niedziela, 30 stycznia 2011

Ala nie lubi się z bakłażanem...

Witam po dłuższej przerwie. Nie pisałam bo miałam spore zawirowania w życiu osobistym. W skrócie mówiąc rodzicom moim znudziło się mieszkanie ze mną (tzn. mojej mamie, tata za bardzo się nie odzywa w domu) i wyprosiła mnie z domu. Nie mam o to  żalu, przynajmniej szybciej zamieszkamy razem. Planowaliśmy szukać mieszkania od marca i w kwietniu się wprowadzać. Ale wszystko się przyspieszyło i trochę czasu poświęciliśmy na szukanie mieszkania i kalkulacje czy damy radę wszystko ogarnąć 2 miesiące wcześniej czy nie. Ale udało się :-) Znaleźliśmy śliczne mieszkanie troszkę na uboczu ale do centrum jest z 15 minut spacerkiem. Ale blok jest blisko lasu, cisza, spokój, jak dla mnie bomba. Opłaty są bardzo atrakcyjne, byłam zdziwiona, że takie ładne, kolorowe i wyremontowane mieszkanie jest tak tanie. Jutro po pracy się przenosimy. I szykuje się wegańska parapetówka.
Dieta idzie mi świetnie. Miesiąc już za mną i mam 7,5 kilo mniej :-) Wszystko idzie świetnie. Jeszcze tak około 13- 15 i osiągnę mój cel. Teraz pani dietetyk wyliczyła, że optymalnie powinnam chudnąć 3- 4 kilo miesięcznie. Zobaczymy jak mi się uda. No i dzięki pani dietetyk przekonałam się, że nie lubię bakłażana.. Zrobiłam pastę do chleba z upieczonego bakłażana, zmiksowanego z oliwą, czosnkiem, solą i oliwą. Wyglądało koszmarnie i smakowało baaaaaaaardzo dziwnie. Ni to słone było, ni to wędzone jakby, ni to pikantne.. Zdecydowanie nie lubię bakłażana :-( Niedługo upichcę coś smacznego i dietetycznego i pokażę Wam.

sobota, 15 stycznia 2011

Nudna dieta, nudne życie.

Witam po dłuższej przerwie. Wiedziałam, że tak będzie- jak tylko zacznę pisać o tym co jem na diecie wszyscy zaraz uciekną. Halo, poczekajcie !! Nie uciekajcie !! Jeszcze nawet nie pokazałam siebie przed wielką metamorfozą !! No i masz.. Uciekli wszyscy. No trudno, napiszę co mam do powiedzenia i idę spać :) Od 3 stycznia praktycznie nie miałam wolnego gdyż postawiłam sobie jako cel wyrabiać minimum 500 zł nadgodzin w pracy. Postanowiliśmy z Kotem (TŻ), że od kwietnia wynajmujemy kawalerkę. No i przydałoby się odłożyć na start te kilka tysięcy. Mamy już połowę wyznaczonej sumy i mniej więcej połowę miesiąca. Myślę, że spokojnie uda mi się osiągnąć cel. Ale od dwóch tygodni non stop tylko pracuję, soboty i niedziele też. Trudno w dzisiejszych czasach nie ma nic za darmo.
Dieta idzie mi całkiem dobrze. Jestem zadowolona z efektów, mijają właśnie 2 tygodnie i już mam 2,5 kilo mniej. W połowie zeszła ze mnie woda ale w ciuchach też czuję, że chudnę. Spodnie i bluzki robią się luźniejsze. Nastraja mnie to dosyć optymistycznie. Do dietetycznego jedzenia już przywykłam i nawet je polubiłam- objadam się owocami i świeżymi warzywami <3 No i pani dietetyk kazała mi jeść dużo soji więc korzystam z tego, szczególnie że odkryłam ostatnio rewelację- kotlety sojowe o smaku kurczaka. I tym razem naprawdę smakują jak kurczak!! Akurat zaliczam się do osób, które smak mięsa kochały i jako wegance bardzo mi tego smaku brakuję, naprawdę tęsknię za mięsem i nie jestem z tych co to uważają, że wyrzekły się mięsa i nie są im potrzebne zamienniki. Mi są. I dlatego oszalałam na punkcie tych oto kotletów:




