wtorek, 15 grudnia 2015

Przepyszna, rozgrzewająca zupa gulaszowa z kluseczkami.

Witajcie kochani :)
Pogoda robi się coraz bardziej zimowa, za kilkanaście dni skończy się 2015 rok. Dla mnie grudzień jest zawsze miesiącem przemyśleń i podsumowań. Najczęściej niezbyt wesołych bo dochodzę do wniosku, że przebimbałam kolejny rok swojego życia i nadal nic konstruktywnego z nim nie zrobiłam. Ale tym razem będzie inaczej. To był dobry rok :) Mimo wielu nieprzyjemnych sytuacji i porażek jednak tym razem zakwalifikuję 2015 rok jako dobry. Dużo dobrego się w nim wydarzyło. Najfajniejszym i najszczęśliwszym wydarzeniem było pojawienie się naszej ukochanej psicy. Ona już zmieniła moje życie na lepsze. A przed nami jeszcze tyyyyle dobrego :)


Fot. Monika Chodak Kora Photography


Być może nie zauważyliście ale dołączyłam do akcji JemyZdrowo - baner znajduje się na samej górze po prawej. Moje przepisy będą dostępne od teraz na ich stronie. 
O reszcie pozytywnych zmian w moim życiu może napiszę w następnym poście. A teraz podrzucam Wam przepis IDEALNY na tę porę roku- rozgrzewająca i sycąca, lekko pikantna i baaaaardzo pyszna zupa gulaszowa z kluseczkami. 




Składniki:

  • 3 duże pomidory
  • 1 kilogram ziemniaków
  • 2 czerwone papryki
  • pół słoiczka koncentratu pomidorowego
  • 1 łyżka pieprzu ziołowego
  • 1 łyżka czerwonej papryki
  • pół łyżeczki zmielonego kminku (można pominąć jeśli nie lubicie)
  • pół łyżeczki czarnego pieprzu
  • 1 łyżeczka soli
  • olej do podsmażenia warzyw
  • 2 litry wody
  • 12 suchych kotletów sojowych
  • 1 łyżka sosu sojowego
  • 1 łyżka majeranku
  • pół łyżeczki pieprzu do kotletów
  • 1 łyżeczka soli do kotletów
  • 2 szklanki wody
  • olej do podsmażenia kotletów
  • 3/4 szklanki mąki ziemniaczanej
  • 1/2 szklanki mąki pszennej
  • sól
  • woda

Najpierw przygotowujemy kotlety sojowe z patelni. Na rozgrzaną patelnię wlewamy 2 szklanki wody i dodajemy przyprawy wymienione w składnikach po kotletach sojowych. Do wody z przyprawami wrzucamy kotlety i gotujemy je, obracając co jakiś czas, d momentu gdy wchłoną całą wodę. Wtedy na patelnię dolewamy olej i smażymy kotlety tak by zrumieniły się z obu stron. Zdejmujemy z patelni, czekamy aż wystygną i kroimy w dużą kostkę. 
Teraz czas na zupę. Paprykę i pomidory kroimy w grubszą kostkę. Ziemniaki obieramy, kroimy w półplastry i gotujemy do miękkości. Odcedzamy i odkładamy na bok. Paprykę i pomidory podsmażamy w garnku na oleju z przyprawami przez około 5 minut. Wlewamy do tego 2 litry wody i dodajemy koncentrat pomidorowy. Dodajemy ugotowane ziemniaki i pokrojone w kostkę kotlety sojowe. 




Zabieramy się za robienie klusek. W garnku zagotowujemy osoloną wodę. Z podanych proporcji mąk, soli i wody ukręcamy bardzo gęste ciasto. Łyżką stołową nabieramy małe porcje ciasta i kładziemy na gotującą się wodę. Delikatnie mieszamy aby nie przyklejały się do dna oraz do siebie. Gotujemy około 5 minut, odceadzamy i wrzucamy do zupy. Wszystko razem gotujemy jeszcze około 5- 10 minut et voila!! Zupa gotowa. 




Zupa jest naprawdę przepyszna a jej duży talerz zjedzony razem z bułką lub pajdą chleba jest w stanie zastąpić zupę i drugie danie z uwagi na bogactwo składników i wyjątkową sytość. Dawno nie jadłam tak pysznej zupy, serio :)

Standardowo przypominam o moim drugim blogu Canis Bonus, na którym jutro pojawi się nowa notka oraz o Fejsbukowych Fan Pejdżach: Canis Bonus oraz Veganicious :)
Trzymajcie się!! 


sobota, 21 listopada 2015

Najprostsza a zarazem najpyszniejsza- tofucznica!!

Witajcie :)
Staram się teraz spinać tyłek, żeby i tu i na Psim Blogu umieszczać notki tak często, żeby każdy był usatysfakcjonowany. Zaglądajcie i komentujcie proszę na Psim Blogu i lajkujcie Fejsbukowego Fan Pejdża bo na razie pustki i lipa na drugim blogu :( A bardzo mi zależy, żeby trafił on do jak największej ilości osób.
A dziś ostatnia już recenzja BIO Tofu firmy Polsoja. I nie mogło zabraknąć wszystkim znanej ale masowo uwielbianej tofucznicy. Uwielbiam to danie, mogłabym jeść na obiad, na kolację i na śniadanie. Smakuje doskonale zarówno na zimno jak i na ciepło. Dodatki można wrzucić jak do jajecznicy- takie, które sobie wymyślicie. Spektrum możliwości jest ogromne. Tofucznica smakuje genialnie zarówno z tofu naturalnego jak i wędzonego. Do tego przepisu akurat użyłam BIO Tofu Naturalnego firmy Polsoja.




