? :) Jeżeli tak to proszę w komentarzach napisać w jakim sklepie je kupiliście i jakiej są firmy.
Wczoraj natomiast byliśmy z moim TŻem na zakupach w Rossmanie i trafiliśmy na kosmetyki firmy Alterra. Jest to linia ekologicznych kosmetyków, w większości wegańskich, nie zawierających składników pochodzenia zwierzęcego oraz nie testowanych na zwierzętach. Akurat dla mnie jest to bardzo ważne bo rezygnacja z jedzenia mięsa oraz składników pochodzenia zwierzęcego MUSI, moim zdaniem, iść w parze z niewspieraniem koncernów, które zadają niewyobrażalne cierpienia milionom zwierząt w laboratoriach. Dlatego bardzo ucieszyłam się widząc tą linię kosmetyków. Jednak należy zwrócić uwagę na fakt, że nie wszystkie kosmetyki z tej linii mają z tyłu na opakowanich znaczek „VEGAN”.



Szampony z odżywkami go nie mają, nie wiem jak balsamy. Zakupiliśmy na razie dwa dezodoranty w kulce (niestety w spreyu nie było a szkoda- nie lubie deo w kulce)- męski i żeński.



Żeński ma miły, cytrynowy zapach. Męski natomiast ma... hmmm no jakby.. śmierdzi troszkę jak dla mnie ;) Ma dosyć dziwny zapach- ni to jak balsam po goleniu, ni to jak mydło.. Trudno- najważnieszje że dezodoranty są nie testowanie na zwierzętach. Są stosunkowo tanie- buteleczka kosztuje 6 zł. Wieczorem oboje użyliśmy ich i mój TŻ chwalił sobie dezodorant a ja niestety nie do końca.. Po użyciu pachy zaczęły mnie bardzo mocno piec i szczypać.. Uczucie palenia utrzymywało się przez prawie godzinę :( Zobaczymy jak będzie po kilku dniach stosowania dezodorantu ale fakt ten mnie mocno zasmucił.
I jeszcze jedna sytuacja, która bardzo mnie rozbawiła i jednocześnie rozczuliła. Ostatnio odwiedziła mnie niewidoma przyjaciółka- porusza się ona z psem przewodnikiem więc i do mnie z nim przyszła. Nasze ogony wcześniej nigdy nie miały styczności z psami. Pies był strasznie zdziwiony, że w klatce siedzą jakieś dwie futrzane kulki i z zaciekawienie i lękiem (na wyciągniętych tylnych łapach ;) obwąchiwał klatkę. Nie warczał ani nie szczekał a nasza Kulka (złodziejka pilotów) jak tylko zobaczyła przed sobą wielki psi pysk nie uciekła (a mogła- ma w klatce kilka domków i hamaków) tylko nastroszyła futerko, napuszyła się na maxa i patrzyła złym wzrokiem na intruza :D Było to niesamowicie zabawne, że takie małe zwierzątko ma w sobie tylko odwagi. Oczywiście jak tylko zobaczyła, że pies nie szczeka i nie atakuje ich wyluzowała się i zakumplowała się z Nikolasem. Nasza odważna szczura <3 



SPROSTOWANIE 
 
  W notce pojawił się błąd- szampon z odżywką Alterry posiada znaczek Vegan :-)

sobota, 5 marca 2011

Kapusta z dreadem :)

Witam,
wiem, że ostatnio prawie w ogóle tu nie zaglądam ale mam bardzo mało czasu- szykuję z koleżanką wystawę naszych zdjęć połączoną ze zbiórką pieniędzy na nasze schronisko dla bezdomnych zwierząt, pracuję, uczę się i robię mnóstwo bardziej lub mniej rozsądnych rzeczy. Jedną z tych mniej rozsądnych (według mojego ukochanego ;) było zrobienie sobie kołtuna na głowie. Zmiana koloru włosów z czarnego na rudy spotkała się już z większą aprobatą. Z zamiarem tym nosiłam się już od dawna tylko odkładałam to z uwagi na ciągłe marudzenie i narzekania na ten pomysł ze strony wspomnianego Tża. Zdecydowałam się i tak oto powstał Marcel- na cześć stwórcy tegoż kołtuna. Teraz oficjalnie można mnie tytułować lewaczką ;)



