środa, 17 grudnia 2014

Pechowy koniec roku.

No takiego pecha to chyba jeszcze nigdy nie miałam!! Otóż wyobraźcie sobie, że w zeszły poniedziałek (nie ten co był przedwczoraj) stałam się ofiarą wypadku samochodowego!! W drodze do pracy zostałam "potrącona" przez pędzącą na złamanie karku kobietę. Napisałam "potrącona" bo w ostatniej milisekundzie zdążyłam odbić się lewą nogą i szarpnąć do tyłu- kobieta przejechała mi po stopie, której nie zdążyłam zabrać. I dopiero wtedy zaczęła hamować- jak już mi po niej przejechała. Myśl o tym, że gdybym jednak się nie odwróciła albo miała słuchawki na uszach i nie usłyszałam że ona nie hamuje to zostałabym z całą prędkością walnięta przez samochód jest straszna.. Przez cały dzień byłam w szoku i pociłam się na myśl, że tym razem mi się udało :/ A żeby nie było tak dobrze to jak tylko zmiażdżona stopa przestała boleć to.. skręciłam drugą nogę i naderwałam staw skokowy. Taaaa, w sobotę wracając ze szkoły zauważyłyśmy z koleżanką małego pieska na poboczu więc wyskoczyłyśmy, żeby go złapać. Pies zniknął a ja biegnąc w ciemności po poboczu potwornie uszkodziłam nogę. Teraz jestem na zwolnieniu z pracy do końca tego roku i nawet nie wiadomo czy w styczniu od razu wrócę do pracy. Trudno mi się chodzi o kulach, zakwasy na rękach i odgniecenia od kul na dłoniach dobijają a wyjście do kibla to wycieczka jak na Mount Everest. I tak nie jest najgorzej bo wyobraźcie sobie, że w niedzielę na zajęciach mieliśmy wykłady z super behawiorystą Jackiem Gałuszką , który jak się okazało leczy również akupunkturą. W ramach pomocy i prezentacji poddał mnie zabiegowi i możecie wierzyć lub nie- w ciągu 5 minut silny ból nogi całkowicie ustąpił a "gratisowo" zniknął ból zęba, który bardzo mnie męczył od kilku dni :)


Syrka w tarapatach!!


Następnego dnia opuchlizna całkiem zeszła. Zawsze do akupunktury odnosiłam się ze sceptycznym zainteresowaniem ale przekonanie się o jej skuteczności na własnej skórze było magicznym doznaniem :)
Tyle o czarach i moich nieszczęściach. Wrzucę Wam zaraz przepis na najpyszniejsze i najprostsze ciastka świata ale najpierw prośba: udostępnijcie na swoich Fejsbukach album mojego kochanego tymczasa Szprota, o tu jest link: Kot Szprot na Fejsbuku Będę wdzięczna. Przy okazji możecie sobie pooglądać to wspaniałe kocisko :)
A teraz obiecany przepis. Prosty jak okrąg:

Składniki:

  • 2 szklanki płatków owsianych
  • 4 banany
  • tabliczka gorzkiej czekolady posiekana na "dropsiki"
  • i co tylko przyjdzie Wam do głowy: orzechy, pestki, rodzynki, żurawina itp itp

Banany miksujemy na papkę. Dodajemy do bananów płatki i wszelkie dodatki jakie przyjdą nam do głowy. Formujemy kulki wielkości orzecha włoskiego albo kotleciki i pieczemy 20 minut w piekarniku nagrzanym do 180 stopni. 



Jeśli nie dodamy czekolady tylko np. pokrojone daktyle to ciastka będą w 100% bezcukrowe i beztłuszczowe i totalnie ZDROWE. I przyznam szczerze, że to są NAJPYSZNIEJSZE ciastka jakie jadłam w życiu- nie mają sobie równych. Zrobiły furorę wśród wielu moich znajomych i rodziny. Nie bylo jeszcze osoby, której by nie smakowały :) A dałam je do spróbowanie już kilkudziesięciu osobom :) Także róbcie i wcinajcie. I jeśli jeszcze tego nie zrobiliście to lajkuje proszę mojego Fan Pejdża  na Fejsbuku :) I polecajcie go znajomym :) 
Dzięki kochani, że ze mną jesteście :)

Takie piękne szprocie oczy <3


Kto chce przystojniaka? 


Szprot choruje razem ze mną. Całym sobą.

sobota, 6 grudnia 2014

Coraz więcej pysznych miejsc! I Krowa Cała w Gdyni!!!

Ostatnio mam mało czasu na siedzenie przy kompie więc różne nowości i otwarcia przechodzą mi koło nosa. Jednak zupełnym przypadkiem odkryłam, że w moim rodzinnym mieście- Gdyni otwarto kilka dni temu nową burgerownię, w 100% wegańską!! Jeszcze większą radość sprawił mi fakt, że jest to gdyński "oddział" znanej wszystkim burgerowni "I Krowa Cała" :)





Radość wielka bo to kolejna, po gdańskim VB #veganburgers w 100% wegańska jadłodajnia. Miejsce wybrali sobie też genialne bo od razu przy wyjściu z dworca kolejowego Gdynia Główna. Lepszego chyba nie można było. Przyjeżdżający do trójmiasta głodni weganie już z okien pociągu widzą szyld:



Wchodząc do lokalu od razu miłe wrażenie robi ciepła atmosfera. Mimo "surowej" ściany z cegieł mamy wrażenie, że jesteśmy w domu. Ciepłe światło żarówek robi klimat ;) 












Nie wiem jak Wam ale mi się taki wystrój bardzo podoba. Zapomniałam tylko obfotografować witrynę. Jest przy niej długa, drewniana lada i stołki barowe więc można tam usiąść i jeść. My wybraliśmy właśnie to miejsce ze względu na dobre oświetlenie do zdjęć. Jedynym minusem jest to, że przechodnie dosłownie zaglądają w talerz i niektórych mogą irytować głupie uśmiechy i widocznie spojrzenia pełne politowania, że  "burgery bez mięsa jedzo". Tak, to naprawdę mi przeszkadzało. 
Co do samych burgerów :) Przy pierwszej wizycie nie zabrałam ze sobą aparatu. Mój błąd. Ale wtedy przyszliśmy tylko przewąchać kąty i skusiliśmy się na zjedzenie po jednej kanapce. Ja zamówiłam Tofuburgera a mój T. Burgera z soczewicą. Powiem krótko: Tofuburger był po prostu OB- ŁĘD- NY. Smakował wprost rewelacyjnie. Konsystencja, smak, wszystko. No po prostu super. Warto wspomnieć, że tofu oni robią sami od podstaw!! Nie jest to kupne tofu. Bułka pyszna, nierozwalająca się, trzyma wszystko w ryzach. Warzywka cudnie świeżutkie, chrupiące i pokrojone w grube plastry więc wszystko czuć wspaniale. Sosy robione są codziennie na miejscu. Burger soczewicowy mojego T. tez zrobił na nim duże wrażenie. Nie próbowałam jeszcze ale zamierzam ;) Generalnie w smaku był ponoć naprawdę super, nie rozwalający się, po prostu pyszny. Może o sosach też warto wspomnieć kilka słów. Jak widać mamy kilka sosów, do każdego burgera wybieramy sobie dwa:



Ja na razie do swoich burgerów próbowałam: czosnkowego i musztardowego, czosnkowego i piklowego i znów czosnkowego i musztardowego a mój T. takich samych kombinacji i jeszcze czosnkowego i BBQ. Sosy też przepyszne!! :)
Na zamówione burgery trzeba czekać około 5- 8 minut. Obsługa przynosi do stolika tackę z zawiniętymi burgerami:


Odwijamy i naszym oczom ukazuje się coś taki idealnie pięknego:



 Burger "I krowa cała" mojego T. czyli sojowy kotlet. Oczywiście ręcznie robiony.



 Mój Seitanburger.



I tym razem moja kolej na spróbowanie "I krowy całej".




   Seitan burger totalnie rozwali system. Uważam, że jest chyba najlepszy z tych 3, których próbowałam. Bardzo smaczny, ma typowo "mięsną" konsystencję (dla mnie to plus, nie kumam osób, które oburzają się "jak można jeść podróbki mięsa skoro jesteś weganka???". Można. Bo tęsknię za mięsem.) i smak. W połączeniu ze świeżymi warzywami i sosami czosnkowym i piklowym (majonezowy z wkrojonymi w kosteczkę ogóreczkami piklowym- niebo w gębie) był naprawdę pycha. Mój T. zamówił go z sosami czosnkowym i BBQ, który jest nieco słodkawy. Jego zdaniem bardzo pasuje taki zestaw do tego kotleta. Jago drugi został zjedzony przeze mnie "I krowa cała" z ręcznie wytwarzanym kotletem sojowym. Był smaczny ale najsłabszy z nich wszystkich. Drugi raz go pewnie nie zamówię. Kotlet totalnie się rozwalał i kruszył i dodatkowo miał słodkawy posmak. Mojemu T. bardzo smakował z sosem czosnkowym i musztardowym (musztardowy jest pikantny ale nie jakoś szczególnie, bardzo fajnie podkręca smak). 

Zamierzamy wracać tam i spróbować wszystkich burgerów. Recenzje poszczególnych znajdziecie na moim Fanpejdżu, który polubiajcie proszę i rozsyłajcie wśród swoich znajomych :) Link o tu: Fejsbuk
Polecam Wam gorąco odwiedziny w "I Krowa Cała" w Gdyni bo naprawdę warto. Za 10 złotych się najecie. Kupując 2 burgery wydacie 20- 22 zł i najecie się po pachy ale tak naprawdę po pachy ;) Moim zdaniem naprawdę warto. 

W następnym poście zamierzam opisać funkcjonujący już od jakiegoś czasu lokal VB #veganburgers z Gdańska :) O ile oczywiście kierownictwo wyrazi chęć udzielenia krótkiego wywiadu i obfotografowania burgerów na bloga :)

P.S. Aha- frytki mają naprawdę dobre ;)

piątek, 7 listopada 2014

Placki ziemniaczane- proste, pyszne i.. całkowicie beztłuszczowe!!