Składniki:

  • kostka BIO Tofu naturalnego firmy Polsoja
  • 1 cebula
  • olej do smażenia
  • czarna sól Kalak Namak (nadaje jajecznego smaku, jeśli nie macie użyjcie zwykłej)
  • pieprz
  • kurkuma
  • czosnek w proszku lub 1 ząbek zgniecionego na pastę czosnku świeżego

Tofu wraz z zalewą rozgniatamy widelcem albo w dłoniach na pożądane kawałki. Cebulę siekamy i podsmażamy na oleju. Dodajemy wszystkie przyprawy i chwilę smażymy. Dolewamy odrobinę oleju i wrzucamy rozgniecione tofu. Smażymy około 2 minut obtaczając tofu dokładnie w przyprawach. 
I koniec :) Przepis tak prosty jak niewegańska jajecznica.





Tofucznica jest idealna jako obiad do pracy- podgrzewasz i już. Albo jesz na zimno. I nadal jest pyszna. Można zalać keczupem i jeść z grzankami razowymi (tak jak ja) albo wydrążyć bułki i wrzucić tam tofucznicę, przykryć serem i zapiec jak tu. Możliwości jest milion. 




A wiec gotujcie, lajkujcie, komentujcie oba mojego blogi i bądźcie szczęśliwi ;) Bo jak człowiek dobrze zje to musi być szczęśliwy ;)



środa, 4 listopada 2015

Tarta z porem i ziemniakami i BIO Tofu wędzonym i kilka informacji.

Hej kochani!!
Zanim przejdziemy do przepisu mam informację :) Trochę (bardzo) się stresuję ale jednocześnie jestem bardzo podekscytowana gdyż ruszyłam z zapowiadanym od jakiegoś czasu Psim Projektem. Blog CanisBonus już istnieje. Istnieje również Fejsbukowy Fan Pejdż, który oczywiście polubiajcie tłumnie i zapraszajcie proszę znajomych. Na razie pustka na blogu i wieje nudą ale notki potem się rozkręcą, zrobią się baaaardzo ciekawe i merytoryczne.
Żeby Was zanadto nie zadręczać przejdę od razu do przepisu. To przedostatni przepis z użyciem BIO Tofu firmy Polsoja. Tym razem użyłam wędzonego BIO Tofu. Smak wędzonki idealnie pasował do tarty. Tak idealnie, że następnego dnia znowu popełniłam tę tartę ;)
Do przygotowania tej pyszności będziemy potrzebować:


  • ciasto do tarty z Waszego przepisu (przyznaję się bez bicia, że użyłam gotowego z Biedronki)
  • 1 kostka BIO Tofu wędzonego
  • 5 średnich ziemniaków
  • 2 pory (tylko białe części)
  • 3/4 szklanki sojonezu
  • sól
  • pieprz
  • tymianek
  • czosnek



Formę do tarty wykładamy ciastem (pójdę do piekła za tego gotowca) i nakłuwamy je widelcem. Pora kroimy w talarki. Ziemniaki obieramy i również kroimy w plasterki (w miarę cienkie). Na patelni rozgrzewamy olej i wrzucamy ziemniaki i pora. Podsmażamy a potem zalewamy wodą i solimy. Dusimy póki ziemniaki nie będą al dente a woda całkiem nie wyparuje. Wtedy dodajemy pieprz i tymianek i przekładamy masę do garnka. BIO Tofu wędzone dokładnie ugniatamy widelcem i dodajemy do garnka z porem i ziemniakami. Zalewamy sojonezem i dokładnie Mieszamy. Powstałą masę przekładamy na ciasto, wygładzamy i wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni. Pieczemy do momentu gdy ciasto na brzegach się zarumieni. 



Tarta jest bardzo sycąca i obłędnie pyszna. Tymianek bombowo podkręca smak i świetnie komponuje się z ziemniakami. 
Z recenzji Polsoji została mi tylko jedna notka a potem czeka Was recenzja Gdańskiej Burgerowni, która niedawno znacznie poszerzyła swoją działalność :) Zaglądajcie i komentujcie. A jeśli macie psiaki to nie zapominajcie o moim drugim blogu :) 


piątek, 9 października 2015

Recenzja produktów Primavika.

Hej :)
Serdecznie Was przepraszam za tak długi milczenie. Miałam bardzo dużo na głowie, dodatkowo stresujący czas w pracy i poniekąd w domu (mój T. zmieniał pracę w dosyć ekstremalnych warunkach) a dni leciały tak szybko, że ani się obejrzałam i minęło półtora miesiąca... Mam masę zaległych recenzji i przepisów, nie wiem kiedy Wam to podrzucać i nie wiem czy Wy w ogóle jeszcze ze mną jesteście :( Bo nikt nie zostawia żadnych śladów po sobie, ostatnie notka jakby nie czytana przez nikogo... Dawajcie znać, że żyjecie, że jesteście ze mną, że czytacie co tam mam do powiedzenia i pokazania :) Dla Was to piszę, dla Was podejmuję wyzwania nowych dań i dla Was testuję produkty :) A co do testów- mam kolejne. Tym razem firma Primavika przysłała mi paczkę swoich produktów do przetestowania.




W paczce znajdowały się:

  • Sznycelki "Weguś" a'la cielęce
  • Hummus BIO naturalny
  • Pasztet sojowy z pomidorami
  • Hummus BIO z pomidorami suszonymi
  • Paprykarz wegetariański z kaszą jaglaną (skład oczywiście 100% vegan ;) ) 




Firmie Primavika bardzo dziękuję!! Ale recenzja ma być obiektywna to nie będzie niestety tak w 100% kolorowo ;)
Zacznijmy od smarowideł do chleba. Absolutnie przepyszny był paprykarz z kaszą jaglaną. Ja zawsze robię z ryżem brązowym ale muszę spróbować z kaszą jaglaną. Jest absolutnie "domowy". Idealnie doprawiony i pyszny. 




Następnym faworytem jest pasztet sojowy z pomidorami. Ja generalnie nie cierpię tych pasztetów sojowych z foremek i słoików bo dla mnie zawsze smakują jak lekko przyprawiona, namoczona tektura. Tak jak nigdy nie lubiłam pasztetów z padliny w foremkach tak nie trawię tych sojowych. Jednak ten mogę Wam polecić z czystym sumieniem. Jest naprawdę mega dobry. Mocno czuć w nim pomidory, jest wyraźnie przyprawiony i nie czuć w nim tej "tekturowatości". Jeśli Primavika wprowadzi go do sieciówek typu TESCO będę na bank kupować. 




