sobota, 22 grudnia 2012

I znowu jak co roku..

Właśnie.. Święta. Przeżyliśmy kolejny już koniec świata więc teraz czas na coś równie stresującego. Przynajmniej dla mnie. Od około 2 tygodni trwają już nerwowe kłótnie, gdzie, do kogo, z kim, na ile i jak.. Nie jestem fanką świąt. Od kiedy przestałam być dzieckiem jest to dla mnie raczej średnio fajny obowiązek. Niby można spotkać się z rodziną ale.. Ten rok był szczególnie chujowy. Śmierć mojego przyjaciela, wujka, psa, strata pracy, depresja.. Trochę tego było nawet jak na taką twardodupną, złą skinówę jak ja ;) Jak patrzę na nas to bardzo się wszyscy zmieniliśmy. Moje chłopaki (ukochany i współlokator) przestali jeść mięso i z ostrożnie próbujących moje potrawy stali się zagorzałymi aktywistami za co wielki buziak chłopaki :). Staliśmy się ciut bardziej liberalni. Ogólnie- starzejemy się ;) Ale jest dobrze. Jesteśmy razem, kochamy się, tworzymy wspaniale dobrane trio najlepszych przyjaciół, mamy wspaniale zwierzaki, dach nad głową i smaczne jedzenie. Jak dla mnie może być.
Nie ulegnę presji świątecznych przepisów jak 95% blogerek i blogerów :) Może po świętach wrzucę jakiś przepis na pasztet albo cokolwiek innego. Pisząc tą notkę czekam własnie aż ostygnie gar zielonej soczewki na pasztet soczewicowo- pieczarkowo- chlebowy. To moja wariacja sklecona z kilku różnych przepisów, zobaczymy co z tego wyjdzie. To czym chciałabym się z Wami dziś podzielić to (werble)... wegański kawior :) Tak, właśnie. Pewnie większość z Was już go widziała/ próbowała. Ja nie i był dla mnie sporym zaskoczeniem. Moi rodzice będąc w IKEI zobaczyli właśnie rzeczony kawior na półeczce w dziale z żywnością. Postanowili kupić mi go bo pamiętają jak bardzo lubiłam kawior gdy jadłam jeszcze mięso i jajka. Muszę przyznać, że byłam naprawdę pod wrażeniem. Ale po kolei.
Słoiczek jest malutki. Jak widać na załączonym obrazku zawiera 85 gramów kuleczek zrobionych z wodorostów :) Na połówkę bułki zużywałam mniej więcej łyżeczkę od herbaty i starczyło mi to na około 8 bułek. Czyli prawie tydzień śniadań.


Takowy słoiczek kosztuje 6,99 zł. Drogo ale raz na jakiś czas można sobie pozwolić na taki rarytas. Ja zjadłam jak zwykłam to robić- pokropiony sokiem z cytryny i posolony. W smaku bardzo nieznacznie różni się od kawioru rybnego jest jedynie mniej słony. Struktura i wygląd są przerażająco identyczne jak przy tym z ryby.



A tak prezentuje się na żytniej bułce:


Wiem, że jest jeszcze wersja w puszce, gramatura dwukrotnie większa i wiem również, że dostanę go na święta od rodziców ;) Wtedy spiszę Wam dokładny skład bo ze słoiczka zapomniałam spisać. 
I jeszcze jedna rzecz- bardzo rozbawiła nas gra wymyślona przez portal Otwarte Klatki. To wegańskie bingo :D Zasady i planszę macie tu, o tu właśnie: Karnizm w natarciu- BINGO   Gorąco polecam, zabawne i jeżeli czyjejś rodzinie jeszcze nie znudziły się wiecznie te same pytania to szybko można wygrać ;) 
A teraz wybaczcie- spadam mielić soczewicę na mój pasztetowy eksperyment i zostawiam Was ze zdjęciem naszego najukochańszego synusia w odsłonie zimowej ;)



niedziela, 9 grudnia 2012

Changes..

Taaaaak... Wiem. Miało być raz w tygodniu.. No i co? Co ja poradzę, że na mojej wsi wysiada internet co chwilę a jak już wysiada to na tydzień? No i chęci do pisania mało, oj malutko bo humor ostatnio nie dopisuje. Nadciągnęły spore zmiany w moim życiu. Jeszcze nie wiem czy na pewno, tak na 100% na dobre. Ogólnie rzecz biorąc straciłam pracę. Jak ktoś czyta bloga od początku (albo mnie zna ;) to wie, że pracowałam w zasranej, wielkiej korporacji ubezpieczeniowej. Takkkk, ja- osoba chyba najbardziej nie pasująca do korporacji.. Mimo to trzymałam się tam 4 lata. Mimo załamania nerwowego (między innymi przez pracę) i mimo tego, że tam k***a nie pasowałam, że każdego dnia zadawałam sobie pytanie "What the fuck am I doin here??". A co mnie tak trzymało? Kasa. Płacili w miarę dobrze. Z premią wychodziła naprawdę spoko wypłata. No i jeszcze to, że sytuacja na rynku pracy jest taka a nie inna (czytaj: chujowa). Natomiast nienawidziłam tej pracy każdą komórką mojego ciała i marzyłam o dniu kiedy się stamtąd zwolnię.. Podjęli tą decyzję za mnie. Zrobili to, czego ja bałam się zrobić. I chwała im za to. Okres wypowiedzenia mam do 31 stycznia 2013 roku. Dali mi 2- a nie zgodnie z kodeksem pracy 3- miesiące wypowiedzenia. A w przyszłym tygodniu wnoszę sprawę do Sądu Pracy o bezpodstawne zwolnienie mnie- jako dobrego i sumiennego pracownika :) Nobody's gonna fuck with Alice ;) Mam nadzieję, że wyszarpnę od tych sukinsynów w garniturach kilka tysięcy odszkodowania i zobowiązanie przelania dotacji na rzecz jakiejś fundacji albo schroniska dla zwierząt. Zobaczymy jak sytuacja się rozwinie. Jedyne czego się boję to to, że nie znajdę do tego czasu pracy. Jednak przyzwyczaiłam się do pracy w biurze i ciężko byłoby mi przestawić się teraz na pracę fizyczną i nie wymagającą myślenia. Na razie szukam. Zobaczymy co będzie.

