sobota, 21 grudnia 2013

Paszteciki idealne do Wigilijnego barszczu i motywator.

Witajcie kochani!!
Wybaczcie mi proszę brak odzewu przez prawie miesiąc.. Przeżywałam. I potrzebowałam czasu, żeby się pozbierać.. Przeżyłam pewną stratę. Dla mnie dużą. Ale po kolei. Jakiś czas temu oddałam swojego starego, uszkodzonego kompa do informatyka by zgrał mi z dysku dane na dysk zewnętrzny. Po odebraniu sprzętu okazało się, że informatyk uszkodził mój dysk zewnętrzny. Wyparł się wszystkiego i zrzucił winę na mnie.. Nie będę tego komentować bo ja akurat jestem osobą, która przegina jeśli chodzi o uważanie na sprzęty (dysk zewnętrzny przy przenoszeniu owijam w kawałek grubej kołdry i materiałową siatkę, żeby przypadkiem go nie uszkodzić). Musiałam oddać dysk do osoby, która zajmuje się odzyskiwaniem danych. Na tym dysku było wszystko co miałam. Kilkanaście tysięcy moich zdjęć. Tych najlepszych, ukochanych przeze mnie, tych z których byłam najbardziej dumna. Pięć lat mojego focenia. Wiele z tych zdjęć zostało wykonanych w miejscach, których już nie ma bo zostały zburzone. Były tam też moje ukochane psy, które już odeszły.. Okazało się, że dane są bardzo uszkodzone.. Udało się odzyskać zaledwie tysiąc zdjęć spośród kilkunastu tysięcy. Wróciłam tego wieczoru do domu, usiadłam na krześle w kuchni i po prostu zaczęłam płakać. To okropne uczucie gdy wiesz, że straciłeś bezpowrotnie coś co pozwalało Ci pamiętać o miejscach, osobach, zwierzakach, które kochałeś a których już nie ma. Paskudne uczucie.. Straciłam na 3 tygodnie zapał do zdjęć. Jakoś nie chciało mi się aparatu brać do ręki w ogóle. Ale może tak miało być? Może właśnie to miało mnie popchnąć do wzięcia się w garść i decyzji o zrobieniu nowych, lepszych, piękniejszych i bardziej profesjonalnych zdjęć? Postanowiłam, że za tydzień udam się na zakupy i kupię profesjonalne, studyjne oświetlenie, tła i statywy i zacznę "na poważnie". Nauczę się i będę robić lepsze zdjęcia niż te, które straciłam. Bo może ta strata miała mi dać właśnie takiego kopa. Bo tak wolę o tym myśleć- nie chcę żeby utrata tych zdjęć tak po prostu poszła na marne.
Koniec biadolenia. Zbliżają się święta więc może przyda Wami się przepis na rewelacyjne paszteciki z soczewicą. Znajomi, którzy nie wiedzieli, że sama je robiłam byli pewni, że są z mięsem i nie chcieli uwierzyć , że w środku nie ma zwierzęcych zwłok. Przepis zgapiłam od znajomej z jej wegańskiego fejsbukowego albumu (dziękuję Nin :) ). Trochę jednak je zmodyfikowałam.

Składniki:

  • 2,5 szklanki mąki
  • 1/3 szklanki oleju
  • pół paczki świeżych drożdży
  • 1 szklanka mleka sojowego
  • szczypta soli
  • szczypta cukru

Drożdże rozpuszczamy w 1/2 szklanki ciepłego mleka z łyżką mąki o cukru. Mieszamy resztę mleka z olejem i dodajemy do mąki i zaczynu drożdżowego. Wyrabiamy elastyczne ciasto i odstawiamy je do wyrośnięcia. 
Teraz farsz. 

  • 1 szklanka zielonej soczewicy ugotowanej do miękkości
  • 1 duża podsmażona cebula
  • 5 deko podsmażonych pieczarek
  • 2 ząbki podsmażonego przez chwilkę czosnku
  • 2 ugotowane ziemniaki
  • przyprawy (ja użyłam Vegety bez chemii i kolorowego pieprzu)
  • 1/2 do 3/4 szklanki bułki tartej
Wszystko dokładnie miksujemy, doprawiamy według własnego gustu i smaku i jeśli trzeba to zagęszczamy bułką tartą. 
Z ciasta formujemy długi placek, nakładamy farsz i zawijamy. Gotowy pasztecikowy rulon kroimy na kawałki i przekładamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni i pieczemy aż do zrumienienia. Są naprawdę przepyszne i cudowne!! Idealne do barszczu.






A na deser mój ukochany synuś, wegetarianin i do tego meloman :) <3

video

niedziela, 24 listopada 2013

Czekolad(L)ove :)

Hej :)
Cieszę się strasznie, że poprzednia notka poświęcona kongowi pomogła komuś :) To jest dla mnie za każdym razem takie.. niewyobrażalne, że to co piszę może komuś pomóc lub doradzić. To naprawdę fajne uczucie i dziękuję Wam za to, że czytacie moje wypociny. Ale Wasze komentarze też nie są pisane na próżno. Ostatnio jeden z Was dał mi pozytywnego kopa motywacyjnego krytykując zdjęcia, które tu umieszczam. Zdjęcia robione telefonem. Z lenistwa przestałam w ogóle używać aparatu. Dzięki anonimowy!! Idą za Twoją radą postarałam się nawet o nowy aparat, żeby moje zdjęcia były jeszcze lepsze niż te, które kiedyś robiłam. Jaram się teraz nim jak dzwonek i jeszcze tylko muszę kupić odpowiednią lampę i moje zdjęcia zaczną wyglądać jak z katalogów kulinarnych, zobaczysz ;) A jak przedsmak tego- pierwsze zdjęcia zrobione nowym sprzętem. Na razie uczę się go i jeszcze nie wyciskam nawet 1/5 z niego. Ale jestem względnie zadowolona. Do pierwszych prób postanowiłam użyć prze- obłędnego kremu orzechowo- czekoladowego, którego przepis ukradłam z bloga Vegan Victorry . To naprawdę najlepszy krem jaki w życiu jadłam. Wszelkie Nutelle się chowają głęboko. A przepis jest naprawdę BANALNIE prosty.