Następnie mieliśmy Hummus BIO z suszonymi pomidorami. I tu też strzał w dziesiątkę. Pyszny, delikatny o bardzo lekkiej konsystencji. Jak robię hummus samodzielnie to lubię jak jest taką ciężką, gęstą pastą, którą trudno jest rozsmarować a nachosy się w nim łamią ;) Ten hummus jest pyszny i bardzo łatwo się rozsmarowuje. 



No i na koniec niestety łyżka dziegciu w tej beczce cukru... Hummus BIO naturalny. Był tak niesmaczny, że nawet zapomniałam i zrobieniu zdjęcia... Kwaśny jak nie wiem z dziwnym posmakiem... nie wiem czego. Naprawdę najgorszy produkt z tej całej paczki. Nie kupiłabym go na pewno sama :(

A na koniec zostawiam totalny hicior, czadzior i petardę. Nazwa niezbyt zachęcająca ale nie nastawiajcie się przez to negatywnie. Szycelki Weguś a' la cielęce. Wiem, że weganie dzielą się na tych normalnych, którzy nie udają, że weganami są od urodzenia i brzydzą się mięsem więc jedzenie "mięsopodobnych" potraw to grzech ciężki i zasługuje na wieczne potępienie. I są ci dziwni, którzy są przeciwieństwem tych pierwszych ;) Ja nigdy nie ukrywałam i nie zamierzam ukrywać, że mięso uwielbiałam, kochałam jego smak i za tym smakiem tęsknię. Jednak z miłości do zwierząt zrezygnowałam z niego i nie żałowałam tego dotychczas nigdy. I cieszą mnie te wszelkie wegekiełby, szynki, kebaby i cała reszta "fake meat". Sznycelki Weguś to czysty obłęd dla tęskniących za mięsem. Zapach- 100% mięsa. Konsystencja- 100% mięsa. Smak- idealnie mięsny. Koleżanka z pracy, która je mięso była w szoku, że to wegetariańskie. Może wygląda nieco nieestetycznie ale naprawdę- warto kupić raz na jakiś czas jeśli chcecie znowu poczuć ten smak. 



 

My sznycelki zjedliśmy z kaszą jęczmienną i sosem pieczeniowym oraz buraczkami zasmażanymi. Bardziej polskiego obiadu się nie da przygotować ;) 
No to to by było na tyle. Odzywajcie się kochani w komentarzach i na moim fejsbukowaym Fan Pejdżu. Liczę na Was bo ostatnio bardzo ucichliście (ja też, wiem). Została mi jeszcze jedna recenzja BIO Tofu z Polsoi.  A ja niedługo ruszam z nowym projektem blogowym więc trzymajcie rękę na pulsie :)

niedziela, 23 sierpnia 2015

Przepyszny, kremowy tofurnik czekoladowy.

Hej kochani!!

Przez ostatnie zawirowania i wydarzenia zaniedbałam bloga. To fakt, że ostatnio przebywanie i praca z Wisą zajmowała mi 90% wolnego czasu ale na szczęście sytuacja powoli się normuje. Minął już okres adaptacyjny Wisy u nas, sucz bezapelacyjnie uznała mnie za swojego przewodnika co baaardzo nam pomaga ogarniać nowe sytuacje jak na przykład jeżdżenie autobusem. Mimo, że widać, że boi się wsiadać bo autobusu i jechać w nim to robi to bo widzi, że ja się nie stresuję. Jest niezwykle pojętna, w lot łapie wszelkie sztuczki, szkoli się ją błyskawicznie. Jest wspaniała. No ale to już wiadomo :P Zaraz przejdę do przepisu (bo zostały do zrecenzowania 2 przepisy z udziałem BIO Tofu firmy Polsoja) tylko jeszcze wrzucę Wam (tym co szczęśliwie nie mają Fejsa) filmik  Wiską nie bojącą się krowy. A to spory wyczyn bo jak z daleka widziała krówki to nie chciała podejść ale gdy zobaczyła, że ja podchodzę do krowy i ją głaszczę to ośmieliła się.



A teraz wróćmy do tematu posta czyli tofurnika. Dawno go nie robiłam więc pomyślałam, że wykorzystanie do tego przepisu BIO Tofu będzie idealną sposobnością do popełnienia tego słodkiego grzechu ;)


Składniki:


  • 2 kostki BIO Tofu firmy Polsoja
  • 1,5 szklanki cukru lub innego słodu 
  • 2 paczki ciasteczek pełnoziarnistych (ja użyłam Bonitków z Biedry)
  • 5 łyżek masła orzechowego (spokojnie możecie zastąpić tłuszczem koko albo wegańską margaryną- ja wzięłam masło bo ostatnio kręcę go kilogramy)
  • 2 tabliczki czekolady deserowej
  • 2 budynie czekoladowe
  • sok z 1 cytryny
  • 1/2 szklanki mleka (ja użyłam czekoladowego skoro tofurnik ma być czekoladowy)
  • 1/3 szklanki oleju

Najpierw przygotowujemy spód. Ciasteczka pełnoziarniste mielimy w blenderze albo rozbijamy młotkiem na ciasteczkową mąkę. Mieszamy z rozpuszczonym tłuszczem koko lub margaryną albo- tak jak ja- zagniatamy z masłem. Masą wykładamy formę (ja niestety miałam tortownicę o średnicy 28 cm dlatego ciasto jest takie płaskie). Wstawiamy do zamrażalnika. 




Teraz czas na masę serową. BIO Tofu dokładnie odciskamy z nadmiaru wody. Pokruszyć i dodać sok z cytryny i cukier. Zmiksować na masę dodając mleko i olej. Masę odstawić i w kąpieli wodnej rozpuścić jedną tabliczkę pokruszonej czekolady. Dodać do masy tofurnikowej i na sam koniec wsypać 2 budynie czekoladowe. Miksować jeszcze chwilę. Masę wylać na zmrożoną wcześniej warstwę ciasteczkową. Tofurnik wstawić do piekarnika nagrzanego do 160 stopni i piec godzinę lub nieco dłużej. Sprawdzać patyczkiem. 





