sobota, 25 października 2014

Ostatnie pożegnanie naszego kochanego przyjaciela...

Długo, oj długo zbierałam się do napisania tego posta. Potrzebowałam na to ponad miesiąc. Wiedziałam, że jak zacznę pisać to skończę wciśnięta w kanapę zaryczana i zasmarkana.. Pewnie tak będzie ale z drugiej strony chcę to wyrzucić z siebie.. Wiem, że ten wpis będzie bardzo długi ale proszę, przeczytajcie go..

4 września pożegnaliśmy naszego ukochanego Walusia. Spędził z nami niecały rok. Najdłużej z naszych trzech psów. Niby to tylko 10 miesięcy. Nigdy jednak nie zapomnę tych 10 miesięcy gdy był z nami każdego dnia. W marcu 2012 roku przywieziono go do schroniska. Został zabrany od poprzedniego "opiekuna" alkoholika, który nie opiekował się nim wcale. W schronisku określono go jako "niepewnego" i powiedziano, żeby "lepiej uważać". Jego dzika agresja wobec innych psów dodatkowo utrudniała wychodzenie na spacery i próby socjalizacji. Mój T. pracował wtedy jeszcze w schronisku i sam do końca nie był w stanie określić co w tym psie siedzi. Jak dziś pamiętam swój pierwszy spacer z nim. Waluś nie był w ogóle zainteresowany kontaktem ze mną i tylko łypał na mnie w taki dziwny sposób jak coś do niego mówiłam. Jednocześnie gdy szliśmy gęsiego po lesie: T. z Walusiem i ja na końcu- on co kilka metrów przystawał i odwracał się do mnie. Czekał aż dołączę do grupki i wtedy dopiero ruszał. Co tydzień, weekend stawiliśmy się w schronie by wziąć go na długi spacer. Dodatkowo w tygodniu T. gdy był w pracy dbał o to, żeby Waluś był wyprowadzony na wybieg albo spacer. Coraz pewniej czuliśmy się w kontaktach z nim, coraz bardziej on cieszył się na nasz widok. Ogłaszaliśmy go na forach i grupach i.. nic. Co kilka miesięcy odzywał się telefon i ktoś po drugiej stronie kabla oznajmiał, że szuka właśnie takiego psa, bo ma być agresywny, ma wzbudzać respekt, ma być na łańcuchu i pilnować gospodarstwa... I po każdej takiej rozmowie zakończonej moją odmową czułam coś na kształt ulgi, że znowu nikt nam go nie zabierze.. Pamiętam jak po śmierci Hansa gdy już postanowiliśmy, że możemy mieć kolejnego psa co jakiś czas, któreś z nas rzucało żartem: "Ty, a może weźmiemy Walusia?" po czym patrzyliśmy się na siebie i śmialiśmy się. No gdzie pies z TAKIMI problemami behawioralnymi, z agresją do wszystkiego co się rusza, wymagający takiego nakładu pracy, szkolenia, a weź w ogóle nawet nie sugeruj tego.. Minęło kilka kolejnych tygodni i postanowiliśmy zacząć go szkolić bo wyszkolony pies szybciej znajdzie dom. I już po kilku treningach wiedzieliśmy, że ten pies nigdy nie pójdzie do nikogo innego niż do nas. To po prostu musiało się tak potoczyć. Byliśmy w schronisku codziennie, spędzając godziny w jego boksie, szkoląc go i przytulając się z nim, siedząc z nim na kolanach (z rottweilerem da się, naprawdę!!) i godzinami głaszcząc go. Po 5 miesiącach, po szkoleniu weszliśmy do biura i padło to długo wyczekiwane "To co? Macie przygotowaną umowę adopcyjną?". W noc poprzedzającą to szkolenie nie mogłam spać z podekscytowania. Czekaliśmy to przecież tyle miesięcy. I