Czasu na gotowanie jest więc bardzo mało i czasami zdarza się, że kładę się spać o pierwszej w nocy bo do tego czasu gotuję coś sensownego i zdrowego, żeby nie odżywiać się tylko sosami ze słoików i ryżem tudzież makaronem.. Minął właśnie pierwszy miesiąc mieszkania w naszym „nowym” mieszkanku. Jest cudownie, pokochałam je i czuję się jakbym tu była już od dawna. W końcu żyjemy po swojemu, nie musimy się podporządkowywać nikomu, nie muszę zwracać uwagi na to, że wracamy późno (i niekoniecznie trzeźwi ;) i nikt mi nie mówi, że „dopóki mieszkasz tutaj to masz robić co ci karzę”.. Jednak nie ukrywam, że jest mi też trochę przykro bo ponad miesiąc już nie mam kontaktu z nikim z rodziny oprócz siostry.. Złość po kłótni z matką mi już minęła, pozostał tylko niesmak, że dorosła osoba może zachowywać się w sposób tak dziecinny.. No ale cóż, niektórzy nigdy się nie zmienią.. A ja nie zamierzam całe życie żyć według oczekiwań i melodii innych.
A jak już się wali to na wszystkich frontach.. Przedwczoraj padł mi komp. W serwisie okazało się, ze odkleił się jakiś tam mikro dynks od procesora i naprawa tego będzie kosztować około 500 zł i w sumie nie ma gwarancji, że za miesiąc nie wydarzy się to samo. Wprost REWELACJA !!! Nie stać mnie na takie ryzyko, szczególnie że mój lap ma już jakieś 6 lat i nie jest super fajnym sprzętem.. Tak więc chyba czeka mnie kupno nowego lapa pewnie na jakieś 36 rat bo na mniej mnie nie stać a o kupnie za gotówkę w ogóle nie ma co marzyć :] Więc niedługo rozpocznę poszukiwanie różowego (najlepiej) brend niu lapa. Na razie okupuję lapka mojego ukochanego. Szkoda mi jedynie Fotoszopa i wszelkich programów graficznych, które miałam wgrane na umarły komputer.. No ale cóż, czasami trzeba zburzyć to co się miało i odbudować na nowo- a może okazać się, że nowe jest lepsze :)
Co do gotowania to dziś chciałabym zaproponować Wam niezbyt elegancką i reprezentatywną potrawę ale za to smaczną i sycącą. Jest to mój dietetyczny kapuśniak :) Robi się go bardzo prosto:

  • 0,5 kilo kiszonej kapusty
  • 3/4 kilo ziemniaków
  • bulion warzywny
  • kilka suszonych grzybów

Jeżeli kapusta jest zbyt kwaśna to najpierw płuczemy ją pod wodą. Gotujemy rosół (może być z kostki tylko bez syfków typu inozynian lub glutaminian) i do rosołu wrzucamy kapustę, grzybki suszone i surowe, pokrojone w kostkę ziemniaki. Gotujemy tak długo aż ziemniaki zmiękną. Brzmi mało zachęcająco ale uwierzcie- smak jest rewelacyjny :) Zdjęcie fatalne, robione w pracy podczas obiadku, naczynie też mało estetyczne- wybaczcie :)


niedziela, 13 lutego 2011

Skinheadowe vegan love ;)

Wczoraj wieczorem zawitało do nas kilku przyjaciół więc postanowiłam, że nakarmię wszystkich moich złych skinheadów wegańskimi pysznościami :) Jako że staramy się żyć oszczędnie myślałam o czymś czym chłopaki by się zapchały i nie kosztowałoby to miliard złotych. Od razu na myśl przyszła mi albo pasta albo fast food czyli veganburgery. Towarzystwo zgodnie opowiedziało się za burgerami więc kupiliśmy bułki i każdy został zapędzony do kuchni. Ja w kuchni nie będę kwitła jak kura domowa w czasie gdy towarzystwo opija się piwem w pokoju więc każdy bez marudzenia stłoczył się w naszej pięknej kuchence i zaczął robić szamę. No, może prócz jednego osobnika, który dorwał się do mojego aparatu i zaczął męczyć nasze dwie domowe księżniczki. Przynajmniej została odkryta zagadka kto od jakiegoś czasu chowa pilota telewizoryjnego w dziwne miejsca... Obie były zachwycone, że ktoś skupił całą swoją uwagę tylko na nich, kochają to :D