Po zalaniu ich wrzątkiem rozchodzi się po kuchni przyjemny zapach pieczonego kurczaka. Ja po odsączeniu ich obtaczam w przyprawie do kurczaka, solę, pieprzę i obtaczam w mące. Smażę na złoto.. Pyyyyycha... Naprawdę ucieszyłam się jak nie wiem jak pierwszy raz ich spróbowałam. Pojutrze czeka mnie druga wizyta u pani dietetyk i nowe, lepsze menu z makaronem i ryżem !!!!
Powoli zaczynam spełniać swoje marzenie. Od dłuższego czasu się do tego przygotowywałam ćwicząc kalkowanie wzorów i wyrabiałam sobie rękę. A kilka dni temu pierwszy raz to ja zasiadłam na chwilę po TAMTEJ stronie.



 Emocje, drżenie rąk i kumpel, którego trochę pomęczyłam ;) Jeszcze dłuuuuuga nauka przede mną ale mam nadzieję, że kiedyś dorównam choć w 75% mojemu mentorowi :)

czwartek, 6 stycznia 2011

Dietowe zmagania.

Witam wszystkich :) Od razu Was uspokoję, że dziś jeszcze nie wstawię zdjęć mojego wielorybiego cielska bo nie zdążyłam ich zrobić. Ale nie ma tego złego. Zrobiłam zdjęcie jednej z „potraw”, które muszę jeść będąc na diecie. Nawet nie jest najgorsze.. Fasolka z tofu marynowanym. Fasolkę gotujemy a tofu kroimy w plastry i zalewamy sosem sojowym (ja mam sojowo grzybowy za około 3,50 zł z Carrefoura) z dodatkiem zmiażdżonego czosnku, oliwy, sproszkowanej papryki i pieprzu. Zostawiamy na pół godziny i potem przesmażamy na łyżce oliwy. Ja lubię tak mocno wysmażone, że aż prawie chrupiące.




Powiem Wam, że nie było to najgorsze. O reszcie nie da się tego powiedzieć.. Pierwsze dwa tygodnie mam oczyszczające, porcje głodowe, totalnie pozbawione smaku i koloru :( Na śniadanie jedna deska żytnia Wasy i ogórek kiszony, drugie śniadanie to 3 kiwi (mniam!), obiad to np. brukselka wymieszana z grejfrutem (!!!) (zjadłam osobno, zbyt egzotyczne połączenie jak na mój konserwatywny umysł) , podwieczorek to dwie małe cukinie na surowo (bałam się jak nie wiem zjeść na surowo ale okazała się bardzo ciekawa w smaku :) trochę jak ogórek ale delikatniejszej fakturze i lekko słodka ) a na kolację fasolka z tofu. Sami widzicie, że po moich tortillach wybuchających kolorowymi warzywami, sojowym kebabem i sojonezem czosnkowym lub pizzach wegańskich ta dieta mnie wykańcza nerwowo ;) Wszyscy wokół objadają się pysznymi rzeczami a ja.. Dzisiaj patrzyłam z pożądaniem na tosty z kiełbasą, serem i majonezem mojego Tża.. Jak one pachniały.. Ale mam silną wolę i dam radę. Dziś minął 4 dzień diety, za 10 dni idę do pani dietetyk i dostaję nowy zestaw dań, już bardziej ludzki, będzie makaron (yay!!!), kasze, ryż. Pycha. Jedyny plus jak na razie to to, że muszę jeść dużo owoców, które są pyszne, soczyste i w ogóle ach, och, kolorują moje życie. Czasami miewam wręcz pornograficzne myśli o grzankach z sojową szynką i sojonezem.. Śnię o tofurniku z masą orzechową i ciasteczkowym spodzie.. Może powiecie, że to głupie że tak się katuje ale przynajmniej czuję bat nad sobą.. Bo bez takiego bata w postaci pani dietetyk, która bierze pieniążki za wizytę i każe mi zapisywać wagę i wymiary, nie schudłabym nigdy.. No i mam cel i tym razem będzie bez wykrętów. Pani dietetyk powiedziała, że w nagrodę za zgubienie pierwszych 5 kilo mam sobie sprawić nagrodę ale nie jedzeniową. Więc zrobię sobie tatuaż. Tylko jeszcze nie wiem gdzie bo motywów mam milion wybranych, chyba zacznę robić rękawek.. Tylko nie wiem czym. Różowymi lamparcimi cętkami?? Może...  :)

niedziela, 2 stycznia 2011

Witam w nowym roku :)