Placki ziemniaczane to najtańszy i chyba najprostszy obiad jaki można sobie wymarzyć. Kiedyś takie placki jadłam z kwaśną śmietaną, posypane startym żółtym serem i czosnkiem granulowanym. Dziś powtórzyłam ten zabieg ale śmietana była sojowe a ser Vio Life ;) A zabierałam się do tych placków jak pies do jeża bo dotychczas robiłam je tylko dwa razy w życiu (z czego raz z jajkami) i za każdym razem cały dom śmierdział olejem a placki się rozwalały. Ale nie tym razem!! Przekopałam się przez dziesiątki przepisów i postanowiłam w końcu zrobić po swojemu na zasadzie "co ma być to będzie". I wyszło super!!

Składniki:

  • ziemniaki- ile chcecie ;)
  • cebula
  • sól
  • pieprz
  • czosnek granulowany

My ziemniaków wzięliśmy chyba z 1,5 kilo. Około 8- 10 dużych ziemniaków starliśmy na grubych oczkach. Do tego dodaliśmy 4 ziemniaki starte na najmniejszych oczkach. Masę solimy, doprawiamy pieprzem i dodajemy co nam do głowy przyjdzie- pokrojoną cebulę, parówki sojowe, pokrojone tofu, cokolwiek co zechcecie. W rękach z masy ziemniaczanej lepimy zwarte kotlety i pieczemy je w piekarniku rozgrzanym do 180 stopni, odwracając na drugą stronę gdy góra się zrumieni ładnie. KONIECZNIE użyjcie papieru do pieczenia wysmarowanego olejem. Inaczej placki przykleją się i nie uda się Wam ich odwrócić. 
Placki wyszły pyszne, chrupiące i dom nie śmierdział olejem. Nie było też starty garów do zmywania :)


sobota, 25 października 2014

Ostatnie pożegnanie naszego kochanego przyjaciela...

Długo, oj długo zbierałam się do napisania tego posta. Potrzebowałam na to ponad miesiąc. Wiedziałam, że jak zacznę pisać to skończę wciśnięta w kanapę zaryczana i zasmarkana.. Pewnie tak będzie ale z drugiej strony chcę to wyrzucić z siebie.. Wiem, że ten wpis będzie bardzo długi ale proszę, przeczytajcie go..