Tofurnik wyjąć i odstawić do przestygnięcia. W tym czasie w kolejnej kąpieli wodnej rozpuścić drugą tabliczkę czekolady z kilkoma łyżkami mleka. Mleko dolewajcie po łyżce, żeby polewa nie wyszła zbyt rzadka. Na przestygniętym tofurniku rozsmarujcie polewę czekoladową. Et voila :)





Ciężko się powstrzymać przed zjedzeniem go w jeden dzień ;) Jest absolutnie pyszny, delikatny, kremowy i wcale nie tak zatykająco słodki. Jestem dumna z tak świetnego tofurnika :)
Róbcie, eksperymentujcie i delektujcie się. Ja idę na spacer z Wiską. 







piątek, 7 sierpnia 2015

Matka Polka w końcu dorwała się do kompa...

Witajcie kochani!!
Na początku chcę Wam wszystkim podziękować, że nadal ze mną jesteście. Mimo mojej niesumienności i braku czasu. Wielkie dzięki bo to właśnie WY sprawiacie, że podejmuję się nowych wyzwań kulinarnych i staram się rozwijać- chociażby jeśli chodzi o jakość zdjęć ;)
Weszłam dziś na bloga i przeraziłam się. Ostatni post był równo miesiąc temu. Zleciało jak z bata strzelił... Ja totalnie nie mam teraz czasu- ciągle coś robię, ciągle latam, biegam, szkolę i uczę. Wisa zajmuje mi praktycznie 90% wolnego czasu. Codziennie rano wstaję o 4:50 (skończyło się wysypianie do 6:10) i lecę na godzinny spacer po polach z nią. I powiem Wam, że nigdy bym nie pomyślała, że to sprawi mi przyjemność ;)




To dla mnie zupełnie nowe uczucie- iść przez pola i patrzeć jak budzi się dzień. Jak słońce wychodzi, jak zwierzęta budzą się do życia a te nocne uciekają do swoich kryjówek. Mieszkam tu już 4 lata a dopiero w tym miesiącu zobaczyłam na własne oczy zające, sarnę i Pana Lisa (nie wiem czemu od razu pomyślałam, że to Pan Lis a nie Pani Lisica). Wisa znalazła jego norę. Oczywiście nie zbliżałyśmy się do niej zbytnio, żeby nic Lisowi nie popsuć. 




Ja zawsze nie cierpiałam chodzić... A tym bardziej jeśli spacer z psem wiązał się z owinięciem się smyczą i zabezpieczenie psa w kaganiec i szelki u monitorowanie tylko okolicy czy przypadkiem na horyzoncie nie pojawia się ktoś kogo mój pies mógłby zamordować... Nie zrozumcie mnie źle- Waluś był przecudowny i nie narzekam tylko mówię jak było. Spacer z nim nie był przyjemnością. Teraz zachłystuję się spacerami i wspaniałymi widokami gdy wszystko wokół budzi się do życia.





No i dzięki temu polubiłam chodzenie :) Tak, wiem jak absurdalnie to brzmi ale naprawdę nienawidziłam chodzić. Przejście 2 kilometrów było dla mnie męczarnią, woziłam tyłek autobusem nawet jeśli chodziło o odległość dwóch przystanków. A teraz 10 kilometrowy spacer to dla mnie narkotyk. Serio, po takim spacerze czuję się jak naćpana.




Jest po prostu świetnie. Psica jest mądra i ma przecudowny charakter. Jest przekochana i wpatrzona w nas bezgranicznie. No i do tego jest naprawdę śliczna. I absorbująca. Jak małe dziecko. Przez kilka pierwszych nocy kompletnie się nie wysypialiśmy bo Wiska kręciła się w nocy i marudziła. Przez tydzień od przywiezienia jej do domu jej stres adaptacyjny objawiał się tym, że... sikała raz na dobę. Przyprawiała mnie tym o palpitacje serca bo siedząc w pracy ciągle martwiłam się, że zsika się w kenelu i będzie musiała w tym siedzieć póki nie wrócę. Naprawdę czułam się (i nadal się czuję) jak matka pierwiastka. Bo nigdy w sumie nie mieliśmy szczeniaka. W sumie 12 miesięczny pies to jeszcze trochę szczeniak. Co innego niż 12 letni Hans czy 5 letni Waluś- stateczny pan pies. 
Ale spoko- dajemy radę ;) Minęły 2 tygodnie od kiedy zaczęłam już pracę z nią i mała jest bardzo pojętna. Umie już komendy "siad", "zostań" i "nos"- czyli targetowanie. Czuję, że będzie dla mnie ogromną pomocą w pracy z psami bo ma fantastyczny charakter i doskonale dogaduje się z innymi psami.


Ze swoim ulubionym kumplem- Drakiem.


Drako i Wiskacz.


I mimo, że czasami mam ochotę złapać się za głowę i krzyknąć "w co ja znowu się wplątałam!!" to naprawdę mega się cieszę, że ją mamy. Dzięki niej poznałam 2 bardzo fajne dziewczyny, z którymi chodzimy na wspólne spacery. A ja, jak każdy kto mnie zna to wie, mam problem z poznawaniem nowych ludzi ;) Ale psiarze to zupełnie co innego- od razu jest między nimi chemia :D Ja po prostu od 3 tygodni żyję na innej, zajebistej planecie o nazwie "Mam Przefantastycznego Psa" :) Wiem, że muszę nadrobić sporo recenzji. Zostały jeszcze 2 przepisy z użyciem BIO Tofu i cała paczka od firmy Primavika- bo dostałam do testowania kolejne pyszne produkty ;)







