sobota, 17 listopada 2012

Sobotnie uwalenie..

Bynajmniej nie chodzi o uwalenie SIĘ chociaż takim bym nie pogardziła. Wyjątkowo podły nastrój mnie dopadł więc wybaczcie wulgaryzmy (w takich momentach wychodzi ze mnie Prawdziwa Ala- prostacka i chamska). Uwaliłam pierwsze zaliczenie w szkole. Miała być anatomia i fizjologia połączona z chowem i hodowlą świń. Pierwszy zgrzyt to to, że muszę uczyć się o rzeczach, z którymi kompletnie się nie zgadzam i mam ochotę krzyczeć "What the fuck is wrong with u people??!!". Nauka o chowie kojcowym świń, że to humanitarne, że wystarczające im do życia, że kastracja prosiaków bez znieczulenia jest humanitarna bo młode zwierzęta szybko zapominają o tym bólu, który jest u nich mniejszy niż u dorosłych.. Higiena zwierząt rzeźnych.. Inseminacja. Same smaczki. Ale mus to mus, jeżeli chcę kiedyś móc pomagać wetowi przy ratowaniu zwierząt niestety muszę się na to godzić. Drugie to to, że pani wykładowczyni wyjebała dziś takie zaliczenie, że cała grupa, co do jednego wstała i oddała puste kartki. KAŻDA z 11 osób. Ze świń (z których byłam obryta) nie było nic. Natomiast pani rozdała 5 kartek. Na jednej układ mięśniowy psa, na drugiej świni, na trzeciej kota, na czwartej krowy a na piątej kończyna przednia krowy. I opisz KAŻDY mięsień. Naliczyłam ich 211. I 20 minut na napisanie wszystkiego. Jak mój wet to usłyszał to stwierdził, że "chyba ją popierdoliło i że on na weterynarii nie miał kolosów z taką ilością materiału na taki czas do napisania". Genialnie. A poprawka u tejże pani jest możliwa tylko razem z zaliczeniem kolejnego działu.. Czyli cała grupa zalicza chów i hodowle świń (z których nie było ani jednego pytania) plus cały układ mięśniowy plus cały układ szkieletowy.. Fantastik kurwa.
Na pocieszenie wyprodukowaliśmy dziś górę przepysznych (i kalorycznych!!) racuchów z jabłkami. Były boskie. Niestety po raz kolejny nie zrobiłam im ładnego, zdjęcia, z odpowiednim oświetleniem i odpowiednio wyeksponowanych. Nie było czasu. Jak się głodna banda dorwała do nich to zdążyłam tylko zrobić mało estetyczne zdjęcie góry racuchów na talerzu. Bo zanim bym statyw rozłożyła i ponastawiała aparat to już nic by z nich nie było. A przecież jestem po cholernej szkole fotograficznej!! :( Wstyd mi za takie zdjęcia ale jak się nie ma co się lubi..

Ale, ale przepis podaję.


  • 2 duże jabłka
  • 4 szklanki mąki
  • kostka drożdży
  • cukier waniliowy do smaku
  • cukier zwykły na oko
  • woda
  • olej do smażenia






Mąkę mieszamy z cukrem wanilinowym i zwykłym. Drożdże rozpuszczamy w ciepłej wodzie z łyżką cukru i mąki. Odstawiamy żeby wyrosły. Gdy piana na drożdżach wyrośnie wlewamy je do mąki i dodajemy pokrojone w kosteczkę jabłka. Mieszamy i odstawiamy ciasto do wyrośnięcia. Gdy wyrośnie  na rozgrzany olej wykładamy łyżkami ciasto i smażymy racuchy. Podajemy z czym tylko chcemy :)

A, i oficjalnie ogłaszam, że przypomniałam sobie jak to jest 15 lat i świrować na punkcie idola z TV :D



Pam pa ram pam pam- absolutnie hot, sexy, stunning, ach i och Daryl Dixon z serialu "The Walking Dead".. Uwielbiałam go już w "Świętych z Bostonu" ale w serialu kompletnie kopie mi dupę. Zabawne. Jakbym znowu była w gimnazjum ;)
A btw- oglądaliście w/w serial? 