Składniki:

  • 1 szklanka mleka sojowego (ja użyłam czekoladowego z Biedry)
  • 1 tabliczka gorzkiej czekolady
  • 5 duuuużych łyżek masła orzechowego
  • 10 łyżek mleka sojowego w proszku (ja mam zamówione z Evergreena)
  • 4 łyżki cukru 


W rondelku podgrzewamy mleko, gdy już jest gorące zestawiamy z palnika i wrzucamy połamaną na kostki czekoladę. Mieszamy aż czekolada całkiem się rozpuści (nie przejmujcie się, że w masie będą czekoladowe strzępki, tak ma być) i dodajemy masło orzechowe ciągle mieszając. Chwilę to zajmie ale w końcu masło się rozpuści. Wtedy powoli dodajemy mleko w proszku, łyżka po łyżce i intensywnie mieszamy, najlepiej taką trzepaczką do mieszania. Odstawić do ostygnięcia potem przelać do słoika i poczekać aż stężeje. Zajmuje to kilka godzin. Warto poczekać bo krem jest poezją smaku!! 



niedziela, 17 listopada 2013

Kong jako doskonała zabawka dla Twojego psa.

Cześć :)
Tak jak obiecałam w komentarzu pod poprzednią notką- napiszę kilka słów o rewelacyjnej jak dla mnie zabawce dla psów. Co to właściwie jest kong i czemu jest polecany przez weterynarzy, trenerów i behawiorystów? Kong to nic innego niż gumowy bałwanek, który jest pusty w środku.





Kong może przybierać też inne formy- nie tylko "bałwanka". Akurat ja posiadam największego z linii Kong Extreme:


Musiałam wybrać akurat ten model ponieważ Waluś jest dużym psem i bardzo lubi gryźć zabawki a żucie konga uspokaja go. Dla mniejszych i mniej intensywnie niszczących psiaków można wybrać mniejszy i lżejszy model bo jest ich sporo:



Są też inne kształty naszej wspaniałej zabawki:





Jak widzicie każdy kong posiada otwory, do którym wsadzamy psie przysmaki. Zabawa polega na zaklejeniu otworów czymś jadalnym i czymś co nasz psiak lubi. Właściciele psów jedzących mięso często stosują nie do końca mądre rozwiązania i zapychają konga pasztetami lub pastami kanapkowymi. Psy nie mogą jeść potraw przyprawionych "po ludzku"- solą, pieprzem i innymi przyprawami. Niektórzy też używają surowego, mielonego mięsa, jedzenia z puszki lub twarogu. Waluś jest wegetarianinem więc musimy się bardziej nagimnastykować przy wymyślaniu pasty do konga ;) Nasz dzisiejszy zestaw kongowy wyglądał tak:


Zaklejaczem był banan rozgnieciony na papkę z łychą masła orzechowego. Do środka trafiły, jak widzicie- wegańskie ciasteczka Yarrah, orzechowe ciasteczka dla psa "Kong Stuffin" i kilka psich dropsów. Wypełniony tymi pysznościami kong umieściłam w zamrażalniku na kilka godzin. Nadzienie zamarzło i zrobiły się z niego kongowe lody :) Kong z lodami zajmuje Walusia na około 1- 1,5 godziny. To cudne chwile spokoju i czas dla nas na film lub inne zajęcia :) Wiem, że brzmi to jak czas wolny od dziecka ale przecież tak właśnie traktuję swojego psa. Natomiast niezamrożone nadzienie znika z konga w około pół godziny. Jeżeli dajemy konga mrożonego a na dworze nie jest już najcieplej (na przykład tak jak teraz) pamiętajmy, żeby zrobić to najlepiej po ostatnim spacerze. Nie chcemy przecież, żeby nasze psiaki przeziębiły się. W lecie mrożony kong to idealna ochłoda dla psa. Jeżeli ktoś nie jest pewien jak powinno się wypełniać konga to służę schematem:



Ja jeszcze oddzielam suche smakołyki łyżką masła z bananem. Czyli od góry u mnie była zachęta (masło, banan) potem suche smakołyki, łyżka masła z bananem, znowu smakołyki i masa bananowa. Kong jest jak każdy widzi:


Hmmmm ;)


Zapytacie czemu kong jest taki super i w jaki sposób może pomóc psu? Otóż kong jest idealnym zajęciem dla psa, odwraca jego uwagę od zewnętrznych bodźców, zajmuje, męczy, wycisza, pobudza myślenie. Do smakołyków trzeba się dostać, pies kombinuje, wylizuje, gryzie, rzuca kongiem, wygryza, musi wymyślać nowe sposoby na wydobycie zawartości konga. Zabawka ta jest wręcz idealna dla psów, które mają problemy z:
  • lękiem separacyjnym (samotne zostawaniem w domu ), wyciem, piszczeniem i niszczeniem rzeczy
  • obgryzaniem butów, mebli, rzeczy, które ogólnie do psa nie należą
  • adaptacją w nowym miejscu i w nowych sytuacjach
  • nadpobudliwością (gryzieniem, drapaniem, kopaniem)
  • wieczornym wyciszeniem i położeniem się spać
  • pobudzeniem w obecności gości (zaczepianie, skakanie na gości, nieustanne domaganie się uwagi )
  • nadmierną szczekliwością
i.. wiele innych. Zadziwiająca prostota tej zabawki jest jej największym atutem. Uważam, że był to jeden z najlepszych zabawkowych zakupów jaki zrobiliśmy. Oryginalny kong jest niestety dosyć drogi ale uważam, że naprawdę warto odłożyć kasę i kupić psu taki pożeracz czasu. Waluś przed chwilą dostał swojego konga a my idziemy oglądać film i relaksować się przed kolejnym ciężkim tygodniem pracy :)

A Wy jakie macie sposoby na zajmowanie swoich czworonożnych pociech? :)




poniedziałek, 11 listopada 2013

Listopadowo.

Hej!
Za oknem już całkiem ciemno. Przed chwilą wróciliśmy z Walusiem z bardzo długiego spaceru w lesie. Spędzamy sobie dzień razem: ja i mój pies, sami :) Moje chłopaki pojechały jak co roku do Warszawy a ja tym razem musiałam zostać z psem. Lubię jesień- drzewa są wtedy tak kolorowe, na ziemi dywan z liści. Mogłabym cały dzień po prostu iść przed siebie. Jeszcze żeby tylko słońce czasami wychodziło zza szarych chmur i byłoby idealnie. A może chcecie kilka zdjęć mojego okropnego psa? :) To wrzucę:

Tu Waluś bardzo pilnie słucha pani behawiorystki 


Tak Waluś spędza każdą niedzielę:



Tu akurat pokazuję konga, którego Waluś dostaje co jakiś czas. Ten akurat wypełniony suchymi przysmakami i zaklejony bananem rozgniecionym z łyżką masła orzechowego. Potem na 5 godzin do zamrażalnika i są kongowe lody :) Spokój od psa na jakieś 2 godziny.