Witam wszystkich noworocznie :) Jak Wam się udał Sylwester?? Mi szczerze mówiąc średnio bo wylądowałam po 4 nad ranem na pogotowiu i musiałam dostać 2 kroplówki (jak zawsze- bo jedna nigdy nie pomaga) bo miałam atak bólu brzucha na tle nerwowym. Tym razem to był już taki fest atak bo czekając na samochód, który miał mnie zawieźć na pogotowie 2 razy straciłam przytomność z bólu.. :( Leku na to nie ma- jedynie co to mniej nerwów i stresów a to akurat w moim życiu, przy mojej pracy niemożliwe.. Ale przeżyłam i to najważniejsze. W nowym roku postaram się mniej denerwować na głupotę innych ludzi.
A z okazji imprezy sylwestrowej, którą spędziliśmy w schronisku dla bezdomnych zwierząt (bo mój ukochany miał akurat nockę w pracy wtedy to zabraliśmy się z kumplem i siedzieliśmy z nim) zrobiłam powalająco pyszne wegańskie trufle czekoladowo rumowe. Przepis podrzuciła mi koleżanka dzięki której przeszłam na weganizm. Przepis:

  • 5 czekolad gorzkich koniecznie z Carrefoura (bo są słodkie) lub mlecznych sojowych
  • niestety na oko mleko sojowe LUB
  • również na oko margaryna wegańska
  • olejek rumowy
  • cukier puder
  • migdały obrane ze skórki lub inne orzechy, które lubicie

Czekoladę łamiemy na kostki i rozpuszczamy w wodnej kąpieli- rozpuśćcie TYLKO 4,5 tabliczki- resztę zostawcie. Do rozpuszczonej czekolady dodawajcie mleko sojowe lub margarynę, żeby masa była rzadkawa i do smaku olejek rumowy oraz cukier puder.. Strasznie trudno obczaić odpowiednią konsystencję. Masę trzeba wstawić do lodówki i kiedy już prawie stężeje wyjmujemy i rękoma lepimy kulki, w które wciskamy nasze migdały lub orzechy i obtaczamy trufle w kakale, płatkach migdałowych, mielonych orzechach, wiórkach kokosowych czy w czym tam sobie chcecie. I z powrotem do lodówki, żeby zrobiły się z tego trufle, które można brać do ręki i jeść jak cukierki. Jeżeli masa jest zbyt rzadka garnek z masą znowu dajemy do wodnej kąpieli, rozpuszczamy jeszcze raz i zagęszczamy pozostałą czekoladą. W przypadku gdyby masa była za twarda robimy to samo tylko dodajemy mleko lub margarynę. Trudne ale warte zachodu :) Smak- powalający. Wyglądają też całkiem wykwintnie ;)





A jutro zaczyna się moja walka. Pierwszy dzień diety. Jest mi troszkę smutno bo kocham gotować wegańskie pyszności a czeka mnie co najmniej 6 miesięcy jedzenia bardzo ubogiego w smak i kolor :( Droga do zgubienia 25 kilo będzie ciężka i mam nadzieję, że będziecie mnie wspierać. Za kilka dni wrzucę moje zdjęcia- tylko nie przestraszcie się- jeżeli ktoś chce zrzucić 25 kilo to znaczy, że ma sporo sadła i nie wygląda zbyt estetycznie. Ale mam nadzieję, że to że zobaczycie moją fatalną sylwetkę będzie dla mnie dodatkową motywacją, żeby się zmienić i schudnąć :)
Pozdrawiam i liczę na Wasze kciuki :)