Z okazji dzisiejszego święta Niepodległości postanowiliśmy upichcić taki, powiedzmy, Polski obiad. Nie pojechaliśmy w tym roku do Warszawy na Marsz. I dobrze. Bo tym co zrobili kibice w zeszłym roku wolałam zostać w domu a nie iść tam i wkurzać się na debilizm obu stron. W domu przygotowaliśmy kotleciki z ziemniaków i marchewki, buraczki tarte zaciągnięte mąką i (średnio Polski) ryż przyprawiony megapyszną mieszanką przypraw. Zrobiłam hurtowo masę z około 3 kilogramów ziemniaków. Wyszły z tego 23 duże i grube kotlety!! Moc :) Zacznijmy więc od przepisu na kotlety (podam Wam przepis na mniejszą ilość):
Składniki:
- kilogram ziemniaków
- pół kilo marchewki
- czosnek
- paczka przyprawy do ziemniaków bez glutaminianów i innych syfów
- pieprz
- sól
- skrobia ziemniaczana
- bułka tarta do obtoczenia
- olej do smażenia
Ziemniaki i marchew gotujemy w oddzielnych garnkach. Oczywiście solimy wodę. Gdy ugotowane marchewki i ziemniaki ostygną mielimy je razem lub baaaardzo dokładnie ugniatamy. Masę doprawimy według własnych upodobań i zagęszczamy mąką ziemniaczaną. Formujemy z masy kotleciki i obtaczamy w bułce tartej. Ja przed smażeniem wstawiłam do lodówki na pół godziny, żeby mniej się rozpadały bo masa jest bardzo miękka. Smażymy na rozgrzanym oleju. Kotleciki są przepyszne- spieczona skórka jest chrupiąca a wnętrze mięciutkie i aksamitne. Palce lizać.
Do tego podałam ryż. Jedną torebkę na osobę. Gotuję ryż a po ugotowaniu mieszam z jedną łyżką oleju na torebkę i dodaję kolejno: ćwierć łyżeczki czosnku granulowanego, łyżeczkę papryki słodkiej i ćwierć łyżeczki Dhal Masali. Ryż jest pikantny i naprawdę fantastycznie pyszny. A buraczki to Doprawione cukrem i zaciągnięte mąką buraczki ze słoika z Biedronki. Obiad dla 3 osób kosztował nas około 8 złotych :) Coś wspaniałego.
A wczoraj moja mama zaprosiła nas na wegański obiadek :) To naprawdę słodkie, że chciało jej się gotować coś specjalnie dla nas. Cieszę się, że rozumie to co robimy i akceptuje to. Bo niestety rodzina mojego ukochanego uważa, że jego wegetarianizm to "fanaberie" i "wymyślanie sobie jakiś dziwacznych diet".. Może kiedyś zrozumieją. Kropla drąży kamień.
A na zakończenie nasz parchatek ze swoją ukochaną piłeczką :)
cudownie czytać Twoje nowe wpisy... i z każdym kolejnym coraz bliżej mi już do przejścia na weganizm... :)
OdpowiedzUsuńa co do marszu to moim zdaniem oczywiście, wybrałaś najlepszą z możliwych opcji ;)
PS. ja z wegetarianki, prawie już na pełen weganizm przechodzę, a Twój kolega na wegetarianizm... kolejne piękne zmiany.
gratuluję!
dziękuję Tobie, i sobie nawet ;p ;)
Małymi kroczkami i zobaczysz, że weganizm da się przecież ogarnąć. Kiedyś mi się w głowie nie mieściło, że można nie jeść sera i nie pić mleka. Naprawdę uważałam to za przegięcie a teraz nie wyobrażam sobie powrotu do tego. Zobaczysz, uda Ci się i będzie super.
OdpowiedzUsuńCo do Marszu to trochę mi przykro, że w tym roku nas nie było. To była taka nasza tradycja ale.. jakoś po tym co było nawet nie chciało mi się tam jechać.
Trzymam za Ciebie kciuki i pozdrawiam :)
ja tam nie wychodzę z domu 11 listopada, bo strach :P
OdpowiedzUsuńMyśmy sobie oglądali Warszawę w Tv siedząc w domku. Naprawdę było mi przykro, że ZAWSZE znajdzie się banda debili, która jedzie na Marsz TYLKO po to, żeby zacząć tłuc się z policją, lewakami czy nawet między sobą. Już i tak obejrzałam kilka filmików i masę zdjęć, które niby dokumentują, że zamieszki były prowokacją policjantów s cywilu ale ja zawsze te rewelacje i z lewej i prawej strony dzielę przez pół. Wiadomo- każdy zrzuca winę na tą drugą stronę a sam za uszami ma nie mało.
OdpowiedzUsuńA ja się cieszę, że mimo, że dla większości odwiedzających jestem pewnie "wstrętną faszystką" albo "prawicowym kołkiem" to i tak możemy sobie miło pogadać :) To jest właśnie zajebiste w miłości do zwierząt- zaciera granice i jednoczy ludzi :)
Cześć :) Zapraszam CIę do blogowej zabawy
OdpowiedzUsuńhttp://pamietnikwegetarianki.wordpress.com/2012/11/13/liebster-blog-award/