4 września pożegnaliśmy naszego ukochanego Walusia. Spędził z nami niecały rok. Najdłużej z naszych trzech psów. Niby to tylko 10 miesięcy. Nigdy jednak nie zapomnę tych 10 miesięcy gdy był z nami każdego dnia. W marcu 2012 roku przywieziono go do schroniska. Został zabrany od poprzedniego "opiekuna" alkoholika, który nie opiekował się nim wcale. W schronisku określono go jako "niepewnego" i powiedziano, żeby "lepiej uważać". Jego dzika agresja wobec innych psów dodatkowo utrudniała wychodzenie na spacery i próby socjalizacji. Mój T. pracował wtedy jeszcze w schronisku i sam do końca nie był w stanie określić co w tym psie siedzi. Jak dziś pamiętam swój pierwszy spacer z nim. Waluś nie był w ogóle zainteresowany kontaktem ze mną i tylko łypał na mnie w taki dziwny sposób jak coś do niego mówiłam. Jednocześnie gdy szliśmy gęsiego po lesie: T. z Walusiem i ja na końcu- on co kilka metrów przystawał i odwracał się do mnie. Czekał aż dołączę do grupki i wtedy dopiero ruszał. Co tydzień, weekend stawiliśmy się w schronie by wziąć go na długi spacer. Dodatkowo w tygodniu T. gdy był w pracy dbał o to, żeby Waluś był wyprowadzony na wybieg albo spacer. Coraz pewniej czuliśmy się w kontaktach z nim, coraz bardziej on cieszył się na nasz widok. Ogłaszaliśmy go na forach i grupach i.. nic. Co kilka miesięcy odzywał się telefon i ktoś po drugiej stronie kabla oznajmiał, że szuka właśnie takiego psa, bo ma być agresywny, ma wzbudzać respekt, ma być na łańcuchu i pilnować gospodarstwa... I po każdej takiej rozmowie zakończonej moją odmową czułam coś na kształt ulgi, że znowu nikt nam go nie zabierze.. Pamiętam jak po śmierci Hansa gdy już postanowiliśmy, że możemy mieć kolejnego psa co jakiś czas, któreś z nas rzucało żartem: "Ty, a może weźmiemy Walusia?" po czym patrzyliśmy się na siebie i śmialiśmy się. No gdzie pies z TAKIMI problemami behawioralnymi, z agresją do wszystkiego co się rusza, wymagający takiego nakładu pracy, szkolenia, a weź w ogóle nawet nie sugeruj tego.. Minęło kilka kolejnych tygodni i postanowiliśmy zacząć go szkolić bo wyszkolony pies szybciej znajdzie dom. I już po kilku treningach wiedzieliśmy, że ten pies nigdy nie pójdzie do nikogo innego niż do nas. To po prostu musiało się tak potoczyć. Byliśmy w schronisku codziennie, spędzając godziny w jego boksie, szkoląc go i przytulając się z nim, siedząc z nim na kolanach (z rottweilerem da się, naprawdę!!) i godzinami głaszcząc go. Po 5 miesiącach, po szkoleniu weszliśmy do biura i padło to długo wyczekiwane "To co? Macie przygotowaną umowę adopcyjną?". W noc poprzedzającą to szkolenie nie mogłam spać z podekscytowania. Czekaliśmy to przecież tyle miesięcy. I nagle.. Wszystko pękło.. Po przekroczeniu z Walusiem progu domu coś się we mnie zmieniło. Do dziś nie jestem w stanie wytłumaczyć co się ze mną stało. Moja przyjaciółka śmieje się, że miałam depresję poporodową. Cokolwiek to było nagle przestałam chcieć go u nas w domu.. Nie wiedzieć czemu zaczęłam się go bać. Miałam czarne myśli "boże co myśmy zrobili, wzięliśmy taki obowiązek na głowę, jak my sobie poradzimy przez następne X lat, przecież.. przecież..". Wszystko przy nim przez około 10 dni robił mój T. Ja nie chciałam wychodzić z nim na spacer, nie chciałam go karmić, szkolić go, nie miałam w ogóle ochoty nic z nim robić, chodziłam i płakałam, że chyba przeceniliśmy nasze możliwości.. A przecież od 5 miesięcy przygotowywaliśmy się do jego adopcji!! Przecież nie mogłam się doczekać dnia aż w końcu będzie nasz, u nas, z nami.. To nie była decyzja podjęta w chwilę. Specjalnie daliśmy sobie kilka miesięcy by NA PEWNO była to świadoma, przemyślana decyzja. Wiedziałam przecież, że bierzemy psa z bagażem złych doświadczeń, psa potencjalnie agresywnego, który nigdy nie będzie mógł wejść w kontakt z innymi psami bo je po prostu zagryzie.. A mimo to nagle coś we mnie strzeliło. I wtedy pewnego dnia zadzwoniła do mnie moja ciotka bo mama opowiedziała jej o moim dziwnym stanie. Ciocia, zaznaczę bo to ważne, nie lubiąca zwierząt, twierdząca, że zwierzęta śmierdzą tylko i brudzą i ogólnie nie pasują do jej skórzanych kanap i marmurowych posadzek bo kłaki widać i w ogóle.. Macie ją już przed oczami? No i zadzwoniła do mnie ciotka z pytaniem "Alu ale czemu Ty tego psa nie oddasz z powrotem do schroniska??". Dosłownie mnie zatkało. Odpowiedziałam, że psy są jak małe dzieci i NIGDY nie wolno oddawać psów ani dzieci jak je się już raz przygarnęło i nie oddam Walusia bo on mi ufa i polega na mnie. Na to ciocia protekcjonalnym tonem odparła "Dziecko, dzieci do domu dziecka się tez oddaje a chyba Twoje zdrowie i komfort psychiczny są ważniejsze od jakiegoś psa. Nie ten to będzie następny". Zagotowało się we mnie i artykułując każde słowo niezwykle wyraźnie i dobitnie wycedziłam "Ciociu to jest MÓJ pies, on na mnie POLEGA, i NIGDY ale to NIGDY nie oddam go NIKOMU i NIGDZIE tak samo jak nie oddałabym dziecka z powrotem do domu dziecka. Tak robią tylko egoiści bez serca"  po czym odłożyłam słuchawkę. I wtedy zorientowałam się, że siedzę na posłaniu Walusia i przytulam go mocno do siebie po raz pierwszy odkąd się u nas pojawił. Wszystko odeszło. Wszystkie złe myśli, cała niechęć. Z każdym słowem, które wypowiadałam to znikało coraz szybciej. Poryczałam się nad swoją głupotą i tym, że mogłam się tak zachowywać wobec mojego psa przez tyle dni.. Od tej rozmowy wszystko było jak dawniej. Każdego dnia wracałam do domu po pracy, żeby jak najszybciej wyjść z nim na spacer, bawić się, szkolić go i pękać z dumy nad jego kolejnymi postępami. To był pies ideał. Każdy mówi tak o swoim psie ale Waluś był wspaniały. Nasza behawiorystka nie znajdowała słów, żeby go chwalić na każdym spotkaniu, mówił, że miała już do czynienia z setkami psów ale Waluś bił na głowę resztę psów swoją inteligencją, sprytem i zdolnością podpatrywania (w końcu sam sobie otwierał boks w schronisku a w domu lodówkę, drzwi i uwaga.. okna!!). Był przewspaniałym psem. W lutym mój T. poważnie zachorował. Musiałam wziąć półtora tygodnia wolnego w pracy by być z nim każdego dnia 24 godziny na dobę. Nie jadłam, schudłam z nerwów 7 kilo w tydzień, nie rozmawiałam z nikim innym prócz T. i nie wychodziłam z domu.. Waluś był w tym czasie fenomenalnym psem. Czuł, że coś jest nie tak i starał się jak tylko mógł, na swój psi sposób pomóc. Co chwilę przynosił zabawki, domagał się uwagi, zaczepiał, zaglądał w oczy.. Gdy T. był zdrowy Waluś nie robił tego w taki sposób.. Wieczorami zamykałam się w łazience i wyłam w poduszkę z bezsilności, że nie mogę pomóc mojemu T. i również dlatego, że zachowanie mojego  psa, jego rozpaczliwe próby psiej pomocy po prostu mnie rozwalały doszczętnie.. A potem był wyrok.. Spuchnięte węzły chłonne i głos naszego weta w słuchawce "Ala, przykro mi ale to chłoniak..". Płakaliśmy oboje. Z bezsilności, wściekłości, bólu i żalu.. Czy to jakaś pierdolona klątwa, że KAŻDY pies, którego przygarniamy przeżywa u nas kilka miesięcy?? Szila była bardzo chora, to wiadomo. Hans był po prostu stary ale 12 lat jak na psa to nie aż tak bardzo dużo.. Ale Waluś? 6 latek? Skąd mogliśmy wiedzieć.. Dziś żałuję, że tyle czasu czekaliśmy z przygarnięciem go..
4 września w pracy odebrałam telefon od T. "Waluś wyraźnie gorzej się czuje, jest słaby, nie chce jeść.. Przyjedź, to chyba już..". Wet potwierdził nasze obawy. Waluś odszedł na naszych kolanach, tulony i chwalony za wszystko.. Za całe jego życie.. Za to co dla nas zrobił. Za to, że był, że nas tyle nauczył. za to, że był Walusiem..
Po wyjściu z lecznicy, ze smyczą w dłoni, czuliśmy, że świat się dla nas zatrzymał. W głowach huczał tylko wodospad myśli, bólu i smutku. Rozglądałam się dookoła nie wiedząc co się wokół mnie dzieje. Oczekiwałam, że skoro nasz świat stanął w miejscu to reszta też stoi.. Patrzyłam z niedowierzaniem jak ludzie mijają nas stojących na ulicy, jak spieszą się gdzieś, rozmawiają przez telefony.. Oczekiwałam, że każdy kto gdzieś biegł zwolni, dzieci przestaną biegać i śmiać się tylko w zadumie będą spacerować z rękoma założonymi za plecami. Że śmiechy ustaną na chwilę. Że świat zatrzyma się na chwilę razem z nami. Ale tak się nie stało.. Nie pamiętam drogi do domu. Jak przez mgłę pamiętam tylko, że leżąc na kanapie kurczowo ściskałam jego szelki i smycz i wyłam z tęsknoty...
Tęsknota nie minęła. Każdego dnia tęsknię za nim i wspominam jak wspaniałym psem był. Nauczył nas tylu rzeczy. Cierpliwości, sumienności, jeszcze większej empatii, uwagi a także tego, że każdy pies, przez całe nasze życie będzie nas uczył czego nowego.. Był wspaniałym psem. Naszym najlepszym przyjacielem. Wspominam każdy dzień z nim spędzony i żałuję, że tyle musiał na nas czekać. Gdybym mogła cofnąć czas, wzięlibyśmy go wcześniej. Ale cieszę się też z tego co przeżyliśmy mimo tak krótkiego czasu razem..
Kochaliśmy go. I nadal kochamy..