Tradycyjnie przepis- niestety ciutkę już nieaktualny bo dynie zalegają tylko w niektórych warzywniakach i to za kosmiczną kwotę. Ale pamiętajcie o tym przepisie w przyszłym roku. Robiąc ten sos do makaronu/ ryżu miałam dynię pierwszy raz w życiu w ręku. Moja mama zawsze mówiła, że babcia robiła zupę z dyni i kazała jej ją jeść. Mama do dziś pamięta paskudny smak zupy i "przymus" siedzenia przy stole godzinami póki nie zjadła. I dlatego mając już swój dom nigdy dyni nie przygotowała. A szkoda :) Bo to pyszne warzywo.
Wzorując się na jednym z blogowych przepisów lekko zmodyfikowałam oryginał i wyszła poezja.
Porcja na 3 głodne osoby.
  • pół kilo dyni
  • olej
  • czosnek (tak z 4 ząbki)
  • suszony lub świeży tymianek
  • suszona lub świeża bazylia
  • sól
  • pieprz
  • ostra papryka w proszku
  • oliwki w sosie własnym
  • paczka pełnoziarnistego makaronu

Dynię kroimy na małe kawałki i pieczemy w piekarniku razem z nieobranymi ząbkami czosnku (tak, tak, w łupinach na blachę wrzucamy) około 30- 35 minut w temperaturze 200 stopni. Wyjmujemy, studzimy i obieramy dyni, oraz czosnek. Wrzucamy wszystko do blendera, dodajemy przyprawy, olej (nie żałować oleju) i miksujemy. Sos musi mieć jedwabistą, gładziutką konsystencję. No i niech będzie tłusty- tłuste sosy do makaronu są pyszne. Szczególnie w taką pogodę.. Sos mieszamy z ugotowanym makaronem i posypujemy pokrojonymi oliwkami. Jeżeli sos komuś wyjdzie za mało słony to można dolać łyżkę sosu z oliwek. 
Potem oczywiście takie tłustości powinniśmy spalić jakoś ale raz na jakiś czas możemy sobie pozwolić na taki sos. Jest boski!! A ten jesienny kolor..






Jeżeli macie jeszcze gdzieś dynię i nie wiecie co z nią zrobić to zachęcam Was do przygotowania tego sosu. Jest wspaniały i ma ciekawy smak :)
Następna notka też będzie dotyczyła przysmaku z dyni. Tym razem na słodko.
A na koniec jeszcze zdjęcie z ręki z ukochanym synkiem <3


sobota, 17 listopada 2012

Sobotnie uwalenie..

Bynajmniej nie chodzi o uwalenie SIĘ chociaż takim bym nie pogardziła. Wyjątkowo podły nastrój mnie dopadł więc wybaczcie wulgaryzmy (w takich momentach wychodzi ze mnie Prawdziwa Ala- prostacka i chamska). Uwaliłam pierwsze zaliczenie w szkole. Miała być anatomia i fizjologia połączona z chowem i hodowlą świń. Pierwszy zgrzyt to to, że muszę uczyć się o rzeczach, z którymi kompletnie się nie zgadzam i mam ochotę krzyczeć "What the fuck is wrong with u people??!!". Nauka o chowie kojcowym świń, że to humanitarne, że wystarczające im do życia, że kastracja prosiaków bez znieczulenia jest humanitarna bo młode zwierzęta szybko zapominają o tym bólu, który jest u nich mniejszy niż u dorosłych.. Higiena zwierząt rzeźnych.. Inseminacja. Same smaczki. Ale mus to mus, jeżeli chcę kiedyś móc pomagać wetowi przy ratowaniu zwierząt niestety muszę się na to godzić. Drugie to to, że pani wykładowczyni wyjebała dziś takie zaliczenie, że cała grupa, co do jednego wstała i oddała puste kartki. KAŻDA z 11 osób. Ze świń (z których byłam obryta) nie było nic. Natomiast pani rozdała 5 kartek. Na jednej układ mięśniowy psa, na drugiej świni, na trzeciej kota, na czwartej krowy a na piątej kończyna przednia krowy. I opisz KAŻDY mięsień. Naliczyłam ich 211. I 20 minut na napisanie wszystkiego. Jak mój wet to usłyszał to stwierdził, że "chyba ją popierdoliło i że on na weterynarii nie miał kolosów z taką ilością materiału na taki czas do napisania". Genialnie. A poprawka u tejże pani jest możliwa tylko razem z zaliczeniem kolejnego działu.. Czyli cała grupa zalicza chów i hodowle świń (z których nie było ani jednego pytania) plus cały układ mięśniowy plus cały układ szkieletowy.. Fantastik kurwa.
Na pocieszenie wyprodukowaliśmy dziś górę przepysznych (i kalorycznych!!) racuchów z jabłkami. Były boskie. Niestety po raz kolejny nie zrobiłam im ładnego, zdjęcia, z odpowiednim oświetleniem i odpowiednio wyeksponowanych. Nie było czasu. Jak się głodna banda dorwała do nich to zdążyłam tylko zrobić mało estetyczne zdjęcie góry racuchów na talerzu. Bo zanim bym statyw rozłożyła i ponastawiała aparat to już nic by z nich nie było. A przecież jestem po cholernej szkole fotograficznej!! :( Wstyd mi za takie zdjęcia ale jak się nie ma co się lubi..

Ale, ale przepis podaję.


  • 2 duże jabłka
  • 4 szklanki mąki
  • kostka drożdży
  • cukier waniliowy do smaku
  • cukier zwykły na oko
  • woda
  • olej do smażenia






Mąkę mieszamy z cukrem wanilinowym i zwykłym. Drożdże rozpuszczamy w ciepłej wodzie z łyżką cukru i mąki. Odstawiamy żeby wyrosły. Gdy piana na drożdżach wyrośnie wlewamy je do mąki i dodajemy pokrojone w kosteczkę jabłka. Mieszamy i odstawiamy ciasto do wyrośnięcia. Gdy wyrośnie  na rozgrzany olej wykładamy łyżkami ciasto i smażymy racuchy. Podajemy z czym tylko chcemy :)

A, i oficjalnie ogłaszam, że przypomniałam sobie jak to jest 15 lat i świrować na punkcie idola z TV :D



Pam pa ram pam pam- absolutnie hot, sexy, stunning, ach i och Daryl Dixon z serialu "The Walking Dead".. Uwielbiałam go już w "Świętych z Bostonu" ale w serialu kompletnie kopie mi dupę. Zabawne. Jakbym znowu była w gimnazjum ;)
A btw- oglądaliście w/w serial? 

niedziela, 11 listopada 2012

Polskie pyry na Niepodległość ;)