nagle.. Wszystko pękło.. Po przekroczeniu z Walusiem progu domu coś się we mnie zmieniło. Do dziś nie jestem w stanie wytłumaczyć co się ze mną stało. Moja przyjaciółka śmieje się, że miałam depresję poporodową. Cokolwiek to było nagle przestałam chcieć go u nas w domu.. Nie wiedzieć czemu zaczęłam się go bać. Miałam czarne myśli "boże co myśmy zrobili, wzięliśmy taki obowiązek na głowę, jak my sobie poradzimy przez następne X lat, przecież.. przecież..". Wszystko przy nim przez około 10 dni robił mój T. Ja nie chciałam wychodzić z nim na spacer, nie chciałam go karmić, szkolić go, nie miałam w ogóle ochoty nic z nim robić, chodziłam i płakałam, że chyba przeceniliśmy nasze możliwości.. A przecież od 5 miesięcy przygotowywaliśmy się do jego adopcji!! Przecież nie mogłam się doczekać dnia aż w końcu będzie nasz, u nas, z nami.. To nie była decyzja podjęta w chwilę. Specjalnie daliśmy sobie kilka miesięcy by NA PEWNO była to świadoma, przemyślana decyzja. Wiedziałam przecież, że bierzemy psa z bagażem złych doświadczeń, psa potencjalnie agresywnego, który nigdy nie będzie mógł wejść w kontakt z innymi psami bo je po prostu zagryzie.. A mimo to nagle coś we mnie strzeliło. I wtedy pewnego dnia zadzwoniła do mnie moja ciotka bo mama opowiedziała jej o moim dziwnym stanie. Ciocia, zaznaczę bo to ważne, nie lubiąca zwierząt, twierdząca, że zwierzęta śmierdzą tylko i brudzą i ogólnie nie pasują do jej skórzanych kanap i marmurowych posadzek bo kłaki widać i w ogóle.. Macie ją już przed oczami? No i zadzwoniła do mnie ciotka z pytaniem "Alu ale czemu Ty tego psa nie oddasz z powrotem do schroniska??". Dosłownie mnie zatkało. Odpowiedziałam, że psy są jak małe dzieci i NIGDY nie wolno oddawać psów ani dzieci jak je się już raz przygarnęło i nie oddam Walusia bo on mi ufa i polega na mnie. Na to ciocia protekcjonalnym tonem odparła "Dziecko, dzieci do domu dziecka się tez oddaje a chyba Twoje zdrowie i komfort psychiczny są ważniejsze od jakiegoś psa. Nie ten to będzie następny". Zagotowało się we mnie i artykułując każde słowo niezwykle wyraźnie i dobitnie wycedziłam "Ciociu to jest MÓJ pies, on na mnie POLEGA, i NIGDY ale to NIGDY nie oddam go NIKOMU i NIGDZIE tak samo jak nie oddałabym dziecka z powrotem do domu dziecka. Tak robią tylko egoiści bez serca"  po czym odłożyłam słuchawkę. I wtedy zorientowałam się, że siedzę na posłaniu Walusia i przytulam go mocno do siebie po raz pierwszy odkąd się u nas pojawił. Wszystko odeszło. Wszystkie złe myśli, cała niechęć. Z każdym słowem, które wypowiadałam to znikało coraz szybciej. Poryczałam się nad swoją głupotą i tym, że mogłam się tak zachowywać wobec mojego psa przez tyle dni.. Od tej rozmowy wszystko było jak dawniej. Każdego dnia wracałam do domu po pracy, żeby jak najszybciej wyjść z nim na spacer, bawić się, szkolić go i pękać z dumy nad jego kolejnymi postępami. To był pies ideał. Każdy mówi tak o swoim psie ale Waluś był wspaniały. Nasza behawiorystka nie znajdowała słów, żeby go chwalić na każdym spotkaniu, mówił, że miała już do czynienia z setkami psów ale Waluś bił na