 Jako że męska zgraja jest strasznie niezorganizowana więc musiałam wydawać co jakiś czas rozporządzenia kto czym się zajmuje ale nie było źle i już po kilkunastu minutach talerze zapełniły się rewelacyjnie pysznymi hamburgerami. Niestety nie miałam możliwości zrobienia więcej i lepszych zdjęć bo towarzystwo zaczęło głośny lament, ze jest głodne i chce jeść TERAZ NATYCHMIAST!!! ;) Tak więc konserwatywni, mięsożerni panowie pochaniali góry veganburgerów mlaskając, wzdychając i przerywając co chwilę jedzenie uwagami typu „ale pycha”, „smakuje jak kurczak”, „mmmmm”, „to naprawdę jest wegańskie?? Ale naprawdę bez mięsa?? Tak w ogóle??”, „ja już nie mogę więcej” ;) Po jedzeniu zgodnie stwierdzili, że było pyszne i takie jedzenie to oni mogą codziennie jeść ;) A w skład moich veganburgerów wchodziły:

  • bułki
  • kotlety sojowe a’la kurczak firmy Orico (rozpływałam się nad nimi ostatnio)
  • sałata
  • ogórek świeży
  • ogórek kiszony
  • cebula
  • sojonez czosnkowy 




Jak się je robi to każdy wie. Warzywa według uznania, można inne, można dodać tofu albo użyć tofu zamiast kotletów sojowych. Palce lizać :)

Zespołu nie lubię z powodu poglądowego ale ten kawałek kocham!! 

wtorek, 8 lutego 2011

Witam kochani,
Po milionowo letniej przerwie powracam do żywych ;) Wczoraj w naszym cudnym, pięknym, przytulnym mieszkanku miły Pan Monter podłączył nam modem i w końcu mamy łączność ze światem na standardowym poziomie. Teraz już wszystko jest ok., można żyć, pisać bloga i wrzucać zdjęcia pyszności. Tęskniłam za tym i za oglądaniem Waszych zdjęć i czytaniem notek. U mnie w skrócie cały czas się coś zmienia. Przeprowadzka „na wariata”, wydawania milionów na podstawowe artykuły użytku domowego bo w tym domu nie było nawet kosza na śmieci ani sztućców ani NIC !! Ale nie powiem, że te zakupy nie sprawiają mi przyjemności. Uwielbiam urządzać mieszkania więc jestem w swoim żywiole. Gorzej jak przychodzi do płacenia rachunku ale tłumaczę sobie, że to już będzie nasze i nie będzie trzeba potem kupować. Jeszcze czeka nas wizyta w IKEI i kupowanie szafek wiszących, półek, jakiś przegródek na ubrania, kompletów pościeli i prześcieradeł itp. Ale mieszkanko jest cudowne, czuję się w nim już jak u siebie. Co do spraw „domowych” to po wyprowadzce matka nie odzywa się do mnie już trzeci tydzień. Jakoś mi tego aż tak nie brakuje.. Odpoczywam od jej histerii i oskarżeń.. Przykro mi, że tak wyszło ale ja też mam swój próg wytrzymałości i nie będę słuchać przez całe życie, że jestem egoistką, chorą psychicznie, że mam rodzinę w dupie.. Ile można ;/
Jeśli chodzi o dietkę to nadal się nią katuję chociaż ostatnio przez kilka dni niestety oszukiwałam mocno :( Ale trzeba znów ostro się wziąć za siebie.. Obiecałam sobie, że do lata wjedę w rozmiar 38. Ostatnio upichciłam coś niesamowitego w czym się kompletnie zatracam. Pani dietetyk ułożyła mi przepis na leczo z tofu… Nic wymyślnego ani nowego ale dla mnie to nowość bo dotychczas nie cierpiałam papryki. Dzięki temu daniu pokochałam leczo i paprykę.. Przepis jest banalnie prosty:

>       po 2 papryki z każdego koloru
>       kostka wędzonego (koniecznie!!) tofu
>       2 pomidory
>       duża cebula
>       puszka pomidorów w sosie lub przecier z kartonika (nie koncentrat)
>       przyprawy
>       olej lub oliwa do smażenia