Internet w całej swej łaskawości powrócił na moją wioseczkę :) Przez 6 dni byliśmy odcięci od tego narzędzia szatana jaką jest sieć i przez ten czas miałam kilka chwil, żeby w spokoju pogotować i pomyśleć nad wieloma rzeczami. Wieczory upływały nam na porywających dyskusjach a nie oglądaniu naszego ukochanego serialu "The Walking Dead" (obejrzyjcie koniecznie, urywa dupę!!). Graliśmy w Scrabble. Gotowaliśmy. I muszę się pochwalić :) Udało nam się namówić naszego przyjaciela i jednocześnie współlokatora na wegetarianizm!!! Kolejny zły skinhead przeszedł na jasną stronę mocy :) Zauważyłam, że wegetarianizm zmienia ludzi. Na lepsze.
Z okazji dzisiejszego święta Niepodległości postanowiliśmy upichcić taki, powiedzmy, Polski obiad. Nie pojechaliśmy w tym roku do Warszawy na Marsz. I dobrze. Bo tym co zrobili kibice w zeszłym roku wolałam zostać w domu a nie iść tam i wkurzać się na debilizm obu stron. W domu przygotowaliśmy kotleciki z ziemniaków i marchewki, buraczki tarte zaciągnięte mąką i (średnio Polski) ryż przyprawiony megapyszną mieszanką przypraw. Zrobiłam hurtowo masę z około 3 kilogramów ziemniaków. Wyszły z tego 23 duże i grube kotlety!! Moc :) Zacznijmy więc od przepisu na kotlety (podam Wam przepis na mniejszą ilość):

Składniki:
  • kilogram ziemniaków
  • pół kilo marchewki
  • czosnek
  • paczka przyprawy do ziemniaków bez glutaminianów i innych syfów
  • pieprz
  • sól
  • skrobia ziemniaczana
  • bułka tarta do obtoczenia
  • olej do smażenia

Ziemniaki i marchew gotujemy w oddzielnych garnkach. Oczywiście solimy wodę. Gdy ugotowane marchewki i ziemniaki ostygną mielimy je razem lub baaaardzo dokładnie ugniatamy. Masę doprawimy według własnych upodobań i zagęszczamy mąką ziemniaczaną. Formujemy z masy kotleciki i obtaczamy w bułce tartej. Ja przed smażeniem wstawiłam do lodówki na pół godziny, żeby mniej się rozpadały bo masa jest bardzo miękka. Smażymy na rozgrzanym oleju. Kotleciki są przepyszne- spieczona skórka jest chrupiąca a wnętrze mięciutkie i aksamitne. Palce lizać. 
Do tego podałam ryż. Jedną torebkę na osobę. Gotuję ryż a po ugotowaniu mieszam z jedną łyżką oleju na torebkę i dodaję kolejno: ćwierć łyżeczki czosnku granulowanego, łyżeczkę papryki słodkiej i ćwierć łyżeczki Dhal Masali. Ryż jest pikantny i naprawdę fantastycznie pyszny. A buraczki to Doprawione cukrem i zaciągnięte mąką buraczki ze słoika z Biedronki. Obiad dla 3 osób kosztował nas około 8 złotych :) Coś wspaniałego.



A wczoraj moja mama zaprosiła nas na wegański obiadek :) To naprawdę słodkie, że chciało jej się gotować coś specjalnie dla nas. Cieszę się, że rozumie to co robimy i akceptuje to. Bo niestety rodzina mojego ukochanego uważa, że jego wegetarianizm to "fanaberie" i "wymyślanie sobie jakiś dziwacznych diet".. Może kiedyś zrozumieją. Kropla drąży kamień. 
A na zakończenie nasz parchatek ze swoją ukochaną piłeczką :)


sobota, 20 października 2012

Stresująca sobota.

Naprawdę za każdym razem gdy piszę notkę solennie sobie obiecuję, że będę takową płodzić raz na tydzień. A potem się okazuje, że nic z tego nie wychodzi :/ Bo czasu za mało, bo trzeba coś zrobić, gdzieś pójść, spędzić trochę czasu z ukochanym mężem i psem, bo coś tam.. Ale naprawdę postaram się poprawić. Mam jeszcze kilka zdjęć wymyślnych potraw ale jestem dziś strasznie zmęczona i nie chce mi się za bardzo pisać ;) Więc przypomnę tylko jeden z naszych letnich obiadów gdy pojawiły się młode ziemniaczki. Pyszne młode ziemniaczki z odrobiną oliwy z oliwek i duuużą ilością pietruszki. Do tego własnoręcznie robiona kapusta zasmażana i mix warzyw z patelni (nie z mrożonki, robione ze świeżych warzyw).


Taki obiady zawsze kojarzyły mi się i kojarzą z latem i wyjazdami nad jezioro :) 
A u nas dziś trochę stresujący dzień. Kastrowaliśmy dziś naszego Hansa :) To jest jednak ogromna różnica pomagać przy operacjach i zabiegach nie swoich zwierzaków a trzymać w ręku jądra własnego psa :D Ręce mi się trzęsły i co chwilę dopytywałam się: "Darek ale on na pewno śpi? Darek on na pewno nic nie czuje??". Ale Darek to nie zwykły wet tylko MEGAwet więc wszystko poszło idealnie i gładko. Pozbyliśmy się Hansiowych jajek i kilku guzków z brzucha. Po powrocie do domu parch zarzygał nam pół domu ale niestety to typowy objaw po narkozie. Większość psów tak reaguje więc i on nie był wyjątkiem. A sam psiak jest po prostu przecudny.. Kochany, przytulaśny, bardzo przyjacielski wobec innych psów (szczurów też), idealnie porusza się komunikacją miejską, u weta stateczny i spokojny, reaguje na korekty, jest sprytny i mądry, wesoły i energiczny, otwarty na obcych ludzi, w domu nie niszczy, nie szczeka i nie wyje zostawiony sam no po prostu cud- malina. I tu pojawia się moje pytanie- dlaczego? Dlaczego jego poprzedni właściciel (bo opiekunem takiej osoby nie nazwę) przywiązał go do drzewa w zimie po prawie 10 latach spędzonych razem? Dlatego, że Hans miał raka jądra a kastracja kosztuje około 500 zł? Czy może jednak dlatego, że nie okazał się agresywnym amstaffem, którego każdy się będzie bał? Znudził się? Wzięli nowego psa? Nikt mi na to pytanie nie odpowie a ja do końca jego życia będę zastanawiać się czemu ktoś porzucił tak łagodną i kochaną istotę. 
Korzystając z tego, że poprzez bloga mogę dotrzeć do (być może) wielu ludzi chciałabym przedstawić Wam mój punkt widzenia. Bo wiele osób jak słyszy jakimi psami się zajmuje to reaguje podobnie "Bo Ty to te agresywne lubisz". ZAWSZE- nawet jak miałam 14, 15, 16 lat to podobały mi się duże psy. Rottweilery, pitbulle, amstaffy, bullteriery, azjaty, dogi, mastiffy itp.. Kocham WSZYSKIE psiaki- czy to kundelki, czy ratlerki czy wilczarze irlandzkie. Każdy pies jest wspaniały i kochany i zasługuje na naszą miłość. Tak jak każde inne zwierzę. Za każdym razem jak słyszę to irytujące, stereotypowe zdanie "Bo ty tymi agresywnymi.." to reaguję tak samo: NIE MA PSÓW AGRESYWNYCH. Są tylko durni właściciele. Napakowane, tępe karki, które dodają sobie odwagi prowadząc na smyczy amstaffa, który rzuca się na wszystko co się rusza. Bo nadrabiają to, że w środku są zwykłymi mięczakami. 