Standardowe postępowanie Walusia: kładzie się pod kanapą i jeśli w ciągu 5 sekund nikt nie zacznie go drapać- jego wielki łeb od razu pojawia się na horyzoncie. Jeżeli świdrowanie wzrokiem nie pomaga w ruch idą łapy a potem zęby, którymi łapie za rękaw ;)


Tu wzrok pełen wyrzutu i zawodu, że ręka nie będzie głaskać.



A, żeby nie było całkiem psowato ;) to zapraszam na ręcznie robione krówki. Pyszne, kruche, obłędnie słodkie i naprawdę niczym nie różniące się od mlecznych. Zdjęcie tym razem nie robione kartoflem więc jakość jako- taka jest chyba ;) Przepis dla wytrwałych i mających duuuużo czasu. 

Składniki:

  • 0,5 litra mleka sojowego (ja użyłam waniliowego z Biedry)
  • 0,25 kilo cukru
  • łyżka oleju
Mleko wlewamy do garnka z grubym dnem i wsypujemy cukier. Gotujemy na bardzo małym ogniu przez około 4 godziny. Masa zmniejszy ponad dwukrotnie swoją objętość a pod koniec gotowania trzeba mieszać co chwilę i naprawdę bardzo uważać. Po zestawieniu z ognia dodać łyżkę oleju, wymieszać i wlać do naczynia. Gdy wystygnie można kroić i jeść pyszne cukierki :)





Z podanej ilości wyszło bardzo mało krówek- kilkanaście. Próbowałam zrobić potem z litra mleka ale niestety nie wyszło- masa była płynna i gorzka przez długie gotowanie. Więc polecam robić z połowy litra mleka :) 
A Wy odpoczęliście przez ten długi weekend? :)


piątek, 1 listopada 2013

Waluś :)

No więc Waluś jest już z nami od 3 tygodni. I okazuje się, że jest ciężej niż myśleliśmy ;) Ten pies to chodzący geniusz- serio. Od urodzenia w domu zawsze były psy. Zdarzały się zarówno geniusze jak i idioci- dokładnie jak wśród ludzi. Ale TAKIEGO psa jeszcze nie miałam. Zdarza się, że psy potrafią otwierać lodówkę, prawda? Rzadko bo rzadko ale trafia się taki gagatek czasami. Jest pewnie sporo psów, które potrafią otworzyć każde drzwi. Waluś należy do jednych i drugich. Ale czy ktoś zna psa, który otwiera sobie okno i wychodzi do ogrodu, do cholery???? Nie znacie?? Zapraszam do nas! Nawet nie wiecie jak potrafi to zryć mózg gdy wieczorem oglądasz film i nagle za oknem widzisz swojego psa, który w Twoim mniemaniu śpi w drugim pokoju. Nie polecam. Teraz mamy dom bez klamek bo innego wyjścia nie było :D Prócz tego potrafi otworzyć też szuflady i szafki. Widać, że w poprzednim domu musiał radzić sobie sam jak "właściciel" leżał pijany i nie dawał mu jeść pewnie przez kilka dni (Waluś został odebrany w trakcie interwencji z policją- właściciel nie mógł otworzyć patrolowi OTOZu i policji bo spał akurat pijany). Oprócz tego ten pies jest fenomenalny, jestem w nim totalnie zakochana, jest moim dzieckiem cudnym. Fajny, opanowany, mega ogarnięty pies. Wielka przytulanka ale z charakterem- jak mu się coś nie podoba to potrafi nawarczeć na nas. Jesteśmy w stałym kontakcie z behawiorystką i dajemy radę. Aktualnie przeżywam fakt, że musimy z nim iść do weta na pobranie krwi, żeby sprawdzić jak wpływa na niego karmienie Yarrahem (na wszczepienie chipa nie jestem jeszcze absolutnie psychicznie przygotowana). Dziś na przykład śniadanie mistrzów wyglądało tak:



Co tu mamy? Jest surowa, tarta marchewka (czasami dajemy gotowaną), jest garść jagód goji, jest rozgnieciony banan, jest przezdrowa jaglanka i oczywiście najlepszy z dostępnych wegan karm- Yarrah :) Na początku trochę bałam się czy będzie mu ta karma smakować- pachnie bardzo niezachęcająco w porównaniu do mięsnych karm- jak karma dla gryzoni. Na szczęście moje obawy były bezpodstawne- Waluś dostaje świra jak widzi, że nasypuję mu karmę. Czasami używamy jej też jako nagródki podczas szkoleń bo tak mu smakuje :) 
A tu proszę kilka zdjęć Walusia:



Tak najczęściej zasypia- jeśli pies tak leży to znaczy, że czuje się absolutnie bezpiecznie.


A tak najczęściej wyglądają wieczory zanim będziemy mogli obejrzeć jakiś film. Bez tego nie ma oglądania filmu w spokoju ;)




Na koniec moja zmęczona facjata. Zainspirowana ostatnio durną piosenką, którą tłuką w radiu codziennie do tego stopnia, że w końcu łamią Twoją psychikę i przyzwyczajasz się do tego szitu ;)



sobota, 5 października 2013

Bycie wiecznym dzieckiem ;)

Witajcie bladym świtem!!
Tak- na zegarze jest 7:54 a dla mnie jest to blady świt. Dodatkowo jest sobota a w sobotę panuje absolutny zakaz wstawania przed 9:00. Nie dziś ;) Nie śpię już od ponad godziny i czekając aż moje chłopaki się obudzą zdążyłam pozmywać tonę naczyń, wynieść śmieci i wstawić pranie. Gdyby nie to, że odkurzacz jest głośny to zabrałabym się za odkurzanie. Nie mogę spać. Z EKSCYTACJI. Jestem wiecznym dzieckiem. Nie mogę spać bo o 12 zabieramy naszego psa ze schroniska do domu !! Jestem tym tak nakręcona, że w końcu będziemy mieć naszego ukochanego psa w domu, że nie mogę po prostu spać :) Od następnej notki będę pewnie dzielić się z Wami zdjęciami naszego Walusia i zadawać mnóstwo pytań.
A teraz wrzucę szybko przepis na przepyszną szarlotkę bo muszę lecieć dalej sprzątać, odkurzać, zmywać i zająć czas do 10:22 kiedy to mamy autobus i jedziemy do schronu ;)

Szarlotka z budyniem


Składniki:
Ciasto

  • 0,5 kg mąki
  • 0,5 szklanki cukru
  • 2 łyżeczki mąki ziemniaczanej (ja miałam mąkę kuku i wyszło ok)
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • szczypta soli
  • 3/4 szklanki oleju
  • około 1/2 szklanki ciepłej wody
Budyń