Notki będą teraz częściej, postaram się wrócić do rytmu 2- 3 postów miesięcznie. Sporo do nadrobienia jest i też muszę się nauczyć tak sobie organizować czas, żeby mieć go tyle samo co miesiąc temu i dodatkowo mieć psa wybieganego i wyszkolonego. A na koniec zdjęcie Wiskacza :)



Zapraszam Was też ma mojego Fan Pejdża na Fejsie :)  




wtorek, 7 lipca 2015

Odliczanie... Prawie jak do porodu ;)

Czuję się podekscytowana. A jednocześnie przestraszona. Dam radę? Co tym razem mnie, nas czeka? Z czym będziemy musieli się zmierzyć? Co tym razem się wydarzy i w jaki sposób tym razem wpłynie to na nasze życia? Jestem ogromnie szczęśliwa ale jednocześnie przerażona ciężarem odpowiedzialności jaki na siebie bierzemy. TAK- wiem. Zachowuję się totalnie jak kobieta w ciąży przed samym porodem. Bo, w rzeczywistości, tak własnie się czuję. Nigdy nie czułam nawet cienia instynktu macierzyńskiego. Nigdy nawet przez sekundę nie przeszło mi przez myśl, żeby mieć kiedyś dzieci. Za to od kiedy tylko pamiętam ogromnym uczuciem i opieką otaczałam zwierzęta. Dobrze, że znalazłam sobie faceta bo inaczej na bank zostałabym zdziwaczałą, starą panną otoczoną zwierzętami :D




Przybycie każdego nowego zwierzęcia do naszego domu jest dla mnie zawsze sporym przeżyciem. Jednak nic nie wymaga tylu przygotowań z mojej strony co oczekiwanie na psa. Psy kocham szczególnie. Nie wyobrażam sobie bez nich życia. W moim domu psy były od kiedy pamiętam. Już jako 5 letnie dziecko pamiętam niezwykle cierpliwego i kochanego cocer spaniela Smyka wziętego przez moich rodziców z Ciapkowa. Teraz dom bez psa jest dla mnie tylko pustymi, zimnymi ścianami, do których aż nie chce się wracać. 


Po odejściu Walusia oboje mieliśmy potłuczone serca. Waluś zmienił nasze życia i pozostawił ogromną pustkę po sobie. Przeżyłam niewyobrażalnie długie 10 miesięcy w domu bez psa. Wystarczy. Za dokładnie 8 dni- 16 lipca bladym świtem wyruszam do Murowanej Gośliny koło Poznania bo moje cudne maleństwo, naszą córcię :)




Odliczam dni jak do porodu. Serio!! Czuję się jak matka, która lada dzień ma rodzić ;) Wyprawkę ogarnęliśmy już w połowie z rzeczy, które zostały nam po Walutku. Ale nie potrafiłam sobie odmówić kupienia kilku, zupełnie niepotrzebnych psu, ale jakże pożądanych przeze mnie gadżetów jak na przykład ta mata pod miski:




Każdego dnia przeżywam mieszaninę uczuć: od skrajnej radości po strach. Z jednej strony cieszę, że trafi do mnie 11 miesięczny maluch, jeszcze nie wyszkolony, dzięki któremu będę mogła sprawdzić swoje umiejętności trenerskie i behawiorystyczne. Z drugiej strony jak sobie pomyślę, że już nie będzie spania do 5:50 tylko trzeba będzie zrywać się o 4:50 bez względu na to czy będzie lał deszcz czy sypał śnieg, czy z nieba będzie się lał żar, czy trzaskał mróz tooo.. Typowe dylematy i lęki młodej matki, prawda? ;) 




Na razie czas upływa mi na emocjonalnym odliczaniu dni. Każdego dnia wymyślam jej inne imię. Miała być już Morti, Baribal, Zgrzyt, Uzi, Pepesza, Mania, Niunia a ostatnio wygrała zdecydowanie Wiska. Wiska jak Vis- polski pistolet. Takie swojskie i z charakterem. Nie wiadomo czy jak mała już będzie u nas to nie wymyślimy dla niej zupełnie innego imienia. 
Postanowiłam też, że zacznę prowadzić V-Loga (tak to się pisze?) na Youtubie. Założę własny kanał i będę pokazywać jak szkolę, spędzam czas i rozwijam umysłowo i emocjonalnie mojego psa. Myślę, że będzie mi wtedy łatwiej wyłapać swoje błędy oglądając siebie na filmie. A ja akurat jestem baaaardzo krytyczna wobec siebie. Również liczę na to, że Wy zaserwujecie mi konstruktywną krytykę ;) 





Na razie tyle chciałam Wam powiedzieć. Dużo emocji targało mną w trakcie pisania. Myśląc o tym- przeżywałam to. Dzięki, że przeczytaliście. Nie zapomnijcie zostawić kilku słów od siebie w komentarzu :) Pozdrawiam Was ciepło.

czwartek, 18 czerwca 2015

Chińskie danie z makaronem Chow Main i BIO Tofu :)

Cześć kochani!!
Notka ta powstała w ogromnych bólach, przy akompaniamencie zgrzytania zębami głośne złorzeczenia.. Niestety nasz 6 letni laptop, na którym miałam całe centrum sterowania, umarł :( Czekamy teraz do lipca, żeby wziąć kredyt i zakupić nowy sprzęt a ja skazana jestem na totalnie do niczego nie nadający się złom jakim jest mój stary Notebook :/ Nawet nie będę Wam pisać jak okrutnie on muli bo czasami mam ochotę płakać pisząc coś na Facebooku. Lepiej więc nie będę rozpisywać się o tym co złe i niedobre tylko o tym co dobre. A co jest dobre jak nie jedzenie? :) I tu przechodzimy zgrabnie do dzisiejszej propozycji jaką dla Was mam. Tym razem będzie to danie kuchni, z której korzystam baaaaardzo rzadko.. Nie wiem czemu ale nie przepadam jakoś specjalnie za kuchnią chińską, jakoś nie do końca ona do mnie trafia. Ale to danie jest totalnie pyszne!! Sycące, kolorowe, pełne różnych smaków i struktur. Danie możecie przygotować zarówno ze świeżych składników jak i użyć mrożonej mieszanki warzywnej dobrej jakości.

