sobota, 12 kwietnia 2014

Wiosenne śniadanie.

Hej :)
Powinnam pisać tu zdecydowanie częściej bo jeden post na miesiąc to o wiele za mało. Ale niestety ostatnio nie mam kompletnie czasu na gotowanie i sił też brak :( Może to się niedługo zmieni ale na razie nie będę zapeszać.
U nas względnie w porządku- pies czuje się dobrze. Nawet za dobrze- ostatnio gdy wyszliśmy z domu na fajkę (nie było nas około 3 minuty) otworzył lodówkę i zeżarł CAŁY ponad kilogramowy tort naleśnikowy, który zrobiłam dla mojego ukochanego z okazji naszej 5 rocznicy... To był pierwszy tort jaki zrobiłam w moim życiu, byłam z niego tak dumna, że nawet sobie nie wyobrażacie. W następnym poście wrzucę przepis na tort i pokażę Wam jak wyglądał i co z niego zostało..
A tort jak już wspomniałam był naleśnikowy bo ostatnio mamy jazdę na naleśniki w różnych wersjach na śniadanie. To zawsze jakaś odmiana od nudnych kanapek lub grzanek. Naleśniki robi się naprawdę szybko, wychodzą pyszne, zwarte i baaaaaaardzo zapychające. A składniki na nie pewnie każdy ma zawsze na podorędziu bo są naprawdę podstawowe :) Przepis zgapiłam z bloga Roślinożerki i bardzo żałuję, że przestała go już prowadzić :( A pancakesy robimy tak:

Składniki:


  • 2 dojrzałe banany
  • 2 szklanki mąki
  • szklanka mleka sojowego (ja ostatnio robię z czekoladowym z Biedry)
  • 1 łyżeczka sody
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 2 łyżki cukru (ja dałam brązowy) lub dowolnego słodu
  • odrobina soli


Banany miksujemy w blenderze. Do 2 szklanek mąki dodajemy zgniecione banany, mleko sojowe, soję, proszek do pieczenia, cukier i szczyptę soli. Ciasto mieszamy (u mnie mikser nie dał rady, mieszałam drewnianą łyżką), powinno być mocno gęste. Smażymy naleśniki na patelni przetartej ręcznikiem papierowym z odrobiną oleju.



Od razu dzień staje się lepszy a po takim sutym śniadaniu (z podanych proporcji wychodzi 8 naleśników, ja na śniadanie nie jestem w stanie zjeść więcej niż 3 na raz).




Cudnie smakują zarówno z dżemem jaki i z bitą śmietaną kokosową i kremem czekoladowym albo po prostu ze świeżymi owocami. Są naprawdę boskie i przepyszne :)




I jeszcze tylko wspomnę o promocji dla ludzi z Trójmiasta- w Rivierze Bio Way przekształcił się w bar z jedzeniem na wagę. Zrobili też promocję- każde 100 gramów jedzenia kosztuje tylko 1,99 zł. Wczoraj poszliśmy z ukochanym na późny obiad i w końcu mogłam spróbować po kawałku z każdego dania, którego normalnie nie zamawiałam bo było za drogie. Mój talerz wyglądał tak:





Znalazły się na nim: sznycle wegańskie, duża łycha surówki szwedzkiej (mojej ulubionej), kotlecik sojowy, 2 placki ziemniaczane Rosti i ryż z sosem pomidorowym. Wszystko było prze- pysz- ne. Za ten talerz zapłaciłam 8,50 zł i najadłam się naprawdę. Mój ukochany, który jeszcze jest wegetarianinem (coś tam coraz częściej przebąkuje o weganizmie ale nie będę go cisnąć- sam podejmie tą decyzję jak będzie gotowy) wybrał swój talerz, za który zapłacił 11 zł:



Widzicie na nim surówkę szwedzką, sałatkę grecką z oliwkami i fetą (chyba? nie pytałam czy to feta czy tofu), opiekane ziemniaczki z ziołami i kulinarna miłość mojego T. czyli naleśnik ze szpinakiem. Pamiętam, że kiedyś dostaliśmy do wypełnienia ankietę w Bio Wayu i jedynym zdaniem jakie T. wpisał w "dodatkowych uwagach" było: "Naleśnik ze szpinakiem jest wyborny" :D 
A ja nadal nie umiem smażyć "zwykłych" naleśników :( Tylko pancakesy mi się udają :)
Miłego dnia Wam życzę moje kochane lewaki i reszto czytelników ;)