  • 2 budynie śmietankowe
  • 3 szklanki mleka sojowego 
  • 5 łyżek cukru
Inne składniki

  • około 1,5 kilo jabłek (ja miałam 900 gramów krojonych z brzoskwiniami z Lidla i na małą foremkę było ok- jak macie większą to lepiej mieć te 1,5 kilo)
  • cynamon do smaku jeśli lubicie
  • cukier

Najpierw robimy ciasto. Mąkę mieszamy z cukrem, mąką ziemniaczaną (kuku), proszkiem, solą i olejem. Zagniatamy ciasto o konsystencji kruchego i dzielimy je na 2 kule. Mniejszą i większą. Tą mniejszą chowamy na 2 godziny do zamrażalnika a większą na godzinę do lodówki. Po tym czasie wyciągamy większą i wylepiamy nią formę do ciasta. Nakłuwamy widelcem na całej powierzchni i wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 160 stopni na 5 minut. Wtedy wyjmujemy i wykładamy na ciasto nasze jabłka (ze słoika lub pokrojone i wymieszane w misce z cukrem i cynamonem). Na to wylewamy budyń. Budyń robimy tak: do garnka wlewamy 2,5 szklanki mleka i wsypujemy cukier. W pozostałej połowie szklanki dokładnie mieszamy 2 budynie. Gdy mleko z cukrem zacznie wrzeć wlewamy proszek z mlekiem i dokładnie mieszamy aż powstanie gęsty budyń. Teraz wyjmujemy z zamrażalnika kulę ciasta i trzemy na tarce na największych oczkach na wierzch budyniu. Tak żeby powstała jakby kruszonka. U mnie surowe ciasto wyglądało tak:





Teraz piekarnik nastawimy na 180 stopni. Całe ciasto przykrywamy folią aluminiową- błyszczącą stroną do góry. Pieczemy tak około 35 minut. Potem folię zdejmujemy i pieczemy kolejne 20 minut. Sprawdzajcie jak u Was wygląda ciasto już po 10 minutach. Lepiej zaglądać niż spalić wierzch :) Gotowe ciasto wyglądało tak zanim nie zniknęło wchłonięte przez 3 głodomory, dla których kocham gotować:



poniedziałek, 16 września 2013

Avocado Vegan & Eco czyli Trójmiejska luka w końcu wypełniona.

Cześć Mordki!!
Piszę do Was ze szczególnym poświęceniem do wczoraj dopadło mnie paskudne zapalenie płuc i ledwo przespałam noc.. Ataki kaszlu mam tak okropne, że dziś cały brzuch czuje zakwasy jakbym robiła co najmniej szóstkę Weidera :( Ale nie ma co narzekać- odpocznę w domu przynajmniej. Dziś będzie dużo zdjęć i mało tekstu :)
Zawsze czytając o wegańskich knajpkach i lokalach w innych miastach to było mi smutno, że Trójmiasto, prócz sieciówek typu Green Way i Bio Way, nie ma swojej sławnej wegańskiej restauracyjki. Ale proszę Państwa- TADAM- JEST JUŻ!!! :) Być może ktoś spośród Was kojarzy przesympatyczne małżeństwo Asi i Daniela z Gdańska, którzy od lat zajmują się wegańskim cateringiem pod szyldem Avocado Vegan Catering (fejs Avocado Vegan Catering And Clothing). Ich przepyszne torty są wysyłane na całą Polskę- ludzie zamawiają je na śluby, urodziny, chrzciny i inne uroczystości. I właśnie Asia z Danielem postanowili otworzyć swoją restauracyjkę :) W tą sobotę i niedzielę miało miejsce otwarcie. Byliśmy, zjedliśmy i.. rozpłynęliśmy się :) Ale po kolei.
W sobotę udaliśmy się z moim ukochanym do Gdańska Wrzeszcza, gdzie na ulicy Wajdeloty 25/1 mieści się owy lokal :)




Wnętrze prezentuje się niezwykle schludnie, miło i przytulnie. Aż chce się usiąść i zamówić kawę i pyszne ciacho. Albo zjeść rewelacyjny obiad :)

Tu widzimy Asię- właścicielkę i założycielkę :)

Tu również Asia i dziewczyny- Werka i Sandra.

Klienci (w tym mój drugi ukochany czyli współlokator i najlepszy przyjaciel. Ten łysol ;)


A tu już cała kuchenna załoga- skrajnie po prawej mąż Asi i również właściciel i założyciel a dodatkowo kucharz :)

Otwarcie miało miejsce w sobotę o 11, myśmy przybyli o 11:30 i nie mieliśmy gdzie usiąść :) Musieliśmy tak jak wiele innych osób wyjść na zewnątrz i tam pałaszować pyszności. Oczywiście to żaden minus, lubię jeść na powietrzu i miło było patrzeć na to jak wiele osób przybyło na otwarcie. Każdego gościa witał obłędnie pyszny, bezglutenowy i oczywiście wegański tort. Zdecydowaliśmy się na burgera z kotletem z kaszy jaglanej i na zupkę Warzywny Kociołek. Niestety nie zdążyła zrobić zdjęcia burgera bo tak szybko zniknął :( Kradnę więc zdjęcie autorstwa Asi i Daniela z ich strony:


A ja wybrałam zupkę Warzywny Kociołek (i znów brak zdjęcia mojego autorstwa tylko ukradzione):



Zarówno burger jak i zupa były mistrzowskie w smaku!! Burgerem naprawdę najadł się mój facet, który mały nie jest i mało nie je. Był wniebowzięty. Spróbowałam dwa gryzy burgera i rzeczywiście smak powala. Warzywa świeżusieńkie, chrupiące i kolorowe. Bułka z ziarnami, bardzo smaczna. Kotlet ma naprawdę bardzo ciekawy smak, nie przepadam za kaszą jaglaną ale jak spróbowałam to pożałowałam, że sama go nie zamówiłam ;) Są również dwa sosy- pomidorowy i sojonez. Pycha!! A moja zupka- brak słów. Gęsta, niezwykle pożywna, wyładowana wręcz warzywami i kotlecikami sojowymi. Obawiałam się, że porcji 300 mililitrów prawie nie poczuję w żołądku ale, wierzcie lub nie, nie dokończyłam całej miseczki bo zupa jest tak sycąca, że nie da się nią nie najeść! Dodatkowo Asia co chwilę wychodziła na salę i z każdym goście zamieniała kilka słów i pytał o to czy potrawy smakują czy czegoś nie trzeba dodać, doprawić, zmienić. Poczułam się naprawdę wyjątkowo, jak w ekskluzywnej restauracji. Opinia Klienta jest dla Asi i Daniela ważna, duży plus.
I sobotni powrót do domu :)