Gazety robią nagonki na "groźne rasy", tworzą bzdurne listy psów agresywnych, media trąbią o pogryzieniach przez amstaffy, pitbulle i rottki.. Bo przecież kundelki, ratlerki i labradory nie gryzą.. Wszystko zależy od właściciela. ŻADEN pies nie rodzi się zły, agresywny z natury.. To ludzie odpowiedzialni są za te wszystkie potworności. Za te pogryzienia i zagryzienia. Ale pod igłę idą psy.. Bo nie potrafią się bronić. Nie potrafią wytłumaczyć, że to ich właściciel kazał im gryźć i szczuł je na wszystko.. 
Dlatego szczególnie staram się "odczarować" ten okropny stereotyp psa mordercy. Chcę pokazać jak największej liczbie osób, że zarówno pekińczyk jak i rottweiler czy amstaff może być świetnym kompanem dla nas, dzieci i innych zwierząt. 
Tak jak nasz Hans :)





I jeszcze na koniec wzruszający film Fundacji AST dzięki której Hansio jest z nami. Razem możemy odczarować stereotyp psa mordercy i uratować życie!!




niedziela, 30 września 2012

Zmiany, zmiany..

Cześć :)
Zmiany, zmiany, zmiany. Tak często się ich boję a okazuje się, że ich efekty są super miłe :) Po pierwsze: w piątek zakończyłam swoją 4 letnią pracę na stanowisku konsultanta infolinii towarzystwa ubezpieczeniowego :) Praca wyczerpująca, ciężka koszmarnie, ryjąca banię. Jak to w wielkiej korporacji. Piątek był ostatnim dniem "na kablu". Od jutra zaczynam pracę w biurze z czego ogromnie się cieszę a zarazem boję bo biuro jest bardzo ostro kontrolowane pod względem błędów. Codziennie dostaje się szczegółowy raport popełnionych przez siebie błędów. Zobaczymy jak będzie :)
Kolejna zmiana chyba najbardziej zaskakująca, również dla nas. Pamiętacie jak w poprzednim poście pisałam o szczeniaku rottka z hodowli? Nieaktualne. Tydzień temu nudząc się i przeglądając fejsa trafiłam na jedno zdjęcie, które wywróciło wszystko do góry nogami. Zdjęcie psiaka z Fundacji AST zajmującej się bullowatymi. Egzo porzucony w lesie przez swoich poprzednich "opiekunów", którzy dowiedzieli się, że psiak ma raka a operacja to koszt minimum 500 zł.. Zamiast wydawać kasę na operacją łatwiej im było przywiązać do drzewa psa po 11 LATACH (!!!), które spędził w domu.. Trudno mi w to uwierzyć.. Decyzja zapadła w kilka sekund. Przecież szczeniak z rodowodem znajdzie dom tysiąc razy szybciej niż taki dziadek. Tu jest wątek Egza, pooglądajcie zdjęcia bo dziadunio naprawdę uroczy :) EGZO dziadunio z fundacji.
Na imię Egzo nie reaguje a mi się ono kojarzy z egzemą więc u nas będzie Hansem. Jesteśmy po wizycie przed- adopcyjnej i wczoraj zapadła decyzja, że Hans przyjeżdża do nas w przyszłą sobotę. Akurat na urodziny mojego faceta :) Oboje nie możemy się już dziada doczekać. No patrzcie jaką ma piękną mordkę.

Po kastracji (rak jąder- bez przerzutów) będzie zdrowy jak rydz :) Nasz wet się śmieje, że jak zawsze robimy geriatrię z domu :) Ale co ja na to poradzę, że chyba własnie taką misję mam w życiu, żeby przygarniać tej najbiedniejsze, stare bidy bo serce mi przy nich pęka na kawałki. Ja chcę już sobotę!!!
No i obowiązkowo przepis musi być. Mój autorski i powiem tak: mój facet i całe otoczenie są nim zachwyceni a ja nie do końca. Wyprodukowałam kotlety z kaszy pęczak jęczmiennej (tej co ma takie duże ziarna) z cebulką, czosnkiem i ogórkami kiszonymi. Kurcze.. Wyglądają, pachną i co najdziwniejsze smakują jak najprawdziwsze mielone z mięsa.. Jak spróbowałam pierwszy kawałek to ten smak mnie przeraził. Był tak mięsny, że aż stwierdziłam, że chyba mi nie smakują. Jak następnego dnia zaniosłam do pracy i dałam spróbować koleżance to powiedziała, że "zajebiste mielone".. Gotowałam na czuja więc przepis podaję też z głowy.

Składniki:
  • 1,5 szklanki suchej kaszy pęczak
  • 2 cebule (lub jedna, jak kto woli)
  • kilka ogórków kiszonych (ilość wedle uznania ale muszą być w składzie masy)
  • 2 ząbki czosnku
  • musztarda
  • sól
  • pieprz
  • olej
  • bułka tarta
Kaszę płuczemy na sitku i wrzucamy do osolonego wrzątku w proporcji 1:2 dla kaszy. Czyli 1,5 szklanki kaszy na 3 szklanki wody. Gotujemy do miękkości często mieszając. Gdy kasz wchłonie całą wodę i będzie miękka odstawiamy ją, żeby ciut przestygła. Ja mieliłam jeszcze gorącą kaszę i już wtedy bardzo ciężko mi się mieszało masę bo się koszmarnie skleja. Ale ok- mielimy kaszę w maszynce do mięsa (tfu) jak najdrobniej. Do masy dodajemy musztardę, żeby było trochę bardziej mokro a potem pokrojoną w kosteczkę cebulę i ogórki kiszone też pokrojone w kosteczkę. Dodajemy sól i pieprz wedle smaku. Można też sypnąć paprykę słodką w proszku. Do masy dodajemy przeciśnięte przez praskę 2 ząbki czosnku. Formujemy kotlety jak masa całkiem przestygnie. obtaczamy w bułce tartej (opcjonalnie) i smażymy. Podajemy z ziemniakami i surówkami. U nas jak widać bardziej fast foodowo bo z frytkami. Obok sałatka  z lodówkowych resztek i buraczki tarte z ogórkiem kiszonym. Polecam, kotlety totalnie oszołomiły większość moich znajomych i ukochanego. Dla mnie są smaczne ale dupy nie urywają. Może dlatego, że zawsze jestem bardzo krytyczna wobec tego co robię :) 






Buziaki :*


EDIT

Po umieszczeniu tej notki zauważyłam, że pod wcześniejszym postem Anonimowy zamieścił taką grafikę:

Kimkolwiek jesteś- dziękuję Ci.. To jednocześnie sprawiło, że się popłakałam i poczułam w sercu pewien rodzaj radości.. Bo wiem, że własnie tak jest- że Krzysiulek nie musiał żadnemu bogu udowadniać jak wspaniałym człowiekiem był. Pewnie teraz daje na koło już w niebie i dziara wszystkich świętych :) Nie jestem wierząca ale jeśli są tam jacyś święci to na pewno noszą już najpiękniejsze dziary.. Jeszcze raz Ci dziękuję Anonimowy czytelniku.   

poniedziałek, 17 września 2012

Zaniedbuję..