Składniki:


  • 250 gramów makaronu Chow Main (lub użyjcie 3- 4 makaronu z zupek chińskich ale takich grubszych wstążek np. Amino)
  • 1 kostka BIO Tofu marynowanego w sosie Tamari firmy Polsoja
  • 1 paczka Warzyw Na Patelnię Orientalnych (ja użyłam firmy Hortex) LUB 1 pociętą w słupki marchewkę, garść kiełków fasoli Mung, garść zielonej fasolki, 1 biała część pora pokrojona w talarki, 1 papryka pokrojona w słupki, 4 grzyby Mun pokrojone w paski
  • 1 opakowanie dowolnych kiełków (my akurat mieliśmy kiełki rzodkiewki)
  • 1 kopiasta łycha ;) niesłodzonego masła orzechowego (najlepiej własnej roboty)
  • 4 łyżki wrzątku
  • 1 łyżka czerwonej pasty curry (zostało mi z orientalnego tygodnia w Lidlu)
  • olej
  • sól
  • pieprz
  • papryka w proszku
  • czosnek w proszku
  • imbir w proszku
  • sos sojowy




Do woka wlewamy kilka łyżek oleju i rozgrzewamy. Na rozgrzany olej wrzucamy albo mrożonkę albo pokrojone świeże warzywa i kiełki. Smażymy aż warzywa będą miękkie. Jeśli używacie mrożonki to pod koniec smażenia doprawcie warzywa mieszanką przypraw. Jeśli używacie świeżych warzyw doprawcie według własnego gustu przyprawami, które wymieniłam jako ostatnie w składnikach :) W międzyczasie przygotowujemy makaron Chow Main zgodnie ze wskazówkami na opakowaniu. BIO Tofu marynowane w sosie Tamari odsączamy, kroimy w sporą kostkę i smażymy na oleju aż kostka ładnie się przyrumieni i nabierze chrupkości.





Teraz czas na sos: masło orzechowe zalewamy kilkoma łyżkami wrzątku i dodajemy pastę curry. Rozcieramy tak by powstał sos gęstości śmietany. Gotowe warzywa z woka mieszamy z odsączonym makaronem Chow Main. Przekładamy do miseczek, na wierzch kładziemy podsmażone BIO Tofu i polewamy sosem orzechowym, I już możemy oddawać się jedzeniowej rozpuście :)




Danie jest naprawdę proste i bardzo szybkie do przygotowania. Z podanej powyżej porcji wychodzą 4 mniejsze porcje. Tak przygotowany makaron świetnie smakuje również następnego dnia odgrzany w pracy :)

Kochani a teraz kilka ogłoszeń parafialnych. Za tydzień (czyli dokładnie 27 czerwca) wyjeżdżam na praktyki z mojej szkoły. Nie będzie mnie przez 9 dni i wtedy będę zupełnie odcięta od świata bo spędzę te dni w schronisku dla psów MEDOR w Zgierzu więc jeśli ktoś będzie chciał mnie odwiedzić tam i poznać osobiście to zapraszam ;) Będę tam spędzać całe dnie od bladego świtu do ciemnej nocy. Z jednej strony trochę mi smuto, że moje urodziny wypadające 3 lipca spędzę z dala od rodziny i mojego P.O. męża a z drugiej będę przecież robić to co kocham. Mam dosyć mieszane uczucia co do tego ;) 
A kolejnym ważnym wydarzeniem w nadchodzącym czasie będzie bardzo ważny dla mnie dzień. Bo 16 lipca w końcu, w końcu, W KOŃCU będę miała psa!! :) Jadę wtedy pod Poznań i przywożę swoją nową córcię :)


Mała otrzyma imię Morticia od pięknej i uwodzicielskiej Morticii Adams ;) a w domu będzie po prostu naszą Morti :) I zastanawiam się nad rozpoczęciem nowej serii na blogu odnośnie szkolenia psów.. Tylko nie wiem czy po prostu nie lepiej będzie założyć nowego bloga TYLKO o psiej tematyce? Co o tym sądzicie kochani? Ten blog byłby stricte kulinarny a nowy traktowałby tylko o psach.. Koniecznie dajcie mi znać w komentarzach co sądzicie. Liczę na Was i Wasze opinie :)
To wszystko na dziś, trzymajcie się, buziak :*

sobota, 23 maja 2015

Serowy przełom!! Żółty ser wegański :)

Niezapowiadana i nieoczekiwana notka!! :)
Nie minął nawet tydzień od ostatniego wpisu ale zdecydowałam, że po prostu MUSZĘ podzielić się z Wami tym przepisem. I nie będzie to tym razem przepis z użyciem BIO Tofu Polsoji. Ale będzie nie mniej serowo :) Bo oto, Proszę Państwa, odważyłam się skorzystać z przepisu, który od jakiegoś czasu wprawiał w drżenie z podniecenia większość zagranicznych wegan, przepisu, który robił furorę i budził skrajne uczucia wśród Facebookowej społeczności. Przepis ten wywoływał tak gorące reakcje, że postanowiłam poświęcić się i wypróbować go dla Was ;) Ci, którzy polubili mojego Fan Pejdża poznali ten przepis już jakiś czas temu ale wiem, że są osoby, które nie mają Fejsa (o szczęśliwi!!) więc to dla nich ponownie wrzucam recepturę na... ŻÓŁTY SER z ziemniaków i marchewki!! Tak moim drodzy, brzmi dziko i szalenie ale nie ma się czego bać. Zabieramy się do roboty!!