głowę resztę psów swoją inteligencją, sprytem i zdolnością podpatrywania (w końcu sam sobie otwierał boks w schronisku a w domu lodówkę, drzwi i uwaga.. okna!!). Był przewspaniałym psem. W lutym mój T. poważnie zachorował. Musiałam wziąć półtora tygodnia wolnego w pracy by być z nim każdego dnia 24 godziny na dobę. Nie jadłam, schudłam z nerwów 7 kilo w tydzień, nie rozmawiałam z nikim innym prócz T. i nie wychodziłam z domu.. Waluś był w tym czasie fenomenalnym psem. Czuł, że coś jest nie tak i starał się jak tylko mógł, na swój psi sposób pomóc. Co chwilę przynosił zabawki, domagał się uwagi, zaczepiał, zaglądał w oczy.. Gdy T. był zdrowy Waluś nie robił tego w taki sposób.. Wieczorami zamykałam się w łazience i wyłam w poduszkę z bezsilności, że nie mogę pomóc mojemu T. i również dlatego, że zachowanie mojego  psa, jego rozpaczliwe próby psiej pomocy po prostu mnie rozwalały doszczętnie.. A potem był wyrok.. Spuchnięte węzły chłonne i głos naszego weta w słuchawce "Ala, przykro mi ale to chłoniak..". Płakaliśmy oboje. Z bezsilności, wściekłości, bólu i żalu.. Czy to jakaś pierdolona klątwa, że KAŻDY pies, którego przygarniamy przeżywa u nas kilka miesięcy?? Szila była bardzo chora, to wiadomo. Hans był po prostu stary ale 12 lat jak na psa to nie aż tak bardzo dużo.. Ale Waluś? 6 latek? Skąd mogliśmy wiedzieć.. Dziś żałuję, że tyle czasu czekaliśmy z przygarnięciem go..
4 września w pracy odebrałam telefon od T. "Waluś wyraźnie gorzej się czuje, jest słaby, nie chce jeść.. Przyjedź, to chyba już..". Wet potwierdził nasze obawy. Waluś odszedł na naszych kolanach, tulony i chwalony za wszystko.. Za całe jego życie.. Za to co dla nas zrobił. Za to, że był, że nas tyle nauczył. za to, że był Walusiem..
Po wyjściu z lecznicy, ze smyczą w dłoni, czuliśmy, że świat się dla nas zatrzymał. W głowach huczał tylko wodospad myśli, bólu i smutku. Rozglądałam się dookoła nie wiedząc co się wokół mnie dzieje. Oczekiwałam, że skoro nasz świat stanął w miejscu to reszta też stoi.. Patrzyłam z niedowierzaniem jak ludzie mijają nas stojących na ulicy, jak spieszą się gdzieś, rozmawiają przez telefony.. Oczekiwałam, że każdy kto gdzieś biegł zwolni, dzieci przestaną biegać i śmiać się tylko w zadumie będą spacerować z rękoma założonymi za plecami. Że śmiechy ustaną na chwilę. Że świat zatrzyma się na chwilę razem z nami. Ale tak się nie stało.. Nie pamiętam drogi do domu. Jak przez mgłę pamiętam tylko, że leżąc na kanapie kurczowo ściskałam jego szelki i smycz i wyłam z tęsknoty...
Tęsknota nie minęła. Każdego dnia tęsknię za nim i wspominam jak wspaniałym psem był. Nauczył nas tylu rzeczy. Cierpliwości, sumienności, jeszcze większej empatii, uwagi a także tego, że każdy pies, przez całe nasze życie będzie nas uczył czego nowego.. Był wspaniałym psem. Naszym najlepszym przyjacielem. Wspominam każdy dzień z nim spędzony i żałuję, że tyle musiał na nas czekać. Gdybym mogła cofnąć czas, wzięlibyśmy go wcześniej. Ale cieszę się też z tego co przeżyliśmy mimo tak krótkiego czasu razem..
Kochaliśmy go. I nadal kochamy..



WALUŚ pożegnanie