Siema drodzy czytelnicy :)
Zaniedbuję bloga koszmarnie. Jak zobaczyłam, że ostatni post jest napisany ponad miesiąc temu to aż mi się wstyd zrobiło. Obiecuję poprawę szczególnie, że od października będę miała czasu więcej. Jest to związane z moim awansem w pracy a co za tym idzie zmiany godzin, w których będę pracować. Teraz mój dzień pracy będzie się kończył ZAWSZE o 16 a nie tak jak dotychczas- raz do 16, raz do 20, raz do 18 a jeszcze innym razem do 17. Tryb życia mi się ureguluje, a co za tym idzie wszystko się polepszy. Co u mnie? Wszystko ma się ku lepszemu. Zdałam sobie sprawę z tego, że nie radzę sobie z całym tym stresem związanym z pracą, śmiercią przyjaciela, członka rodziny i za namową lekarza pierwszego kontaktu udałam się psychiatry. Brzmi może troszkę przerażająco ale dostałam tabletki, które znacznie poprawiły mi nastrój. Jest mi lepiej. Czuję nadal ból i tęsknotę ale nie wybucham już płaczem w autobusie za każdym razem jak widzę motocyklistę. Ustąpiły codzienne nerwobóle. Jest lepiej.
W przyszłym roku szykuje się nam kolejny członek załogi w postaci rottweilerowatego berbecia :) Będziecie więc zasypywani zdjęciami małej czarnej bestii o wdzięcznym imieniu Zagryź :D Zastanawiamy się też nad Nazgulem ale Zagryź to mój faworyt na chwilę obecną. Od razu mówię: nasz pies nie będzie rottkiem, którym będę nadrabiać coś. Mój rottek będzie miał charakter labradora, który w razie niebezpieczeństwa stanie w obronie swoich właścicieli. Zamierzamy go szkolić i łamać stereotyp psa mordercy. Marzę o zrównoważonym i stabilnym psychicznie psie, który da się pogłaskać każdemu. O takim, który nie tknie osoby, która będzie mnie szarpać albo popychać póki nie dam mu znaku. Na pewno będę chciała ukończyć z nim kurs psa obronnego. Będę się czuła bezpieczniej chodząc wieczorami na spacery z kimś kto w razie czego obroni mnie przed ewentualnym napastnikiem.


Już nie mogę się malucha doczekać :)
Ale żeby nie odbiegać od tematu bloga to obowiązkowo dodaję przepis. sezon na kurki chyba już się kończy (nigdy nie wiem kiedy się zaczyna a kiedy kończy sezon na dane warzywa/ grzyby) a przepis mam w schowku już od zeszłego roku więc najwyższy czas go podać. Nie będzie to nic zaskakującego, ot kurki w śmietanie. Zrobiłam dwie próby: jedną ze śmietaną owsianą firmy Oatley z kartonika, taką jak tu:


Jej smak mnie powala: kremowa, gładka i bardzo delikatna w smaku. Czuć delikatny owsiany posmak ale uważam, że to nawet jej plus smakowy i jest naprawdę rewelacyjna. Drugą porcję zrobiłam ze śmietaną słonecznikową z przepisu Matki Weganki- przepis o tu: KLIK 
Potrzebujemy:

  • tyle kurek ile chcemy zjeść albo tyle ile mamy pod ręką ;)
  • śmietankę (dowolna, sojowa, owsiana, słonecznikowa as U wish)
  • cebulę
  • czosnek
  • olej
  • sól
  • pieprz
  • makaron
Kurki dokładnie czyścimy a świetny na to sposób znalazłam tu: CZYSZCZENIE KUREK a potem gotujemy aż ciut zmiękną. Na patelni rozgrzewamy olej i podsmażamy cebulę i czosnek (czosnek oczywiście dodajemy później, żeby nie zgorzkniał). Dorzucamy kurki i solimy. Kurki puszczą sporo soku więc odparowujemy sok i dusimy w nim jednocześnie kurki. Gdy zredukujemy już sok kurkowy prawie do zera zalewamy grzyby wybraną śmietaną i tak pysznymi kurkami polewamy ugotowany w międzyczasie makaron lub jemy z pieczywem. Polecam :) Zajadaliśmy się tym przez 3 dni.



Mi osobiście bardziej pasował smak kurek ze śmietanką owsianą. Śmietana słonecznikowa ma bardzo wyrazisty, pikantny smak, który całkowicie zdominował delikatne kurki. Ale to moja opinia, może Wam zasmakują słonecznikowe kurki :)
Smacznego.

P.S. Dziś muzycznie smutno i nastrojowo ale ten kawałek ostatnio daje mi siłę i nadzieję..






sobota, 11 sierpnia 2012

My life, my choices.

Mój TŻ poszedł na nockę do pracy, ja siedzę przed kompem i jem wegańskie czekoladki. I to właśnie natchnęło mnie, żeby napisać kolejną notkę. Z chęcią podzielę się z Wami opinią na ich temat. Dostałam je od mojej siostry, która nabyła je drogą kupna ;) w Anglii. Mojego raju dla wegan. Czekam na czas kiedy w Polsce będzie tyle sklepów, produktów i kosmetyków dla wegan co tam i w takich cenach. Ale do rzeczy. Czekoladki wyglądają na te "z wyższej półki". Bardzo elegancki kartonik, każda czekoladka pakowana oddzielnie.



Są to pralinki karmelowe. Co do smaku.. Spodziewałam się czegoś lepszego.. Pralinki mają bardzo gęste, kremowe nadzienie.