A w niedzielę udałam się na "drugie otwarcie" z moim drugim najważniejszym facetem ;) czyli wspomnianym już współlokatorem. W niedzielę również był powitalny tort a dodatkowo powitalne muffinki z owocami i pysznym kremem:



A także powitalny chlebek pełnoziarnisty z MEGA hummusem z burakami:



Tym razem zamówiliśmy z Borysem calzone ze szpinakiem bo zawsze robimy razem to samo i tak samo wybieramy ;) I znów dałam ciała- ogłupiona bólem wyrzynającej się ósemki zapomniałam zrobić zdjęcia. Prawdą jest też to, że od razu jak talerze wjechały na stół to rzuciliśmy się oboje do jedzenia bo danie wyglądało pysznie. I w smaku też pyszne było!! Najedliśmy się naszymi porcjami i do późnych godzin popołudniowych nie chciało się nam jeść. 
Ale niestety trzeba było wracać do domu :(


WARTO!! Bardzo warto odwiedzać Asię i Daniela jeżeli tylko będziecie w Gdańsku. Takiego miejsca bardzo brakowało w Trójmieście. Miejsce naprawdę fajne bo bardzo blisko kolejki. Trafią tam bez problemu nawet osoby spoza Trójmiasta. Ceny są BARDZO przystępne. Burgery kosztują 14 zł, zupki 6,50 zł, calzone 12 zł. Resztę cen możecie sprawdzić na stronie lokalu (Avocado Vegan & Eco). Tam również pełne menu i zdjęcia potraw (które pokradłam). Obsługa jest bardzo miła, pomocna i kochana :) Dziewczyny "za ladą" ;) cały czas uśmiechnięte i pomocne. Nie da się po prostu powiedzieć złego słowa na tą knajpkę. Teraz już mogę zapomnieć o sieciówkach :) 

Asiu i Danielu- Dziękujemy!! :)

wtorek, 3 września 2013

O żywieniu naszych podopiecznych część II.

Witajcie!!
Zamiast stukać w kompa w mojej ukochanej korporacji siedzę na zwolnieniu z grypą :( I to już drugi tydzień.. Najpierw złapałam grypę żołądkową a potem doszła ta "standardowa". Więc w końcu czas na notkę.
Obiecałam Wam nieco wyjaśnień na temat wege diety u psów i kotów. By nie być gołosłowną skonsultowałam się z dwoma osobami, które mają odpowiednią wiedzę i kompetencje by wypowiadać się na ten temat. Jako pierwszy wypowiedział się bardzo dobry Trójmiejski weterynarz Zbigniew Kieza. Jest to wybitny wet posiadający dwie specjalizacje: onkologia i chirurgia. Jego wypowiedzi były jednoznaczne: wegetariańskie żywienie psa wpływa POZYTYWNIE na psie zdrowie i organizm. Nie ma obostrzeń co do podawania psom poszczególnych pokarmów, jednakże należy absolutnie unikać winogron i rodzynek, które są bardzo szkodliwe oraz nie można podawać cebuli i czosnku. Natomiast samo przestawienie psa na wegetariańską karmę może dać tylko same profity dla naszego zwierzaka :) Doktor Kieza sam prowadzi kilka wegetariańskich psów i psiaki te nie wykazują żadnych nieprawidłowości w stanie zdrowia, sierści czy uzębienia. Co więcej zna osobiście przypadki gdzie przestawienie z mięsnej karmy na wegetariańską spowodowało cofnięcie wcześniejszych problemów ze skórą, egzemami czy narządami wewnętrznymi.
Natomiast drugą osobą, którą poprosiłam o opinię była dr n. wet. inż. Sybilla Berwid- Wójtowicz. Poleciła mi ją jedna z czytelniczek bloga :) Pani Sybilla to jedna z 7 dietetyków zwierzęcych w całej Polsce. Ma przeogromną wiedzę. Udałam się do Sopotu by przeprowadzić z nią wywiad bo akurat udzielała porad dietetycznych na zawodach Dog Chow Flying Dogs. Przeprowadziłam 3 godzinny wywiad i i tak było mi mało ;) Pani Sybilla potrafi opowiadać w taki ciekawy i wyczerpujący sposób, że człowiek ma ochotę chłonąć każde jej słowo. Zgodziła się aby jej wypowiedzi umieszczać na blogu i forach internetowych. Zachęcała mnie do utrzymywania kontaktu mailowego z nią odnośnie żywienia naszego rottka po wzięciu go ze schroniska.
Ogólnie rzecz biorąc i skracając ten wywiad dowiedziałam się, że wegetariańskie (nie wegańskie!!) żywienie może znacznie poprawić zdrowie psa i nawet przedłużyć życie. Nie faszerowanie zwierząt karmami z mięsem będzie nawet bardziej zbliżone do diet dzikich psów mieszkających w pobliżu skupisk ludzkich bo takie psy odżywiają się głównie resztkami po ludziach czyli chlebem, resztkami warzyw i kośćmi. Bliżej jest więc psu do diety gdzie jest minimalna zawartość mięsa niż do tuczenia psa mięsną karmą zawierającą mnóstwo antybiotyków, dioksyn i metali ciężkich. Prawidłowo skomponowana wegetariańska dieta jest odpowiednia dla psów ale nie w okresie wzrostu. Nie powinno się szczeniaka karmić wege karmami gdyż nie są one w stanie dostarczyć rosnącemu psu odpowiedniej i zbliansowanej ilości składników odżywczych potrzebnych przy budowaniu mocnego i odpowiedniego kośća oraz odpowiedniej masy mięśniowej. Pokazała Pani Sybilli wydrugi składów (produktowych oraz analitycznych) kilku dostępnych na polskim rynku karm. Były to karmy: Pitti Boris, Yarrah, Ami Dog oraz Trainer Fitness3. Moimi "faworytami" (czyli karmami, których kupno rozważałam dla naszego Walusia) były Pitti Boris i Trainer Fitness3. Okazało się, że bardzo się myliłam. Najlepszą (ale wcale nie bardzo dobrą z całego zestawienia) okazała się karma.. Yarrah. Skład tej karmy jest odpowiedni dla dorosłego psa, mało brakuje jej do bycia bardzo dobrą karmą ale należy dodawać oczywiście gotowane warzywa do takiej karmy. Nie było drugiego i trzeciego miejsca. Reszta karm okazała się na równi uboga w składniki odżywcze i odpowiedni skład procentowo- analityczny. Pitti Boris i Trainer Fitness to słabe karmy.. Najgorzej rzecz ma się z, jakże popularną i bronioną w Polsce karmą, Ami Dog.. Po przeanalizowaniu składu karmy Pani Sybilla była wręcz zszokowana, że taka karma jest sprzedawana. Okazuje się, że Ami Dog jest wręcz szkodliwe dla psów i kotów!! Zawiera olej kukurydziany, którego nie WOLNO podawać zwierzętom tak jak np. cebuli i winogron. Padło nawet stwierdzenie o "codziennym podtruwaniu" zwierzęcia karmionego Ami Dog. Dodatkowo jej skład okazał się najuboższy ze wszystkich zestawionych tu. Wyniki tej rozmowy były dla mnie zaskakujące gdyż na pierwszym miejscu stawiałam Trainer Fitness3 i Pitti Borisa.. Cieszę się, że rozmowa z Panią Sybillą rozjaśniła mi w głowie. Worek Yarraha został już zakupiony i czeka na naszego psiaka. Na razie powoli oswajam go ze smakiem tej karmy i od pierwszego granulka bardzo mu ona zasmakowała. Do tego stopnia, że używamy jej teraz jako nagrody przy szkoleniu :)
Osobny temat to wegetarianizm u kotów. Karma Ami Cat oczywiście absolutnie odpada. Co więcej kot NIE MOŻE być karmiony samą wege karmą. Kotu trzeba absolutnie suplementować taurynę. Tauryna znajduje się w mięsie szczurów i myszy (!!) i jej zawartość tam przekracza 7- krotnie wszelkie inne jej źródła. Dlatego koty karmione bezmięsnie i wypuszczane z domu zaczynają dwa razy intensywniej polować na gryzonie. Brak tautryny w karmie powoduje upośledzenie nerek, wątroby a na końcu mięśnia sercowego. Śmierć wegetariańskiego kota niesuplementowanego to kwestia kilku lat. Taurynę uzyskiwaną chemicznie można dostać w Polsce bez problemu. Ostatnio na jeden z fejsbukowych grup wegetariańskich napisała dziewczyna, której dwa koty padły w wyniku uszkodzenia żołądka po długotrwałym karmieniu karmą Ami Cat. Zostało to potwierdzone przez sekcję obu zwierzaków. Wiem, że pewnie pod tą notką znajdzie się sporo zarzutów wobec tych słów. Podkreślam- TO NIE SĄ MOJE SŁOWA tylko słowa kobiety, która znajduje się w ścisłej czołówce w Polsce jeśli chodzi o żywienie zwierząt. Ona nie neguje takich diet dla naszych zwierzaków- wręcz zachęca do nich. Ale z głową. I badając zwierzaki. Na początek po przestaiwniu z karmy mięsnej na wegetariańską należy robić badanie krw co 2 miesiące. Po około 3 badanich można wydłużyć okres badań do 5 miesięcy aż w końcu badanie krwi będziemy robić raz w roku.
Pani Sybilla zachęciła mnie do kontaktów z nią za pośrednictwem maila lub FaceBooka. Jej profil znajdziecie pod tym linkiem:

Naprawdę warto do niej napisać, kobieta ma tak ogromną wiedzę, że jak sama mi napisała w mailu- mogłaby napisać książkę o wegetariańskim żywieniu psów i kotów ale nikt by tego w Polsce nie wydał. Może zrobimy zrzutę? ;)

! ! ! ! EDIT ! ! ! !

Przeglądając notatki z rozmowy z Panią Sybillą zauważyłam, że zapomniałam dopisać jeszcze jednej ważnej rzeczy. Karma Trainer Fitness3 Vegetal zawiera także aż 10,6% wspomnianego oleju kukurydzianego i jest również niezdrowa dla psów.

czwartek, 1 sierpnia 2013

Makaronowo i urodzinowo.

Witajcie kochani :)
Dzień zaczął się dla mnie dziś wyjątkowo wcześnie jak na wolny od pracy. Wczoraj mieliśmy gości, dziś dom wygląda jak po bitwie- bałagan, wszędzie brudne naczynia, puszki i butelki i ludzie śpiący na fotelach i w innych ciekawych miejscach ;) I uwierzcie mi, że nie ma nic lepszego na rozruszanie o 7 rano jak zmycie góry brudnych naczyń wysypujących się ze zlewu :D Ja naprawdę uwielbiam zmywać. Ale nie o tym przecież chcecie czytać.
Po napisaniu poprzedniej notki niezwykle zaskoczył mnie odzew. Wasze komentarze były bardzo miłe, rzeczowe, pomocne i dzięki nim poczułam, że to co piszę w jakimś stopniu trafia do innych :) To bardzo fajne uczucie. Każdą notkę, która pojawia się na tym blogu linkuję jako update na moim prywatnym profilu na Fejsie. Szkoda, że nie mogliście obserwować gównoburzy jaka rozpętała się pod linkiem. Jedna osoba zarzuciła mi nawet, że "szkoda jej psa, który do nas trafi bo nie będzie jadł mięsa". Czaicie? :) Szkoda psa- że dostanie swój dom i swoich człowieków zakochanych w nim na maxa, szkoda, że dostanie posłanie w każdym z pokoi w domu. Szkoda, że będzie miał pełną miskę, kilka spacerów dziennie, opiekę jednego z najlepszych wetów w mieście i gwarancję, że nikt nigdy go nie uśpi bo "zajmuje boks a poza tym nie ma szans na adopcję bo jest potencjalnie agresywny". W sumie chyba lepiej, żeby został w schronisku, nie miał regularnych spacerów i swojego człowieka do kochania i prowadzenia go przez życie. A karma Puffi z Biedronki na bank będzie dla niego najlepsza. Eeeeechhhh, czasami ręce opadają jak się słucha innych. 
Ale to nie koniec tematu- aby nie rzucać słów na wiatr napisałam bardzo długą i popartą licznymi linkami i odnośnikami wiadomość do dwóch autorytetów na skalę krajową w dziedzinie weterynarii. Zapytałam o ich zdanie na temat wegetariańskiego karmienia psów i jakość wege karm dostępnych w Polsce. Niecierpliwie czekam na odpowiedzi i jak tylko je dostanę to na pewno wkleję ich treść tutaj :)
A żeby nie było tak kompletnie bezprzepisowo zamieszczam dla Was robaczki kochane przepis na fenomenalną wręcz lasagne z granulatem sojowym udającym mielone i szpinakiem. Robiłam "na czuja", wymyślając sama sporo i nie byłam pewna efektu. Okazało się, że jest boski. 