Tofu odsączamy, kroimy w kostkę, raczej większą niż mniejszą i przesmażamy na oliwie lub oleju do którego sypiemy od razu przyprawy. Ja ostatnio mam fazę na przyprawę do kurczaka z Biedry z serii „Przyprawy Świata”. Sypię ją tonami do wszystkiego.. Do tego pieprz czosnkowy i jeśli ktoś chce warzywko. Warzywa kroimy w kostkę, paski, piórka czyli jak Wam odpowiada, wsypujemy na patelnię z tofu i smażymy. Po kilku minutach smażenia jak warzywa zmniejszą objętość i zrobią się trochę miększe (?) dolewamy sosu pomidorowego i dusimy póki warzywa nie będą tak miękkie jak lubimy. Danie wygląda ślicznie a smakuje… Wręcz masakrująco :) Nie myślałam, że kiedykolwiek polubię paprykę a teraz mogę jeść to leczo codziennie. Spróbujcie jest naprawdę pyszne.

niedziela, 30 stycznia 2011

Ala nie lubi się z bakłażanem...

Witam po dłuższej przerwie. Nie pisałam bo miałam spore zawirowania w życiu osobistym. W skrócie mówiąc rodzicom moim znudziło się mieszkanie ze mną (tzn. mojej mamie, tata za bardzo się nie odzywa w domu) i wyprosiła mnie z domu. Nie mam o to  żalu, przynajmniej szybciej zamieszkamy razem. Planowaliśmy szukać mieszkania od marca i w kwietniu się wprowadzać. Ale wszystko się przyspieszyło i trochę czasu poświęciliśmy na szukanie mieszkania i kalkulacje czy damy radę wszystko ogarnąć 2 miesiące wcześniej czy nie. Ale udało się :-) Znaleźliśmy śliczne mieszkanie troszkę na uboczu ale do centrum jest z 15 minut spacerkiem. Ale blok jest blisko lasu, cisza, spokój, jak dla mnie bomba. Opłaty są bardzo atrakcyjne, byłam zdziwiona, że takie ładne, kolorowe i wyremontowane mieszkanie jest tak tanie. Jutro po pracy się przenosimy. I szykuje się wegańska parapetówka.
Dieta idzie mi świetnie. Miesiąc już za mną i mam 7,5 kilo mniej :-) Wszystko idzie świetnie. Jeszcze tak około 13- 15 i osiągnę mój cel. Teraz pani dietetyk wyliczyła, że optymalnie powinnam chudnąć 3- 4 kilo miesięcznie. Zobaczymy jak mi się uda. No i dzięki pani dietetyk przekonałam się, że nie lubię bakłażana.. Zrobiłam pastę do chleba z upieczonego bakłażana, zmiksowanego z oliwą, czosnkiem, solą i oliwą. Wyglądało koszmarnie i smakowało baaaaaaaardzo dziwnie. Ni to słone było, ni to wędzone jakby, ni to pikantne.. Zdecydowanie nie lubię bakłażana :-( Niedługo upichcę coś smacznego i dietetycznego i pokażę Wam.

sobota, 15 stycznia 2011

Nudna dieta, nudne życie.

Witam po dłuższej przerwie. Wiedziałam, że tak będzie- jak tylko zacznę pisać o tym co jem na diecie wszyscy zaraz uciekną. Halo, poczekajcie !! Nie uciekajcie !! Jeszcze nawet nie pokazałam siebie przed wielką metamorfozą !! No i masz.. Uciekli wszyscy. No trudno, napiszę co mam do powiedzenia i idę spać :) Od 3 stycznia praktycznie nie miałam wolnego gdyż postawiłam sobie jako cel wyrabiać minimum 500 zł nadgodzin w pracy. Postanowiliśmy z Kotem (TŻ), że od kwietnia wynajmujemy kawalerkę. No i przydałoby się odłożyć na start te kilka tysięcy. Mamy już połowę wyznaczonej sumy i mniej więcej połowę miesiąca. Myślę, że spokojnie uda mi się osiągnąć cel. Ale od dwóch tygodni non stop tylko pracuję, soboty i niedziele też. Trudno w dzisiejszych czasach nie ma nic za darmo.
Dieta idzie mi całkiem dobrze. Jestem zadowolona z efektów, mijają właśnie 2 tygodnie i już mam 2,5 kilo mniej. W połowie zeszła ze mnie woda ale w ciuchach też czuję, że chudnę. Spodnie i bluzki robią się luźniejsze. Nastraja mnie to dosyć optymistycznie. Do dietetycznego jedzenia już przywykłam i nawet je polubiłam- objadam się owocami i świeżymi warzywami <3 No i pani dietetyk kazała mi jeść dużo soji więc korzystam z tego, szczególnie że odkryłam ostatnio rewelację- kotlety sojowe o smaku kurczaka. I tym razem naprawdę smakują jak kurczak!! Akurat zaliczam się do osób, które smak mięsa kochały i jako wegance bardzo mi tego smaku brakuję, naprawdę tęsknię za mięsem i nie jestem z tych co to uważają, że wyrzekły się mięsa i nie są im potrzebne zamienniki. Mi są. I dlatego oszalałam na punkcie tych oto kotletów:




Po zalaniu ich wrzątkiem rozchodzi się po kuchni przyjemny zapach pieczonego kurczaka. Ja po odsączeniu ich obtaczam w przyprawie do kurczaka, solę, pieprzę i obtaczam w mące. Smażę na złoto.. Pyyyyycha... Naprawdę ucieszyłam się jak nie wiem jak pierwszy raz ich spróbowałam. Pojutrze czeka mnie druga wizyta u pani dietetyk i nowe, lepsze menu z makaronem i ryżem !!!!
Powoli zaczynam spełniać swoje marzenie. Od dłuższego czasu się do tego przygotowywałam ćwicząc kalkowanie wzorów i wyrabiałam sobie rękę. A kilka dni temu pierwszy raz to ja zasiadłam na chwilę po TAMTEJ stronie.



 Emocje, drżenie rąk i kumpel, którego trochę pomęczyłam ;) Jeszcze dłuuuuuga nauka przede mną ale mam nadzieję, że kiedyś dorównam choć w 75% mojemu mentorowi :)

czwartek, 6 stycznia 2011

Dietowe zmagania.

Witam wszystkich :) Od razu Was uspokoję, że dziś jeszcze nie wstawię zdjęć mojego wielorybiego cielska bo nie zdążyłam ich zrobić. Ale nie ma tego złego. Zrobiłam zdjęcie jednej z „potraw”, które muszę jeść będąc na diecie. Nawet nie jest najgorsze.. Fasolka z tofu marynowanym. Fasolkę gotujemy a tofu kroimy w plastry i zalewamy sosem sojowym (ja mam sojowo grzybowy za około 3,50 zł z Carrefoura) z dodatkiem zmiażdżonego czosnku, oliwy, sproszkowanej papryki i pieprzu. Zostawiamy na pół godziny i potem przesmażamy na łyżce oliwy. Ja lubię tak mocno wysmażone, że aż prawie chrupiące.




Powiem Wam, że nie było to najgorsze. O reszcie nie da się tego powiedzieć.. Pierwsze dwa tygodnie mam oczyszczające, porcje głodowe, totalnie pozbawione smaku i koloru :( Na śniadanie jedna deska żytnia Wasy i ogórek kiszony, drugie śniadanie to 3 kiwi (mniam!), obiad to np. brukselka wymieszana z grejfrutem (!!!) (zjadłam osobno, zbyt egzotyczne połączenie jak na mój konserwatywny umysł) , podwieczorek to dwie małe cukinie na surowo (bałam się jak nie wiem zjeść na surowo ale okazała się bardzo ciekawa w smaku :) trochę jak ogórek ale delikatniejszej fakturze i lekko słodka ) a na kolację fasolka z tofu. Sami widzicie, że po moich tortillach wybuchających kolorowymi warzywami, sojowym kebabem i sojonezem czosnkowym lub pizzach wegańskich ta dieta mnie wykańcza nerwowo ;) Wszyscy wokół objadają się pysznymi rzeczami a ja.. Dzisiaj patrzyłam z pożądaniem na tosty z kiełbasą, serem i majonezem mojego Tża.. Jak one pachniały.. Ale mam silną wolę i dam radę. Dziś minął 4 dzień diety, za 10 dni idę do pani dietetyk i dostaję nowy zestaw dań, już bardziej ludzki, będzie makaron (yay!!!), kasze, ryż. Pycha. Jedyny plus jak na razie to to, że muszę jeść dużo owoców, które są pyszne, soczyste i w ogóle ach, och, kolorują moje życie. Czasami miewam wręcz pornograficzne myśli o grzankach z sojową szynką i sojonezem.. Śnię o tofurniku z masą orzechową i ciasteczkowym spodzie.. Może powiecie, że to głupie że tak się katuje ale przynajmniej czuję bat nad sobą.. Bo bez takiego bata w postaci pani dietetyk, która bierze pieniążki za wizytę i każe mi zapisywać wagę i wymiary, nie schudłabym nigdy.. No i mam cel i tym razem będzie bez wykrętów. Pani dietetyk powiedziała, że w nagrodę za zgubienie pierwszych 5 kilo mam sobie sprawić nagrodę ale nie jedzeniową. Więc zrobię sobie tatuaż. Tylko jeszcze nie wiem gdzie bo motywów mam milion wybranych, chyba zacznę robić rękawek.. Tylko nie wiem czym. Różowymi lamparcimi cętkami?? Może...  :)