Ogólnie niestety są mdłe w smaku.. Ani nie smakują karmelem ani wyraźnie czekoladą.. Rozczarowały mnie bo po pudełku spodziewałam się fajerwerków smaku. A tu ani w tą ani w tamtą.. Nie są jakieś paskudne, ujdą w tłoku ale chyba bardziej już smakują mi Danusie miętowe z Biedry ;)

Ostatnio zostałam (jedną z wielu) twarzą kampanii Empatii :) Kilkunastu aktywistów z Trójmiasta co tydzień organizuje akcje z plakatami, w których maksymalnie staram się brać udział. Mimo, że akcje spotykają się z bardzo różnym odzewem (często negatywnym) to sprawia mi dużo radości to, że mogę tam być z innymi i pokazywać, że można żyć bez padliny.
Czasem wydaje mi się, że jestem wrzodem na tyłku Empatii. To przeze mnie musieli dodać do listy blogów na ich stronie info, że nie odpowiadają za treść i poglądy biorących udział w akcji "Weganizm- spróbujesz?" ;) A teraz jeszcze moja gęba jest na ich zdjęciach promujących akcję.
Często słyszę, że jestem pełna sprzeczności i nie da się mnie zaszufladkować. Jedni mówią, że jestem autonomiczną nacjonalistką. A ja nie mam tak stricte nacjonalistycznych poglądów. Inni mówią, że jestem prawicowcem- a przecież daleko mi do prawicy. Odcinam się od jakiś śmiesznych NOPów i ONRów.. Nie jestem katoliczką, daleko mi do wiary. Nie jem mięsa, ba, nawet jajek i sera. A co to za prawicowiec i tradycjonalista co nie zapycha się mięsem bo przecież w mięsie siła, blablabla. Nie zgadzam się często z poglądami feministek, drażnią mnie ale żaden facet nie miał, nie ma i nie będzie miał prawa decydować o moim życiu o ciele i np. prawie do aborcji. Wyglądam jak 100% lewak i dużo śmiechu jest co roku na Marszu Niepodległości jak widzę czasami te zdziwione spojrzenia pod tytułem "A Ty nie pomyliłaś stron przypadkiem??". Słucham punka czasem nawet zdarza mi się słuchać lewackiego punka bo lubię i chuj. I co z tego, że w innym kawałku jakiś zespół ciśnie na "moich" skoro ten, którego aktualnie słucham mi się podoba. I jak już ktoś mnie pozna i ogarnie ten cały koktajl mojej osobowości to pada pytanie, które ma pomóc jakoś sensownie mnie zaszufladkować: "To kim tym właściwie jesteś?" A ja zawsze odpowiadam niezmiennie: "Ja? Jestem zupą pomidorową" :D



A teraz słuchajta. Łazi za mną od tygodnia :)



wtorek, 7 sierpnia 2012

Makaronowo.

Witajcie :)
Ostatnio mam trochę lepszy humor mimo ciągłych napadów nerwobóli z powodu pracy, której nienawidzę. Ale poczyniłam już kroki, które mają zmienić moje życie o 180 stopni i od września zaczynam technikum weterynaryjne. Już się zapisałam, mam przybite, żem przyjęta więc jaram się :) Technikum w połączeniu z wiedzą i praktyką, które odbędę u mojego zaprzyjaźnionego weta mam nadzieję, że pomogą mi w rzuceniu pracy w tym kołchozie, w którym na razie muszę odrabiać godziny :/ Ale dosyć narzekania.
Zaraz podam Wam przepis na turbopyszny makaron, którym zajadamy z ukochanym od jakiegoś czasu. Ale najpierw pochwalę się Wam co przywiozłam z ostatniego łikendowego wypadu do Chmielna do znajomych. Nie wegan co prawda ale tym razem specjalnie dla nas przygotowali pyszny wegański grill. My przywieźliśmy sobie parówy sojowe a oni przygotowali nam pyszne papryki z grilla nadziewane ryżem z cebulą, pieczarkami, groszkiem zielonym i przyprawami. Były rewelacyjne :) My przywieźliśmy im wspominane wcześniej pesto z liści rzodkiewek. Chmielno approved ;)
A oto i plugastwa jakie przywieźliśmy na 5 miesięcy do domu (potem wracają do hodowczyni):




Okrutnie brzydkie to i małe ale w sumie fajne ;) 

A obiecany turbomakaron to makaron z warzywami i oliwą. Nic wyszukanego a pyszne jak cholera!!

Przepis (na 2 głodne osoby):

  • paczka makaronu pełnoziarnistego (chyba najlepsze do tego będzie penne)
  • pół czerwonej papryki
  • pół brokuła
  • oliwki zielone
  • 3 duże pomidory
  • pół cebuli czerwonej
  • 2 ząbki czosnku
  • suszona lub świeża bazylia
  • sól
  • pieprz
  • oliwa z oliwek (smakowa będzie lepsza)

Paprykę i cebulę kroimy w większą kostkę, oliwki na plasterki (lub na połówki jak kto woli), pomidory sparzamy i obieramy ze skórki po czym kroimy w kostkę. Brokuła dzielimy na różyczki  i gotujemy w osolonej  wodzie. W międzyczasie wstawiamy wodę na makaron i gotujemy do al dente w osolonej wodzie. Cebulę z papryką podsmażamy i dodajemy ugotowanego brokuła, pomidory, oliwki i wyciskamy do tego czosnek. Smażymy na niewielkiej ilości oleju aż warzywa będą miękkie. Dodajemy bazylię.
Makaron odcedzamy i delikatnie mieszamy z warzywami. Polewamy oliwą z oliwek. Pycha :)




sobota, 21 lipca 2012

Luksus w lipcu czyli lody.

Cześć kochani.
Jak Wam życie płynie? Mam nadzieję, że lepiej niż u mnie. Staramy się trzymać i powoli wychodzimy na prostą. Nadal nam smutno z powodu Szilki ale staramy się tłumaczyć sobie to tak, że miała u nas dobry, ciepły dom i odeszła naprawdę mocno przez nas kochana. Nadal jednak boli. Najbardziej w momentach takich "bezmyślnych odruchów" jak np. idę do pokoju, żeby wziąć jej miskę i dolać wody i w połowie drogi uświadamiam sobie, że przecież.. :(
Dziś byłam w schronisku, żeby nie siedzieć w domu i nie gapić się w ściany. Wzięliśmy na spacer naszego ulubionego rottka Walusia, o którym pisałam kiedyś posta. I ciągle jak go przywoływałam do siebie to wołałam "Szila".. Mimo, że Waluś jest wielkim, umięśnionym samcem to imię Szila nie mogło mi wyjść z głowy.. Ciągle ostatnio smucę w tych notkach. 

Dokładnie 3 lipca były moje urodziny i z tej okazji postanowiłam szarpnąć się na wegańskie lody. I to aż dwa rodzaje!! Zaopatrzyliśmy się w sojowe rożki Naturativa oraz ryżowe lody na patyku w czekoladzie tej samej firmy. Zacznijmy od rożków:


A tak wyglądają rożki wyjęte z opakowania (w którym są 4 sztuki):


W smaku są pyszne!!! Waniliowe ale nie za słodkie. Jest na nich duuużo orzeszków i sporo polewy czekoladowej. Jedyny minus to wafelek. Już w momencie wyjęcia z zamrażalnika jest rozmiękły i gumowaty :( Zapomnijcie o chrupaniu- niestety trzeba go żuć.
Cena pudełka to 18- 20 zł (zależy gdzie kupujecie). Warte swej ceny raz na jakiś czas :)

Natomiast ryżowe na patyku smakowały mi troszkę mniej ale i tak były pyszne ;)


I bez opakowania:


Jak widać są niestety malutkie ALE w opakowaniu jest ich aż 6 sztuk. Polewa jest gruba i bardzo chrupie. Pamiętacie lody Magnum? Te mają właśnie taką grubą i chrupiącą polewę. Środek jest kakaowy ale jak dla mnie troszkę zbyt mdły i niesłodki. Natomiast moim chłopakom bardzo smakowały i mówili, że wcale nie są mdłe. Więc to rzecz gustu. 
Cena to tak samo jak rożków- 18- 20 zł.