niedziela, 11 listopada 2012

Polskie pyry na Niepodległość ;)

Internet w całej swej łaskawości powrócił na moją wioseczkę :) Przez 6 dni byliśmy odcięci od tego narzędzia szatana jaką jest sieć i przez ten czas miałam kilka chwil, żeby w spokoju pogotować i pomyśleć nad wieloma rzeczami. Wieczory upływały nam na porywających dyskusjach a nie oglądaniu naszego ukochanego serialu "The Walking Dead" (obejrzyjcie koniecznie, urywa dupę!!). Graliśmy w Scrabble. Gotowaliśmy. I muszę się pochwalić :) Udało nam się namówić naszego przyjaciela i jednocześnie współlokatora na wegetarianizm!!! Kolejny zły skinhead przeszedł na jasną stronę mocy :) Zauważyłam, że wegetarianizm zmienia ludzi. Na lepsze.
Z okazji dzisiejszego święta Niepodległości postanowiliśmy upichcić taki, powiedzmy, Polski obiad. Nie pojechaliśmy w tym roku do Warszawy na Marsz. I dobrze. Bo tym co zrobili kibice w zeszłym roku wolałam zostać w domu a nie iść tam i wkurzać się na debilizm obu stron. W domu przygotowaliśmy kotleciki z ziemniaków i marchewki, buraczki tarte zaciągnięte mąką i (średnio Polski) ryż przyprawiony megapyszną mieszanką przypraw. Zrobiłam hurtowo masę z około 3 kilogramów ziemniaków. Wyszły z tego 23 duże i grube kotlety!! Moc :) Zacznijmy więc od przepisu na kotlety (podam Wam przepis na mniejszą ilość):

Składniki:
  • kilogram ziemniaków
  • pół kilo marchewki
  • czosnek
  • paczka przyprawy do ziemniaków bez glutaminianów i innych syfów
  • pieprz
  • sól
  • skrobia ziemniaczana
  • bułka tarta do obtoczenia
  • olej do smażenia

Ziemniaki i marchew gotujemy w oddzielnych garnkach. Oczywiście solimy wodę. Gdy ugotowane marchewki i ziemniaki ostygną mielimy je razem lub baaaardzo dokładnie ugniatamy. Masę doprawimy według własnych upodobań i zagęszczamy mąką ziemniaczaną. Formujemy z masy kotleciki i obtaczamy w bułce tartej. Ja przed smażeniem wstawiłam do lodówki na pół godziny, żeby mniej się rozpadały bo masa jest bardzo miękka. Smażymy na rozgrzanym oleju. Kotleciki są przepyszne- spieczona skórka jest chrupiąca a wnętrze mięciutkie i aksamitne. Palce lizać. 
Do tego podałam ryż. Jedną torebkę na osobę. Gotuję ryż a po ugotowaniu mieszam z jedną łyżką oleju na torebkę i dodaję kolejno: ćwierć łyżeczki czosnku granulowanego, łyżeczkę papryki słodkiej i ćwierć łyżeczki Dhal Masali. Ryż jest pikantny i naprawdę fantastycznie pyszny. A buraczki to Doprawione cukrem i zaciągnięte mąką buraczki ze słoika z Biedronki. Obiad dla 3 osób kosztował nas około 8 złotych :) Coś wspaniałego.



A wczoraj moja mama zaprosiła nas na wegański obiadek :) To naprawdę słodkie, że chciało jej się gotować coś specjalnie dla nas. Cieszę się, że rozumie to co robimy i akceptuje to. Bo niestety rodzina mojego ukochanego uważa, że jego wegetarianizm to "fanaberie" i "wymyślanie sobie jakiś dziwacznych diet".. Może kiedyś zrozumieją. Kropla drąży kamień. 
A na zakończenie nasz parchatek ze swoją ukochaną piłeczką :)