niedziela, 2 stycznia 2011

Witam w nowym roku :)

Witam wszystkich noworocznie :) Jak Wam się udał Sylwester?? Mi szczerze mówiąc średnio bo wylądowałam po 4 nad ranem na pogotowiu i musiałam dostać 2 kroplówki (jak zawsze- bo jedna nigdy nie pomaga) bo miałam atak bólu brzucha na tle nerwowym. Tym razem to był już taki fest atak bo czekając na samochód, który miał mnie zawieźć na pogotowie 2 razy straciłam przytomność z bólu.. :( Leku na to nie ma- jedynie co to mniej nerwów i stresów a to akurat w moim życiu, przy mojej pracy niemożliwe.. Ale przeżyłam i to najważniejsze. W nowym roku postaram się mniej denerwować na głupotę innych ludzi.
A z okazji imprezy sylwestrowej, którą spędziliśmy w schronisku dla bezdomnych zwierząt (bo mój ukochany miał akurat nockę w pracy wtedy to zabraliśmy się z kumplem i siedzieliśmy z nim) zrobiłam powalająco pyszne wegańskie trufle czekoladowo rumowe. Przepis podrzuciła mi koleżanka dzięki której przeszłam na weganizm. Przepis:

  • 5 czekolad gorzkich koniecznie z Carrefoura (bo są słodkie) lub mlecznych sojowych
  • niestety na oko mleko sojowe LUB
  • również na oko margaryna wegańska
  • olejek rumowy
  • cukier puder
  • migdały obrane ze skórki lub inne orzechy, które lubicie

Czekoladę łamiemy na kostki i rozpuszczamy w wodnej kąpieli- rozpuśćcie TYLKO 4,5 tabliczki- resztę zostawcie. Do rozpuszczonej czekolady dodawajcie mleko sojowe lub margarynę, żeby masa była rzadkawa i do smaku olejek rumowy oraz cukier puder.. Strasznie trudno obczaić odpowiednią konsystencję. Masę trzeba wstawić do lodówki i kiedy już prawie stężeje wyjmujemy i rękoma lepimy kulki, w które wciskamy nasze migdały lub orzechy i obtaczamy trufle w kakale, płatkach migdałowych, mielonych orzechach, wiórkach kokosowych czy w czym tam sobie chcecie. I z powrotem do lodówki, żeby zrobiły się z tego trufle, które można brać do ręki i jeść jak cukierki. Jeżeli masa jest zbyt rzadka garnek z masą znowu dajemy do wodnej kąpieli, rozpuszczamy jeszcze raz i zagęszczamy pozostałą czekoladą. W przypadku gdyby masa była za twarda robimy to samo tylko dodajemy mleko lub margarynę. Trudne ale warte zachodu :) Smak- powalający. Wyglądają też całkiem wykwintnie ;)





A jutro zaczyna się moja walka. Pierwszy dzień diety. Jest mi troszkę smutno bo kocham gotować wegańskie pyszności a czeka mnie co najmniej 6 miesięcy jedzenia bardzo ubogiego w smak i kolor :( Droga do zgubienia 25 kilo będzie ciężka i mam nadzieję, że będziecie mnie wspierać. Za kilka dni wrzucę moje zdjęcia- tylko nie przestraszcie się- jeżeli ktoś chce zrzucić 25 kilo to znaczy, że ma sporo sadła i nie wygląda zbyt estetycznie. Ale mam nadzieję, że to że zobaczycie moją fatalną sylwetkę będzie dla mnie dodatkową motywacją, żeby się zmienić i schudnąć :)
Pozdrawiam i liczę na Wasze kciuki :)