Na 3 głodne osoby (w tym dwóch dużych facetów):

  • 2 opakowania płatów makaronowych do lasagne
  • 2 kartoniki przecieru pomidorowego (to się chyba nazywa passata pomidorowa)
  • opakowanie granulatu sojowego
  • opakowanie szpinaku mrożonego lub tyle świeżego, żeby odpowiadał gramaturą mrożonemu
  • kilka sporych łych sojonezu 
  • 3 ząbki czosnku
  • papryka w proszku
  • bazylia (świeża bądź suszona)
  • 1 torebka "Przyprawy do mięsa mielonego" koniecznie firmy Prymat (daje rewelacyjny smak)
  • olej
  • sól
  • pieprz
Najpierw w garnku zagotowujemy wodę z solą i łyżką papryki w proszku. Do wrzątku wsypujemy paczkę granulatu i gotujemy około 5 minut. Odcedzamy i mieszamy z torebką przyprawy Prymata (paskudna reklama produktu ale uwierzcie- granulat wymieszany z tą przyprawą ma cudowny smak). Zabieramy się za szpinak- na dużej patelni rozgrzewamy olej i wrzucamy kostki szpinaku. Smażymy aż powstanie papka i dodajemy sporo pieprzu, soli i łychę albo dwie sojonezu. Wciskamy czosnek i smażymy jeszcze chwilę i odstawiamy z gazu. Przecier pomidorowy wlewamy do garnuszka i doprawiamy łyżką oleju, solą, pieprzem, bazylią,  papryką sproszkowaną. 
Teraz przygotowujemy blachę- na jej dno lejemy trochę sosu pomidorowego i układamy kolejno płat makronu, na niego granulat, na to szpinak i łychę sosu pomidorowego by wszystko zwilżył. Znowu płat makaronu, granulat, szpinak i sos. I tak do wyczerpania składników. Wierzch posmarowałam sojonezem i resztką sosu pomidorowego. Lasagne wstawiłam do piekarnika rozgrzanego do 200 stopni i czekałam aż płaty zmiękną. Zajmuje to około 30- 40 minut. 




Będę nieskromna- jest naprawdę pyszna :)
I jeszcze pochwalę się tortem urodzinowym, który koleżanka zrobiła miesiąc temu na moje urodziny. Był przepyszny, barrrrdzo czekoladowy i przy tym lekki :) Uwielbiam torty wegańskie- nie ma w nich tej paskudnej ciężkości maślanych i mlecznych niewegańskich kremów od których zawsze bolał mnie brzuch.




A teraz idę robić pyszne wegańskie śniadanie dla gości, którzy zaczynają niemrawo się ruszać :)

niedziela, 21 lipca 2013

Rzecz o żywieniu naszych zwierząt.