sobota, 20 września 2014

Domowe masło orzechowe.

Zbierałam się do jego produkcji chyba z pół roku. Naczytałam się jak to strasznie trudno je zrobić, że można mikser spalić, że trwa to nawet do kilkudziesięciu minut, że trzeba robić co chwilę przerwy.. I jak tu się nie zrazić. Ale pewnego dnia paczka orzechów w Biedrze praktycznie sama wpadła mi do koszyka i nie było już odwrotu. Z drżącym sercem podeszłam do miksera i wsypałam orzechy do kielicha. Wcisnęłam "Start" i... okazało się, że mam najlepszy brendel na świecie. Gładkie, aksamitne masło ukręcił w trakcie jednej, trwającej 5 minut sesji!! Byłam w szoku.




Po wyprodukowaniu swojego, domowego masła orzechowego nic już nie przekona Was do kupna gotowego. Nic też nie przemawia na korzyść tych sklepowych. Wasze domowe masło nie zawiera cukru (o ile go sami nie dodacie), nie zawiera dodatku oleju palmowego co czasami się zdarza w masłach kupnych, ma rewelacyjny, niepowtarzalny smak (całkiem inny niż ten, który znacie ze sklepowej półki) no i przede wszystkim CENA!! Za pół kilo masła zapłacicie tylko ile za pół kilo orzeszków!! Dajcie mi masło orzechowe w takiej cenie ;) Więc oficjalnie ogłaszam, że już nigdy nie kupię gotowego masła orzechowego. Bo po co skoro tyle frajdy jest z robienia własnego? ;)

Można też wyjadać ze słoika palcem jak normalny, cywilizowany łasuch.


W wykonaniu masła orzechowego nie tkwi żadna filozofia. Trafiłam na wiele przepisów, które nakazują dodać do miksowanej masy wody albo nawet oleju.. Nie wiem po co skoro orzechy i tak same w sobie są już bardzo tłuste a dodanie oleju chyba popsułoby smak. Inni sugerują bo do masy dodać sól lub cukier. Ja nie dodaję nic i też jest pysznie :) Tak więc kupujcie niesolone orzechy i kręćcie z nich nieograniczone ilości pysznego, aksamitnego masła orzechowego :)


Moja ulubione kompozycja. Przebija nawet banany położone na kanapce.

niedziela, 14 września 2014

04.09.2014r nasz Świat zatrzymał się po raz kolejny.

