piątek, 11 lipca 2014

Bób i kilka innych zdjęć.

Czołem!!
Dziś bez zbędnego gadania.
Nadszedł wyczekiwany czas bobu za 6 zł za kilogram :) Kupuję często i robię różne pasty, sosy albo po prostu obiady z bobem jako gwiazdą dnia. Ostatnio wpadł mi w łapy super przepis na bobik z okrasą. Trafiłam na jego niewegańską wersję w jeden z gazet kulinarnych i postanowiłam nieco pokombinować. Jedzony ze świeżym, chrupiącym chlebem jest po prostu obłędny. Potrzebujemy tak niewiele by cieszyć się pysznym obiadem.

Składniki:


  • 1 kilogram bobu
  • olej
  • 1 duża cebula
  • 4- 6 ząbków czosnku (w zależności jak czosnkowe potrawy lubicie- ja daję 6 ząbków)
  • pęczek świeżego koperku
  • szczypta ostrej, mielonej papryki (ja nie dodawałam)
  • sól do smaku


W garnku doprowadzamy do wrzenia osoloną wodę. Do wrzątku wrzucamy bobik i czekamy aż ponownie się zagotuje. Od tego czasu odmierzamy maksymalnie 5 minut i odlewamy bób oraz przelewamy do zimną wodą. Tak ugotowany bób idealne łatwo obiera się z łupinek (co robimy od razu jak tylko bobik ciut przestygnie), ma cudowny, intensywny zielony kolor i cudowny smak. To dla mnie totalna nowość bo u mnie w domu mama zawsze gotowała bób prawie godzinę a wtedy stawał się on mazisty i mączny w smaku. Teraz będę przygotowywac bób tylko tak :) 
Czas na sos.  
Cebulę drobniutko siekamy, koperek również, czosnek przeciskamy przez praskę i lekko solimy. Na oleju podsmażamy najpierw cebulkę do zeszklenia a potem dodajemy czosnek i smażymy jeszcze około 4 minuty. Zdejmujemy z gazu i mieszamy z posiekanym koperkiem.
Gotową okrasą polewamy wyłuskany bób i zajadamy ze świeżym chlebkiem.



Wybaczcie ta wyszczerbioną miskę albo to moja ulubiona miska w ludowe wzory, TEN typ naczynie, które przechodzi z pokolenia na pokolenie ;)

A tu kilka zdjęć losowo wybranych z folderu ze zdjęciami:

Wieża widokowa 250 metrów n.p.m. Widok nieziemski.


Ślimak, ślimak...


That's right.





Lion of Zion na jednym z gdańskich murków :)


Kartka na klatce schodowej w jednym z bloków, Bardzo PRL'owska :)


Nasza ulubiona krówka z sąsiedztwa, którą mój T. nazwał Marceliną i pod wpływem której
 zapadła decyzja, że posiadając własny dom będziemy mieli krowę ;)


Takie widoki u mnie praktycznie za oknem :)


I takie też.

4 komentarze:

  1. Alutko, a u mnie bób bywa nawet po 4,50 za kg! I też wciąż go jemy - tak zwyczajnie ugotowany, czasem podsmażony póżniej na patelni z czosnkiem i oliwą, czasem po toskańsku - duszony z pomidorami i ziołami. Czasem w paście na chleb, a teraz przymierzam się do zrobienia hummusu, też podobno bardzo smacznie wypada w tej formie. A zresztą bób uwielbiałam zawsze, nawet taki rozgotowany, jaki pamiętam z dzieciństwa, ale w krótko gotowanym bardziej odpowiada mi konsystencja. Zjem go w każdej dowolnej formie i prawie w każdej dowolnej ilości:-)

    Piękne masz widoki za oknem, u mnie też bywają podobne. Ale po co Wam krowa??? Jest piękna, to prawda, ale jednak dość kosztowna w utrzymaniu, bo duże zwierzę musi dużo jeść. Latem wspomoże Was łąka, ale na zimę trzeba mieć słomę i siano, które gdzieś trzeba magazynować. Ja wolałabym owcę (światnie kosi trawniki) albo nawet świnię, która z łatwością zastąpi stróżującego psa. A mina, jaka przypuszczalnie pojawiłaby się na obliczach naszych sąsiadów - rolników i hodowców - bardzo chciałabym ją zobaczyć. No jak to, przecież świnie się je! I do tego są brudne (wcale nie, jeśli nie muszą mieszkać w brudnym chlewie) - więc jak to - świnia? A po co? Ha ha ha:-)) Wiem, też spytałam Cię - po co krowa, ale jednak mnie zaskoczyłaś tym pomysłem...

    OdpowiedzUsuń
  2. Bób po 4,5 zł... Zazdraszczam...
    Krowa to takie marzenie, nie wiadomo czy kiedykolwiek się spełni. Jak pewnie zauważyłaś napisałam "JAK BĘDZIEMY MIELI WŁASNY DOM" ;) a to oznacza jak będziemy już obrzydliwie bogaci bo na razie stać na wynajem zaanektowanej doskonale na mieszkanie piwnicy w domu jednorodzinnym. Marzy nam się domek z bali, w ogródku mały kurniczek i dwie krowy rasy Highland Cattle. A po co? Żeby mieć i kochać :) Tak totalnie po prostu- jak psa. Kurki też mieć, żeby sobie spokojnie żyły u nas, dostojnie dreptały po ogródku i grzebały swoimi śmiesznymi nóżkami w piachu. W ogóle marzy mi się azyl dla zwierząt gospodarskich.. Ale to są marzenia.. Pewnie nigdy nie będziemy tak bogaci, żeby mieć ten domek z bali i choć jedną krówkę uratowaną z targu :(

    OdpowiedzUsuń
  3. oo też macie krowę, pozdro ;) a macie może opcję załatwić środek na muchy? "Moją" sąsiedzką krowę okropnie żrą bąki bydlęce, próbowałam skombinować jakiś odstraszacz ale okoliczni weci zajmują się tylko psami i kotami, a "wiejscy" mają środki na muchy po 500ml za stówkę, które starczają na szechset krów. A ja chcę tylko dla jednej.. :(
    też mam takie marzenia. Że schron dla ofiar hodowli, że kury, świnie, krowy.. ale słabo mi idzie, na razie nie mogę mojego małża namówić nawet na królika z Uszakowa eh ;/

    OdpowiedzUsuń
  4. W warszawie i całkiem ładny (choć nieco duży) po 4zł był ostatnio na targu :)

    OdpowiedzUsuń