Składniki:


  • 2 kubki pokrojonych w grubą kostkę ziemniaków
  • 1 kubek pokrojonej w grubą kostkę marchwi 
  • 120 mililitrów wody
  • 80 mililitrów oliwy
  • 1 płaska łyżeczka soli
  • 1 łyżka stołowa soku z cytryny
  • 1/2 kubka płatków drożdżowych (nasz serowy smak)
  • 1/2 łyżeczki cebuli w płatkach (ja kupiłam w TESCO)
  • 1/2 łyżeczki czosnku granulowanego
  • pieprz
  • 1/2 łyżeczki wegańskiego bulionu w proszku (ja nie dodałam a i tak był obłędny)

Marchewkę i ziemniaki gotujemy do miękkości w osobnych garnkach. Studzimy i wrzucamy do blendera. W kielichu blendera umieszczamy całą resztę podanych wyżej składników na raz i... po prostu blendujemy na gęstą masę :) Soli proponuję dodać najpierw połowę i spróbować masy. Ale SPRÓBOWAĆ a nie wyjeść łyżką prosto z blendera :D A uwierzcie, że grozi Wam to. 



Dla mnie to jest jakaś totalna magia.. Bardzo gęsty, niezwykle serowy w smaku dip. Jak tylko spróbowałam go po raz pierwszy pomyślałam sobie "Nie może być!! Oto ser powrócił do mojego życia!!". Naprawdę jaram się tym "serem" jak nie wiem :) Jest boski. Z podanej w przepisie ilości wyjdzie około 900 mililitrów pysznego, gęstego i intensywnie serowego dipu. 



Tak przygotowany sos możecie trzymać w lodówce aż TYDZIEŃ bez strachu, że się zepsuje. Ale zapewniam, że to się nie uda bo zniknie o wiele szybciej. Ja zakochałam się w nim do tego stopnia, że wyjadałam go czasami palcem ze słoika. A dodatkowo wymyśliłam, że do masy (tylko do takiego eksperymentu użyłabym połowy masy serowej) można dodać agar i podgrzać a potem wlać do miseczki i wrzucić do lodówki. Uzyskamy wtedy gałkę żółtego sera, który możemy pokroić w plastry :) I na pewno jest lepszy, tańszy i zdrowszy niż wszelkie vegan sery sprzedawane masowo :)



A dodatkowo wielkim plusem tego dipu jest to, że pasuje do absolutnie wszystkich dań do których należy wykorzystać w oryginale ser :) My jedliśmy go już na pizzy (zapieka się w miękką warstwę, naprawdę daje radę na pizzy), na grzankach, jako samodzielny sos do makaronu (genialne Mac'n'Chesse), jako sos w zapiekankach, jako ser do polania tart i zapiekanek, jako dip no nachosów i jako smarowidło do chleba. Ten sos nadaje się absolutnie wszędzie. I dodatkowo NAPRAWDĘ smakuje jak ser żółty. Oczywiście znalazło się kilka marud, które narzekały, że w ogóle nie smakuje serem tylko ziemniakiem z marchewką, mojemu mężczyźnie nie smakuje bo twierdzi, że smakuje jak drożdże ale come on!! Weganie mają już wystarczająco utrudnione zadanie ;) Mi ten sos bardzo, bardzo smakuje i naprawdę czuję w nim ser.



Zachęcam Was do eksperymentowania i przygotowywania tego dipu :) A jak już go zrobicie to wykorzystujcie go w nieskrępowany sposób wszędzie gdzie tylko przyjdzie Wam to do głowy :) Czekam teraz aż ktoś zrobi gałuszkę sera z agarem bo chwilowo nie mam go na podorędziu i nie mogę sama spróbować. Ale ciekawi mnie jak by to wyszło. Dawajcie znać w komentarzach jak Wam smakuje ten "ser" i zaglądajcie do mnie regularnie bo już niedługo kolejne danie z użyciem BIO Tofu Polsoji :) 
  



niedziela, 17 maja 2015

Makaronowe muszle z BIO Tofu i szpinakiem.

Witajcie :)
Na początku miła niespodzianka- mój blog został wybrany przez firmę Polsoja do przetestowania ich nowego produktu- BIO Tofu w kilku różnych smakach. Kurier przywiózł paczkę skrywającą 250 gramowe kostki tofu, do produkcji których użyto soi wyłącznie z ekologicznych upraw. Jeszcze raz zwróćcie uwagę, że kostki BIO Tofu są aż 250 gramowe!!





BIO Tofu jedzono zarówno "na surowo" jak i w potrawach sprawdza się bezbłędnie. Jest pyszne, delikatniejsze w smaku niż zwykłe tofu i wprost idealnie nadaje się do jedzenia na zimno lub na ciepło. 
Wiecie już co Was czeka? ;) Tak- następne przepisy będą napakowane BIO Tofu :) Swoje pichcenie zaczynam od wypróbowania tofu z pomidorami i bazylią. Przygotowałam muszle makaronowe z tofu i szpinakiem.

SKŁADNIKI:

  • 1 opakowanie muszli makaronowych (250 gramów)
  • 1 opakowanie BIO Tofu z pomidorami i bazylią
  • 1/2 paczki mrożonego szpinaku
  • kartonik passaty pomidorowej lub krojonych pomidorów w zalewie
  • 3 łyżki sojonezu
  • 2 łyżki sosu sojowego (próbować masy zanim dodacie)
  • łyżeczka czosnku suszonego
  • pieprz
  • bazylia 
  • olej 

Na początku przygotowujemy nadzienie. Tofu bardzo drobno kruszymy w palcach lub rozgniatamy widelcem. Na patelni rozgrzewamy nieco oleju i wrzucamy rozmrożony szpinak i tofu. Całość podsmażamy, dodajemy sos sojowy i pieprzymy. Dodajemy sojonez (możemy też rozmieszać w słoiczku 3 łyżki mleka sojowego, 3 łyżki oleju i łyżeczkę musztardy- to wspaniale zastąpi sojonez), chwilę mieszamy i zdejmujemy z gazu do przestygnięcia. Wstawiamy wodę na makaron: na 100 gramów makaronu dajemy 1,5 litra wody. Wodę solimy i dodajemy łyżeczkę oliwy. Makaron wrzucamy po kolei do wrzątku i bardzo delikatnie mieszamy. Gotujemy 11 minut. Makaron musi być al dente. Ostrożnie wyjmujemy pojedyncze muszle i rozkładamy każdą osobno na płaskiej powierzchni. Czekamy aż muszle chwilę przestygną i na dno żaroodpornego naczynia wylewamy sos pomidorowy składający się z passaty pomidorowej, czosnku, suszonej lub świeżej bazylii, łyżki oleju, soli i pieprzu. Przestygłe muszle delikatnie nadziewamy masą z tofu i szpinaku. Układamy w naczyniu na sosie pomidorowym i zapiekamy w temperaturze 180 stopni przez 12- 15 minut.