Tego dnia odszedł nasz kochany Waluś.. Nadal ciężko mi w to uwierzyć, nadal ciągle jakoś do końca nie wierzę.. Pies, który nauczył nas przeogromnej pokory, cierpliwości, nauczył nas zupełnie innego patrzenia na psa, zmienił nasze życie w sposób niewypowiedzianie ogromny. Dzięki Walusiowi podjęłam decyzję i rozpoczęciu kursu zoopsychologa i trenera psów.. Nigdy, przenigdy nie zapomnę tego co dla nas zrobił i czego nas nauczył.. Chcę poświęcić mu osobną, długą notę. Muszę tylko pozbierać myśli. A to boli. Dajcie mi proszę odrobinę czasu.
Biegaj za Tęczowym Mostem miśku.. Kiedyś jeszcze przyjdzie czas by wytarmosić ci uszy..



sobota, 9 sierpnia 2014

Niosę pomoc w upałach :)

Hej :)

Skwar leje się z nieba, człowiek siedzi przy kompie, wiatrak działa na pełnych obrotach a ja się pocę.. Nawet pies niechętnie wychodzi na spacer. U was tak samo? Jeśli tak samo to polecam gorąco najpyszniejsze lody jakie udało mi się znaleźć na innych vegan blogach. Pochodzą z bloga MniMniu i są najpyszniejszymi lodami jakie jadłam w życiu. Są lepsze niż niewegańskie mleczne lody, których smak pamiętam do dziś jakbym je jadła wczoraj. Ale teraz nie warto o nich pamiętać bo te są LEPSZE :D Przepis jest banalnie prosty i nie trzeba ich mieszać co godzinę (ja moje zamieszałam może ze 3 razy i to nieregularnie).

Składniki:

  • 2 puszki mleka kokosowego "odstanego" w lodówce co najmniej 4 dni
  • 3 tabliczki gorzkiej czekolady
  • 1 szklanka mleka czekoladowego z Biedry (można zwykłe też użyć) + 5 łyżek dodatkowych
  • 1 szklanka cukru
  • łyżka wódki

Pudełko na lody wstawiamy do zamrażalnika. W wodnej kąpieli rozpuszczamy pokruszoną czekoladę. Gdy będzie płynna dodajemy 5 łyżek mleka i wsypujemy do garnka szklankę cukru i odstawiamy z ognia. Mieszamy. Wyjdzie z tego taka ciastowata masa absolutnie nie lejąca. Odstawiamy ją do przestygnięcia a w międzyczasie do garnka przekładamy stałą część śmietanki kokosowej. Ubijamy mikserem około 5 minut. Przynosimy naszą czekoladową masę i miksując śmietankę dodajemy do niej czekoladę. Wyjdzie gęsta, czekoladowa, lejąca się masa. Teraz za pomocą miksera ubijamy szklankę mleka, którą przygotowaliśmy i (najlepiej z pomocą innej osoby) wlewamy do ubijanego mleka czekoladowo- kokosową masę oraz łyzkę stołową wódki. Miksujemy jeszcze parę minut i... koniec :) Przelewamy masę do pudełka i po około 6 godzinach cieszymy się niesamowicie kremowymi i naprawdę OBŁĘDNIE przepysznymi lodami :) Są kremowe, mięciutkie i taaaakie słodkie :)






I tak na szybko jeszcze tylko przepis ma cudnie słodkie mleczne ciasto z wykorzystaniem malin, które są bardzo zdrowe i warto je jeść mimo, że mały koszyczek potrafi kosztować 6 zł :(

Składniki:

  • 800 mililitrów mleka waniliowego + 3 łyżki dodatkowo do polewy
  • 2 budynie waniliowe
  • 2 tabliczki gorzkiej czekolady na polewę
  • dowolne owoce do dekoracji
Na ciasto:
  • 2 szklanki mąki
  • pół szklanki oleju
  • pół szklanki letniej wody
  • pół szklanki cukru
  • łyżka proszku do pieczenia

Składniki na ciasto połączyć i dokładnie zmiksować. Wylać do foremki i piec w 200 stopniach około 20 minut. Mleko na masę budyniową zagotować (odlać 3/4 szklanki, w której rozrobimy proszek budyniowy) i wlać rozrobiony proszek budyniowy. Dogotować na małym ogniu do konsystencji gęęęęstego budyniu :) wlać na ciastowy spód i poczekać aż ostygnie i zetnie się. w wodnej kąpieli rozpuścić połamane czekolady i dodać 3 łyżki mleka. Gdy polewa będzie lejąca wylać ją na masę budyniową i udekorować dowolnymi owocami. Ciężko opisać ten rewelacyjny smak, tego trzeba spróbować.


Masa budyniowa już wylana i podźgana przez T. widelcem z nudów :)










A tak na szybko co u mnie: zmieniam swoje życie ale o tym napiszę w następnej notce. Obecnie wydaję pierdyliardy złotych na książki do szkoły, którą zaczynam za równiutki miesiąc od dziś :) Jestem mega podekscytowana i szczęśliwa, że w końcu zacznę robić i uczyć się tego co naprawdę kocham i co mnie interesuje i z czym chcę związać swoją przyszłość. Zdobywanie wiedzy o behawioryzmie zwierząt daje mi wielką frajdę i nigdy nie mam jej dosyć :) Planuję niedługo nowy tatuaż z moją bajkową imienniczką ale troszkę demoniczną i na pewno bardzo seksowną :) No cóż.. Lato, człowiekowi aż chce się zmieniać wszystko dookoła :)
I kilka zdjęć, które chcę Wam pokazać :)





piątek, 11 lipca 2014

Bób i kilka innych zdjęć.