Jak macie możliwość- próbujcie. Żyje się raz. 



środa, 11 lipca 2012

Nadal średnio się dzieje.

Cześć.
Tak jak obiecałam- starałam się ogarnąć. Udaj mi się to powoli, z moim chłopakami w domu trudno się nie śmiać. Starają się bardzo, żeby mnie pocieszać robiąc ciągle coś strasznie głupiego i śmiesznego. Czasami tylko jeszcze dopada mnie niekontrolowany szloch wieczorami gdy znowu sobie przypomnę, że straciłam na zawsze ukochanego przyjaciela..
Dodatkowo w tym tygodniu chyba będziemy musieli pomóc odejść naszej Szilce. Nie chce już wychodzić na spacery, załatwia się w domu, ślini mocno i prawie w ogóle nie wstaje. Dziś miała bardzo silny atak padaczki. Co prawda dostała już leki od weterynarza (w trakcie ataku mój facet był akurat u weta więc od razu wziął dla niej leki) ale ja dostałam prawie ataku serca ze strachu. Może to dla Was kontrowersyjne i okrutne ale ja wolę chyba pomóc jej zasnąć w momencie jak ona się jeszcze w miarę dobrze czuje niż gdyby miała się nam np. w środku nocy udusić albo wyć z bólu.. Sama nie wiem. Te decyzje są najgorsze i potrafią skutecznie wyleczyć na jakiś czas z chęci posiadania zwierzaków..
Co do posiadania zwierzaków- w tym miesiącu trafi do nas kolejny, piąty już szczuras. Do oddania na forum  znalazłam wymarzonego czarnego szczura. A gratisowo jest to odmiana rex więc tym bardziej mnie to ucieszyło. 
Na poprawienie humoru rozciągam sobie uszy z 16 mm do 20mm. Jedno ucho już rozciągnięte.
Postanowiłam również do tej notki dodać przepis. Chociaż wydaje mi się to trochę niestosowne, żeby pisać o gotowaniu i usypianiu swojego psa. Jednak nie chcę Was zadręczać ciągle moimi smutkami. Tak więc podaję przepis na pesto z liści rzodkiewki, które znalazłam tu Vegan Nerd  zmodyfikowałam tylko i nie dodawałam cieciorki tylko oliwki. Okazuje się, że z czegoś co ludzie najczęściej wyrzucają można zrobić najpyszniejszy sos do makaronu jaki w życiu jadłam. Polecam Wam go gorąco. Zabulić trzeba tylko za orzechy bo one kosztują około 4 zł.

Składniki:
  • liście z pęczka lub dwóch rzodkiewek (ze świeżymi jędrnymi liśćmi)
  • garść orzechów włoskich 
  • 2 ząbki czosnku
  • olej
  • 4- 5 świeżych rzodkiewek
  • sól
  • pieprz
  • oliwki

Do blendera wrzucamy umyte liście z rzodkiewek, orzechy, czosnek, rzodkiewki, dodajemy sól i pieprz i wlewamy olej. Miksujemy aż do uzyskania gładkiej konsystencji. gotujemy makaron. Pod koniec gotowania odlewamy po 6 łyżek wody z gotowania makaronu na porcję. Mieszamy pesto i wodę z gotowania z ugotowanym makaronem i dodajemy pokrojone oliwki. Pycha!!!
A tu kolejne etapy przygotowywania pesto.






EDIT:
Przed chwilą T. pojechał do weterynarza.. Szilka miała 2 bardzo silne ataki padaczki. Już jej z nami nie ma. Strasznie mi przykro..

wtorek, 3 lipca 2012

Wyjaśnienie..

Cześć..
Na wstępie chciałabym przeprosić za nagły brak informacji i postów.. Niestety dotknęła mnie tragedia osobista. W wypadku motocyklowym zginął mój najlepszy przyjaciel. Taki najukochańszy, którego traktuje się i kocha jak rodzinę.. Mój piercer i tatuażysta. Miał swoje studio i to dzięki niemu słyszę codziennie na ulicy minimum raz: "Widziałaś ile ona ma tego na twarzy??? nienormalna jakaś!!" Trzy dni po jego tragicznej śmierci mój wujek i jednocześnie ojciec chrzestny miał w pracy wylew i nie udało się go uratować. Zmarł w drodze do szpitala. Taki ogrom tragedii w tak krótkim czasie całkowicie zmienił moje życie. Te dwie śmierci kompletnie mnie zmiażdżyły.. Popadłam w depresję, nie widziałam sensu by wstać z łóżka, umyć się czy zjeść coś.. Prochy na sen żarłam garściami, żeby tylko przespać cały dzień bo jak spałam to nie bolało.. Gdyby nie mój ukochany i przyjaciel to pewnie dalej leżałabym w łóżku bez chęci do życia.. Jest mi kurewsko ciężko, strasznie boli świadomość, że już nigdy..
Przepraszam za taką depresyjną notkę.. Blog jest miejscem gdzie mogę pisać o różnych rzeczach. Ten jest mój więc mogę zdecydować, że właśnie o tym napiszę i taka przykrą wiadomością się z Wami podzielę.
Emka- dostałam Twoją odpowiedź, odpiszę obiecuję ale daj mi proszę jeszcze chwilę.. Zabiorę się za to jutro, ok?
Nie musicie nic pisać pod tą notką, trudno nawet napisać w takiej sytuacji coś sensownego. Może komuś zrobi się trochę smutno jak to przeczyta, może ktoś zacznie zastanawiać się nad kruchością życia (ja ostatnio myślę o tym codziennie) a może znajdzie się taka osoba, która uśmiechnie się i pomyśli "dobrze jej tak". Ludzie są różni. Ale mimo całej swoje niechęci do rodzaju ludzkiego NIKOMU, nawet największemu wrogowi nie życzę takie bólu, który mi ostatnio towarzyszy.
Wrócę za jakiś czas. Pozabieram się do reszty i wrócę. Dajcie mi jeszcze z tydzień lub dwa.

P.S. Dziś mam urodziny.. Najsmutniejsze w życiu :(


czwartek, 7 czerwca 2012

Wesoło- smutne to nasze życie.