Makaron przekładamy na półmiski i polewamy sosem pomidorowym. Wierzch każdej muszli możemy posypać przed włożeniem do piekarnika startym wegańskim serem lub użyć fenomenalnego sera z ziemniaków i marchewki, który zrobił absolutny szał w internecie ostatnimi czasy ;) Przepis na ser ziemniaka i marchewki podam w następnej notce.




I oczywiście zapraszam do polubiania mojego fejsbukowego Fan Pejdża :)
Trzymajcie się i oczekujcie kolejnych tofu- przepisów :)

niedziela, 26 kwietnia 2015

Tym razem przepis... tylko dla panów!!! :)

Witajcie kochani :)
Trochę czasu minęło od ostatniego posta, mój Fan Pejdż (klikamy i lubimy) też trochę zamarł ale to tylko dlatego, że ostatni tydzień spędziłam w leśnej głuszy gdzie zasięg internetowo- telefoniczny był bliski zeru. Ale opłacało się zrobić odwyk od Fejsa- szkolenie było obłędne. Dotyczyło pracy z psami problematycznymi i agresywnymi. Jestem bardzo zadowolona, nauczyłam się bardzo dużo, zdobyłam cenną praktykę i zmieniłam swoje poglądy co do kilku spraw. Na pewno jadę na to samo szkolenie w najbliższej przyszłości ale tym razem namówiłam mojego T., żeby pojechał ze mną :) W ogóle mój ukochany ostatnio zaczął się zastanawiać nad zrobieniem kursu trenerskiego. Cieszy mnie to, że podziela moją pasję związaną z psami. A propos mężczyzn- dzisiejsza notka będzie o tyle nietypowa, że będzie to przepis tylko dla panów!! I jak dyskryminować to całkowicie: tylko dla BRODATYCH panów. Takich prawdziwych drwali. I nie będzie dotyczył gotowania (mężczyzn lepiej nie wpuszczać do kuchni bo potem czyszczenie ścian i sufitów może być nieco frustrujące). Panie oczywiście też mogą przygotować taki olejek jako prezent dla swoich ukochanych. Bo jak wiadomo- ostatnio zapanowała moda na brody. A broda nie może sobie tak po prostu rosnąć bez żadnej pielęgnacji bo po jakimś czasie pojawi się na niej łupież a skóra pod włosami będzie wysuszona i swędząca. Modę na brody podchwyciły firmy kosmetyczne i zaczęły produkować odżywki, mydła i szampony do bród. I wszystko byłoby ok gdyby nie ceny tych specyfików. Bo jak masz gęstą brodę to musisz płacić!! I to ile!! Około 100 zł za malutką buteleczkę odżywki. Bo firmowa. A guzik. Zróbmy swoją. Taką, która wystarczy na wiele, wiele dłużej niż te sklepowe i jest ponad połowę tańsza. Ja wszystkie składniki kupiłam na allegro, tylko witaminę E w aptece i olejki w jakimś ekosklepie. Starajcie się kupować te z oznaczeniami eko, bio i tłoczone na zimno bo są po prostu najzdrowsze :)

Co potrzebujemy?



Od lewej ustawiłam kolejno buteleczki zawierające:

  • olej arganowy- 26 mililitrów
  • olej konopny- około 35 kropli
  • olejek jojoba- 26 mililitrów
  • witaminę E (do kupienia w aptece)- 30 kropli
  • naturalny olejek sandałowy- około 11- 13 kropli
  • naturalny olejek pomarańczowy lub mandarynkowy- około 12 kropli
  • strzykawka (taka 20 mililitrowa)
  • buteleczka z atomizerem (np. z Sephory- wtedy zróbcie 2 razy mniej olejku bo ich buteleczki są małe)


Taka ilość olejku wystarczy na około 6- 8 miesięcy i będzie kosztować Was dużo mniej niż sklepowe mieszanki. Receptura jest dosyć prosta- należy po prostu wlać ostrożnie wszystkie składniki olejku do buteleczki i dokładnie rozmieszać. Tylko nie przesadzajcie z olejem konopnym. Nie dawajcie go więcej niż w moim przepisie. Nawet dajcie mniej bo jeśli przedobrzycie to olejek będzie po prostu śmierdział. Olej konopny naprawdę mocno śmierdzi taką oborą i Wasz mężczyzna zmieni się w prawdziwego rolnika spędzającego całe dnie w oborze ;) Przynajmniej takie będzie mieć wrażenie ;)
Na gęstą brodę wystarczą 2- 3 kropelki albo psiknięcia z buteleczki z atomizerem. Ja najpierw mieszankę wlałam do buteleczki podróżnej kupionej w Rossmanie.


Ale mojemu brodaczowi niewygodnie było używać buteleczki z pompką, z której olejek wyciekał samoistnie i tłuścił wszystko dookoła to zakupiłam w Sephorze za 10 zł buteleczkę z atomizerem, która sprawdza się świetnie.




Przyznam, że broda pachnąca mandarynką jest po prostu boska!! A i po miesiącu codziennego używania zauważyłam, że kondycja brody mojego T. naprawdę się poprawiła. Włos jest lśniący i nawilżony i nie ma łupieżu. No i ten zapach!!!
Opłaca się robić takie rzeczy samemu, bo i robienie sprawia dużo frajdy i myśl, że obdarowaliśmy kogoś własnoręcznie zrobionym prezentem jest bezcenne :)
Trzymajcie się ciepło i do następnego postu!!