Witajcie :)
Dziś zamierzam poruszyć dosyć kontrowersyjny dla obu stron temat i przedstawić Wam mój punkt zapatrywania się na niego. Chodzi mi tu o żywienie naszych podopiecznych. A dokładniej psów. Czemu tylko psów? I tu rozlega się najwięcej głosów spornych. Już mówię czemu- ponieważ kot ABSOLUTNIE NIE MOŻE BYĆ karmiony wegetariańskimi a tym bardziej wegańskimi karmami. Wiem, że sporo wegan i wegetarian przestawia swoje koty na wege karmy. Niestety to spory błąd. Zacznijmy od tego, że wegańsko karmione koty moich znajomych szybko podupadały na zdrowiu. Koty są BEZWZGLĘDNYMI mięsożercami. Potrzebują mięsa. Bez niego zaczynają im szybko siadać nerki, wątroba i wzrok. Najszybciej wegetariańskie karmy uszkadzają nerki. Zaraz ktoś zacznie pewnie krzyki, że "karmi swojego kota od roku wegańską karmą i kiciuś czuje się świetnie!!!". Ok, a chodzisz z nim na badania co pół roku? Poza tym zmiany w nerkach nie pojawiają się po pół roku czy roku. To kwestia kilku lat. Ale gdy już zaczną się objawy- będą one bardzo trudne do odwrócenia. Dodatkowo moja znajoma zaobserwowała, że wege koty wychodzące zaczynają na potęgę znosić upolowane przez siebie ptaki i gryzonie. Co jeszcze- pamiętam, że na dwóch znanych blogach przeczytałam, że koty przestawione na bezmięsną karmę odmawiały jedzenia przez kilka dni. Już samo zmuszanie swojego pupila do jedzenia karmy, która mu nie smakuje w imię swojej ideologii jest dla mnie okrutną pomyłką. Swojego zdania nie opieram jedynie na obserwacjach ale też na rozmowach z weterynarzami i na książkach i magazynach weterynaryjnych. Ku mojemu zdziwieniu znalazłam w Magazynie Weterynaryjnym cały artykuł o wegetariańskich psach i kotach. Tam również jest zapis, że kot nie może być wegetarianinem. Jest to potwierdzone badaniami na grupach psów i kotów. Karmienie kota bezmięsną karmą to, moim zdaniem, krzywdzenie zwierzęcia. Jeżeli ktoś ma kaca moralnego z powodu kupowanie mięsnych karm powinien  raczej pomyśleć o opiece nad zwierzęciem, które albo jest wszystkożerne albo roślinożerne. Sorry- zdania nie zmienię i nie wynika one z  mojego widzimisię. Wiem, że pewnie spadnie na mnie lawina krytyki i hejtów za to. Niestety- dla mnie ważniejsze jest zdrowie zwierzęcia, którym zobowiązałam się opiekować a nie moje poglądy. 
Natomiast ja chciałabym skupić się na psach. Jak pewnie wiecie przygotowujemy się do adopcji psiaka ze schronu. To 4 letni rottweiler, bardzo energiczny i silny psiak. Jestem w nim totalnie zakochana i najchętniej bym mu nieba przychyliła. Z niecierpliwością czekamy na możliwość adopcji jednak zanim to nastąpi musimy ukończyć szkolenie PT gdyż jest to pies po przejściach i muszę mieć pewność, że nie będzie stanowił dla nikogo zagrożenia gdy przygarniemy go do siebie. I tu zaczęłam myśleć na kwestią karmienia. Pamiętacie nasze poprzednie psy? Rottka Szila, która była z nami zaledwie 2 miesiące i umarła z powodu nowotworu i amstaff Hans, który odszedł z powodu okropnych zwyrodnień kręgosłupa i stawów. Oba te psy były karmione mięsnymi karmami. I nie ukrywam, że często sypiąc im karmę do misek miałam wyrzuty sumienia. Jedna wiedziałam, że przestawianie ich na wege karmy jest bez sensu bo nie wydłuży im to życia. Bo dla mnie to nadal jest bardzo kontrowersyjny temat. I może jestem chujową weganką ale uważam, że narzucanie swojej ideologii zwierzęciu, które nie umie się  wypowiedzieć na dany temat, jest nie w porządku. I jeżeli miałabym przestawiać swojego psa na takie karmy to zrobiłabym to TYLKO ze względów zdrowotnych.. Bo chciałabym, żeby nasz pies był z nami jak najdłużej. Jeżeli życie miałoby mu faktycznie przedłużyć moja codzienna, 2 godzinna medytacja na głowie to bym to robiła. Ostatnio doszłam do wniosku (po przestudiowaniu mnóstwa publikacji dotyczących żywienia psów i po rozmowach z wetami), że może warto pogodzić sumienie i zdrowe jedzenia dla naszego synka? Zaczęłam od zapytania kiedyś weterynarza, który jest jednym z lepszych wetów w stolycy i naprawdę go szanuję za wiedzę i podejście do zwierząt. Zamyślił się na dłuższą chwilę a potem odpowiedział: "Pytanie i sam temat są dosyć kontrowersyjne ale jeśli mam odpowiedzieć zgodnie z wiedza jaką posiadam to byłbym skłonny przestawić psa na wegetarianizm natomiast absolutnie nie robiłby tego kotu bo kot nie może być wegetarianinem". Tyle w temacie. Mogę jeszcze powiedzie, że mój behawioralny guru James O' Heare jest weganinem od wielu lat i jego wszystkie psy też są weganami :) Natomiast czytałam z nim jeden wywiad, w którym ubolewał, że nie może mieć kota bo nie byłby w stanie karmić go mięsną karmą. Ja wierzę bardziej ludziom, którzy mają ogromną wiedzę i narzędzia do badań niż znajomym i ich lakonicznym zapewnieniom, że "mój kot czuje się świetnie na wege karmie bo tak mi się wydaje". 
Natomiast w moich przemyśleniach pojawia się inny problem. Mianowicie firma karmy. Czytając i słuchając dowiedziałam się, że psia karma nie powinna zawierać kukurydzy albo jeśli już to znikome jej ilości. Kukurydza jest częstym alergenem i powoduje egzemy, drapanie, powracające zapalenia uszu i oczu itp. Natomiast większość dostępnych na naszym rynku karm niestety zawiera kukurydzę na pierwszych dwóch miejscach w postaci ziarna i mączki :( Sprawdziłam karmy takie jak Pitti Boris, Yarrah, Ami i Trainer Fitness 3. Niestety w Polsce nie ma dostępnej karmy o naprawdę dobrym składzie czyli Benevo. Jedyna dostępność to Green Planet ale tam są tylko paczki po 2 kilo o koszt jednej to 39 złotych. Ja potrzebuję 15 kilo karmy miesięcznie :( Nie stać mnie niestety na wydatek 280 zł miesięcznie na samą karmą dla gagatka.. Dlatego szukam innych alternatyw. Karma Trainer Fitness 3 odpada niestety gdyż po ziemniakach w takich ilościach pies może mieć bolesne wzdęcia poza tym zawartość białka w tej karmie jest o wiele za niska dla psa o takiej aktywności jak Waluś. Yarrah ma jeszcze mniej białka niż Trainer.. Wychodzi na to, że na rynku nie ma dobrej wege karmy :( Zawartość białka w psiej karmie powinna wynosić minimum 30% a najlepiej 40+%.. I bądź tu mądry człowieku.. Zastanawiam się czy nie kupić której z powyższych karm (najbardziej skłaniam się ku Pitti Boris lub Yarrahowi) i mieszać z fasolą albo tofu albo innym źródłem białka.. 
Proszę Was o porady- co dajecie swoim wege psom? Karmicie je w ogóle wegetariańsko lub wegańsko? Czy może karmiliście mięsem a potem przestawiliście na wege jedzenie? Widzicie poprawę? Robicie badanie krwi swoim zwierzakom? Jak z wynikami? 
Wiem, że to dużo pytań ale mam ich w zanadrzu jeszcze więcej.. 

czwartek, 4 lipca 2013

Bo(m)bowy sos do makaronu lub ryżu.

Aloha!
Dzień po mych (kolejnych) urodzinach zasiadam by podzielić się z Wami przepisem na sos, który wymyśliłam :) Przeglądając fejsbukowy profil puszka.pl zauważyłam zdjęcie gotowanego bobu. I zapragnęłam do tu, teraz, natychmiast!! Udaliśmy się na ryneczek w celu nabycia kilograma bobu w szokującej cenie 12 zł :/ No i potem wyprodukowałam wspomniany wcześniej sos. Napisałam "wymyśliłam go" bo nigdzie wcześniej nie znalazłam takiego przepisu. Może powielam ale jeśli już to nieświadomie :) Oto przepis:

  • 1 kilogram bobu
  • olej lub oliwa z oliwek
  • kilka łyżek wody z gotowania makaronu
  • garść zielonych lub czarnych (as you wish) oliwek
  • 2- 3 łyżki słonej zalewy z oliwek
  • czosnek
  • sól
  • pieprz
  • makaron taki jaki lubicie

Bób gotujemy w wodzie, którą solimy "od serca" pod koniec gotowania (jeżeli wsypiecie sól od razu do wody to bób będzie się dłużej gotował). Odcedzamy i- jak preferujecie- albo obieracie ze skórek albo wrzucacie do brendela (mój współlokator i ukochany przyjaciel nie mówi inaczej na blender ;) w skórkach. Ja dałam pól na pół. Dolewacie spory chlust oliwy bądź oleju. Wrzucacie 2 ząbki czosnku, solicie, pieprzycie i dolewacie wodę z oliwek. Blenderujemy aż sos uzyska kremową konsystencję.






Gotujemy makaron i pod koniec odlewacie po łyżce stołowej wody z gotowania makaronu na porcję. Mieszamy z sosikiem, posypujemy oliwkami i wcinamy. Niebo w gębie!!



No i kiedy tylko mogę to korzystam z tanich truskawek <3 Ze śmietanką z nerkowców z tego przepisu WeganizmUdomowiony- Śmietanka z nerkowców   Słodka, orzechowa w smaku, pycha!!


W następnej notce pochwalę się urodzinowym tortem, który wykonała niezwykle uzdolniona koleżanka :)