Witajcie kochani.
U nas oczywiście ciągle coś się dzieje, raz dobrego, raz złego, rzadko kiedy jest spokojnie i nudno. Albo coś ze zwierzakami, których ciągle przybywa albo my się żremy jak dwa głupki (oboje mamy zbyt wybuchowe charaktery) a potem godzimy się przyrzekając, że już więcej takiej awantury nie będzie.. I tak w kółko :)  Ale szczerze mówiąc mojego życia nie zamieniłabym na żadne inne. Chociaż czasami myślę, że jestem nim już zbyt zmęczona i mam go dosyć. Nie zamienię i koniec.
Z przykrych informacji: tydzień temu pożegnaliśmy naszą kochaną szczurzynkę. Miała niecały rok. Była najzdrowszym z naszych ogonów. Nigdy nie była u weta, nawet nie była przeziębiona nigdy. Chciałam ją uchronić w przyszłości przed nowotworami i innymi chorobami i wysterylizowaliśmy ją. Kilka godzin po zabiegu odeszła na rękach mojego faceta. Udusiła się. Po sekcji okazało się, że miała bardzo rozwinięte bezobjawowe zapalenie płuc i ropnia w płucach. Nic nie dało się zrobić. Nawet osłuchowo nie było żadnych objawów. Najgorsza była myśl, że przecież chciałam dobrze. Takie właśnie są te nasze szczury.
Z weselszych: za około tydzień powitamy w stadzie dziewuszki, o których pisałam w poprzedniej notce. Już nie mogę się doczekać :)
Szilka czuje się w miarę dobrze, chociaż niestety dysplazja stawów łokciowych daje się jej we znaki.. Dostaje sterydy na płuca i stawy i jakoś w miarę funkcjonuje. Jest strasznie żarta i nie można zostawiać nawet koszy na śmieci jak wychodzimy z domu. Jak pierwszy raz wyszliśmy zostawiając kosz w kuchni (nie mamy kosza pod zlewem jak każda szanująca się katolicka rodzina :P ) to po powrocie zastaliśmy splądrowany kosz i podłogę w kuchni wysmarowaną śmieciami. No i kosz teraz musi być zamykany na klamkę w łazience gdy wychodzimy. Jednak kilka dni temu któryś z chłopaków wychodząc z domu musiał zapomnieć domknąć drzwi. Oto w jakim stanie zastałam psa po powrocie do domu:


Śmiałam się tak strasznie, że się popłakałam i jako troskliwy właściciel pierwsze co.. złapałam za aparat :D 
Życie bez zwierząt byłoby marną wegetacją i tyle :)

A na koniec zdjęcia pizzy, którą ostatnio wyprodukowaliśmy. Ja do ciasta zawsze dodaję sporo suszonej bazylii (muszę spróbować z posiekaną świeżą) i czosnku. Ciasto jest wtedy aromatyczne i pyszne!! Z uwagi na fakt, ze moja imperialistyczna firma postanowiła ułagodzić niezadowolonych pracowników i rozdała "trzynastki" na pizzy pojawiła się szynka sojowa ;) A na pizzy jest majonez- chyba najlepszy jaki jadłam do tej pory. Z białej fasoli. Przepis podpatrzyłam na blogu Co Na Wege Obiad? i od tamtego czasu jest on majonezem numer jeden u nas w domu. Prosty, tani (do majonezu z mleka sojowego trzeba było kupować cały karton za minimum 7 zł) i robi się go w dosłownie 5 minut. I wychodzi ZAWSZE. Ja robię zawsze na oko:

  •  puszka białej fasoli (najbardziej smakuje mi z majonez z fasoli "Rolnik", z innych majonez mi trochę dziwny posmak)
  • musztarda
  • czosnek
  • olej
  • sól
  • pieprz
Fasolę wraz z wodą z puszki (lub odrobiną z gotowania jeśli moczycie i gotujecie fasolę) podgrzewamy, żeby była mocno ciepła. Odlewamy wodę do kubeczka a fasolę wrzucamy do blendera. Dodajemy musztardę do smaku, sól i pieprz i na początek trochę fasolowej wody. Blenderujemy i dolewamy olej by masa nabrała majonezowej konsystencji. Oleju naprawdę na oko, musicie sami wyczaić jak gęsty ma być Wasz majonez :) No i wielki słoik tego sosu kosztuje około 3- 4 zł jak policzy się koszt składników. A smak jest naprawdę super!




sobota, 26 maja 2012

Kto zaprasza rottweilera do łóżka?

Salut!
Niestety dzisiejsza notka będzie po raz kolejny bez przepisu i bez zdjęć pysznych dań jakie ostatnio przygotowałam :( Mój dysk zewnętrzny, który oddałam do informatyka przestał działać :/ Chwilowo nie posiadam żadnych zdjęć jedzenia. W takim razie, tak jak obiecałam, uraczę Was kilkoma zdjęciami naszej psiny :) Psica ma się dobrze. Dostaje 2 zastrzyki sterydowe w tygodniu- jeden na płuca a drugi na dysplazje stawów łokciowych obu łap. Dzięki temu zrobiła się bardzo energiczna, dokazuje jak szczeniak, biega, goni myszy na polu i ciągle chce się bawić. Odpasła się, po zapadniętych bokach i wklęsłym brzuchu nie ma już śladu. Niestety co za tym idzie urósł guz na jej brzuchu. Mimo to Szilka jest radosna i bardzo kochana. I potwornie łakoma!!! Ostatnio zostawiliśmy pieczywo do rozmrożenia w nocy na blacie kuchennym. Rano okazało się, że nie mamy co zjeść na śniadanie.. Okruchy naszych bułek znaleźliśmy na psim posłaniu :] Natomiast dzisiaj po powrocie do domu zastałam rozerwane i całkowicie puste opakowanie po granulacie sojowym.. Siły do tego bydlaka nie mam, ręce opadają a ona siedzi i robi "chinkę"- mruży oczy tak, że ledwo co widzi. O proszę jak paskuda ma dobrze:










Na jednym ze zdjęć widać nawet tego obrzydliwego guza na brzuchu.. 
Widzieliście pewnie, że pod poprzednią notką odezwała się jedna z wolontariuszek fundacji, o której wspominałam. Nadal nie jestem w stanie ogarnąć jak można bronić fundacji, której prezes ma tak koszmarną reputację.. Czasami naiwność i bezczelność ludzi mnie zaskakuje. Ale koniec tych wycieczek. Napisałam to co myślę na pewien temat i mam głęboko w nosie, że komuś się to nie podoba. 
A na koniec chciałabym pochwalić się Wam naszymi nowymi domownikami. Tzn. niedługo naszymi bo na razie są pod skrzydłami Fundacji Viva! Gryzonie. Zostaliśmy zaakceptowani jako nowy dom stały dla szczurzej mamy zabranej z fatalnych warunków:


Oraz jednej z jej maleńkich córeczek:



Maluch musi jeszcze podrosnąć i za jakieś 2- 3 tygodnie będą już u nas. Mama dostanie imię Vega a dla malucha musimy jeszcze coś wymyślić. Innymi słowy- zwierzyniec nam się rozrasta :)