Czołem!!
Dziś bez zbędnego gadania.
Nadszedł wyczekiwany czas bobu za 6 zł za kilogram :) Kupuję często i robię różne pasty, sosy albo po prostu obiady z bobem jako gwiazdą dnia. Ostatnio wpadł mi w łapy super przepis na bobik z okrasą. Trafiłam na jego niewegańską wersję w jeden z gazet kulinarnych i postanowiłam nieco pokombinować. Jedzony ze świeżym, chrupiącym chlebem jest po prostu obłędny. Potrzebujemy tak niewiele by cieszyć się pysznym obiadem.

Składniki:


  • 1 kilogram bobu
  • olej
  • 1 duża cebula
  • 4- 6 ząbków czosnku (w zależności jak czosnkowe potrawy lubicie- ja daję 6 ząbków)
  • pęczek świeżego koperku
  • szczypta ostrej, mielonej papryki (ja nie dodawałam)
  • sól do smaku


W garnku doprowadzamy do wrzenia osoloną wodę. Do wrzątku wrzucamy bobik i czekamy aż ponownie się zagotuje. Od tego czasu odmierzamy maksymalnie 5 minut i odlewamy bób oraz przelewamy do zimną wodą. Tak ugotowany bób idealne łatwo obiera się z łupinek (co robimy od razu jak tylko bobik ciut przestygnie), ma cudowny, intensywny zielony kolor i cudowny smak. To dla mnie totalna nowość bo u mnie w domu mama zawsze gotowała bób prawie godzinę a wtedy stawał się on mazisty i mączny w smaku. Teraz będę przygotowywac bób tylko tak :) 
Czas na sos.  
Cebulę drobniutko siekamy, koperek również, czosnek przeciskamy przez praskę i lekko solimy. Na oleju podsmażamy najpierw cebulkę do zeszklenia a potem dodajemy czosnek i smażymy jeszcze około 4 minuty. Zdejmujemy z gazu i mieszamy z posiekanym koperkiem.
Gotową okrasą polewamy wyłuskany bób i zajadamy ze świeżym chlebkiem.



Wybaczcie ta wyszczerbioną miskę albo to moja ulubiona miska w ludowe wzory, TEN typ naczynie, które przechodzi z pokolenia na pokolenie ;)

A tu kilka zdjęć losowo wybranych z folderu ze zdjęciami:

Wieża widokowa 250 metrów n.p.m. Widok nieziemski.


Ślimak, ślimak...


That's right.





Lion of Zion na jednym z gdańskich murków :)


Kartka na klatce schodowej w jednym z bloków, Bardzo PRL'owska :)


Nasza ulubiona krówka z sąsiedztwa, którą mój T. nazwał Marceliną i pod wpływem której
 zapadła decyzja, że posiadając własny dom będziemy mieli krowę ;)


Takie widoki u mnie praktycznie za oknem :)


I takie też.

środa, 4 czerwca 2014

Kilka zdjęć i garść nowości :) Fan Page also.

Czeeeeść :)
Jestem strasznie podekscytowana i szczęśliwa, mam ochotę śpiewać i tańczyć :) :) :) Ale po kolei. Najpierw informacje praktyczne: po wielu tygodniach rozważania "za i przeciw" postanowiłam założyć Fan Page'a tego bloga na Facebooku. Tu piszę rzadko bo jak już siadam do notki to jest ona dłuuuuga i próbuję nadrobić to co się wydarzyło w całym tym czasie gdy nie pisałam. Na Fejsie jestem codziennie kilka razy i mogę wrzucać swoje przemyślenia i fotki na bieżąco. Stąd pomysł na Fan Page. I proszę oto on:


Na razie jestem onieśmielona ta stroną bo już sama nazwa "Fan Page" sugeruje, że prawdopodobnie mam fanów a sama ta myśl już mnie paraliżuje z powodu mojej nieśmiałości (serio, jestem totalnie nieśmiała w "realu" a fakt poznawania nowych osób mnie przeraża). Więc wybaczcie mi proszę moją nieudolność w pierwszych postach i wpisach. Z Waszą pomocą i zachętą na pewno się rozkręcę :)
Teraz pozwólcie, że odkopię się ze zdjęć, które zalegają miesiącami w moim telefonie. Na zasadzie zdjęcie- króciutki komentarz. 

Sałatka do pracy: garść makaronu, ogórek, pomidor, oliwki, papryka
i łyżka sojonezu. Wybaczcie zupełny brak estetyki zdjęcia.


Kalafior w cieście curry. Kolejny obiad do pracy.



Kalafior w cieście ze zdjęcia  powyżej z ryżem i groszkiem.
Ryż przyprawiony łyżką oleju, ostrą papryką, czosnkiem
i dhal masalą.


Umieram ze wstydu patrząc na jakość tych zdjęć ;) Sałatka
do pracy: sałata zielona, pomidor, oliwki, kukurydza, papryka
i ogórek. do tego świeża, pełnoziarnista bułka.


Wyczekane i ukochane :)


Treat yourself. A co ;)



Uuuffff pokazałam w końcu najgorsze zdjęcia, których wrzucenie tu odpychałam od siebie miesiącami a zalegały w blogowym folderze ;) Swoiste katharsis ;)

A teraz proszę o werble bo chcę obwieścić coś co wprawia mnie w ten stan totalnej euforii z początku wpisu. Dziś rano oficjalnie zostałam wpisana na listę uczniów kursu na Zoopsychologa oraz (szczerze nienawidzę słowa, które zaraz nastąpi) Tresera Psów!!! Aby zapisać się na ten kurs wzięłam kredyt ale w końcu zaczynam realizować swoje marzenia!! :) Po rocznym kursie uzyskam dyplom wydany przez MEN (!!) i będę mogła oficjalnie i z dyplomem wykonywać pracę behawiorysty i otworzyć własną szkołę tresury psów. Z tym, że na pewno nie będzie się ona nazywać "Szkołą Tresury" bo kojarzy mi się to nieodzownie z batem i cyrkiem więc będę musiała wymyślić coś innego co umieszczę na wizytówkach i plakatach :) A jak tylko spłacę ten kredyt (czyli za 3 lata) to natychmiast biorę kolejny i w tej samej szkole zaczynam kurs Zoofizjoterapeuty. To jest tak niesamowite uczucie- że praktycznie czujesz, że masz swoje marzenia na wyciągnięcie reki. Że w końcu masz szansę robić coś co naprawdę kochasz i chcesz robić :) Trochę mnie przeraża wizja związania się wielkim kredytem z bankiem bo zawsze strasznie bałam się kredytów ale co zrobić? Myśl o uwiązaniu sobie kamienia- kredytu na szyi jest spychana przez myśl, że będę mogła naprawiać skrzywdzone przez ludzi psiaki i koty :) 
To myśl dla której warto żyć :)

P.S. Jak zmiany to zmian- szablon bloga od dziś też mamy inny :)

sobota, 17 maja 2014

Krótko. Wegańska Wielkanoc. Żurek i babka drożdżowa.

Hej..
Dziś notka będzie krótka i na temat. Nie ma ani siły ani nastroju, żeby się rozpisywać o czymkolwiek. Uspokajam- Waluś żyje i czuje się dobrze jak śmiertelną chorobę. Akurat mój zły humor spowodowany jest czym innym. Ale do rzeczy. Wielkanoc już dawno za nami. W tym roku po raz pierwszy w życiu przygotowałam żurek i upiekłam pierwszą w życiu babkę drożdżową. Babka w mojej rodzinie to synonim dobrej gospodyni. Pamiętam, że co roku moja mama, babcia  i ciocia piekły babki drożdżowe na święta. I tylko babci i mamie wychodziły one a ciotka zawsze wyprodukowała zakalec lub babka była surowa w środku. Raz jednak udało się ciotce zrobić idealną babkę, wspaniałą, puszystą i wysoką. Jednak gdy przenosiła ją z talerza na paterę by polukrować ciasto babka spadła na podłogę i nic z niej nie zostało. Więc szczególnie się cieszyłam gdy moja baba okazała się ciastem wręcz idealnym.




BTW- moja ciotka jest tak kulinarnie zwyrodniała, że wiecie jak je babkę drożdżową??? Odkraja kawałek i z namaszczeniem smaruje babkę grubą warstwą... majonezu (tak, dobrze czytacie) i potem kładzie na to plaster lub dwa szynki.. Kiedyś jak byłam mała i jadłam mięso dałam się namówić na spróbowanie tego sposobu. Po pierwszy kęsie pobiegłam do łazienki umyć zęby dwa razy a ten paskudny smak prześladował mnie do końca świąt.
Co do przepisu na babkę posłużyłam się tym z biuletynu kulinarnego Jak One to znoszą?? wydanego w ramach kampanii Otwarte Klatki. Naprawdę polecam ten biuletyn- duuużo ciekawych przepisów. Stamtąd też jest moja babka. 
Natomiast żur zrobiłam opierając się na przepisie najpyszniejszej zupy mojej mamy. Niestety napakowanej mięsem, jajkami i śmietaną ale udało mi się zrobić zupę niezwykle podobną w smaku. Zaniosłam słoik moim rodzicom na święta i byli zachwyceni tym jak doskonale można podrobić smak mięsa wegańskimi zamiennikami. Tak więc żur wyglądał następująco (nie robiłam sama zakwasu, posłużyłam się kupnym):

  • ugotowałam 4 litry rosołu warzywnego
  • do tego dolałam 2 butelki zakwasu na żur (jedna butelka na 2- 2,5 litra wywaru)
  • dolałam około 400 ml mleka sojowego
  • pokroiłam 6 dużych marchewek ugotowanych w rosole
  • dodałam paczkę podgotowanych i trochę podsmażonych białych kiełbas sojowych Polsoja
  • wrzuciłam drobno posiekaną kostkę tofu wędzonego podsmażonego na chrupko na odrobinie oleju
  • do gara trafił też kilogram pokrojonych w kostkę i ugotowanych osobno ziemniaków
  • wsypałam duuuuuuużo majeranku
  • duuuuuużo zgniecionego czosnku
  • cukier (bo mój żur wyszedł bardzo kwaśny)
  • sól
  • świeżo zmielony pieprz

 



Zupa mistrz. Fakt faktem, że trochę drogo wyszło przygotowanie jej z tylu składników ale w końcu święta. 
Na święta kot również postanowił zrobić mi prezent i udawał psa. Kot niestety nie mój. Sąsiadów, którzy się nim za bardzo nie zajmują. A szkoda bo kot jest przemistrz.