czwartek, 6 stycznia 2011

Dietowe zmagania.

Witam wszystkich :) Od razu Was uspokoję, że dziś jeszcze nie wstawię zdjęć mojego wielorybiego cielska bo nie zdążyłam ich zrobić. Ale nie ma tego złego. Zrobiłam zdjęcie jednej z „potraw”, które muszę jeść będąc na diecie. Nawet nie jest najgorsze.. Fasolka z tofu marynowanym. Fasolkę gotujemy a tofu kroimy w plastry i zalewamy sosem sojowym (ja mam sojowo grzybowy za około 3,50 zł z Carrefoura) z dodatkiem zmiażdżonego czosnku, oliwy, sproszkowanej papryki i pieprzu. Zostawiamy na pół godziny i potem przesmażamy na łyżce oliwy. Ja lubię tak mocno wysmażone, że aż prawie chrupiące.




Powiem Wam, że nie było to najgorsze. O reszcie nie da się tego powiedzieć.. Pierwsze dwa tygodnie mam oczyszczające, porcje głodowe, totalnie pozbawione smaku i koloru :( Na śniadanie jedna deska żytnia Wasy i ogórek kiszony, drugie śniadanie to 3 kiwi (mniam!), obiad to np. brukselka wymieszana z grejfrutem (!!!) (zjadłam osobno, zbyt egzotyczne połączenie jak na mój konserwatywny umysł) , podwieczorek to dwie małe cukinie na surowo (bałam się jak nie wiem zjeść na surowo ale okazała się bardzo ciekawa w smaku :) trochę jak ogórek ale delikatniejszej fakturze i lekko słodka ) a na kolację fasolka z tofu. Sami widzicie, że po moich tortillach wybuchających kolorowymi warzywami, sojowym kebabem i sojonezem czosnkowym lub pizzach wegańskich ta dieta mnie wykańcza nerwowo ;) Wszyscy wokół objadają się pysznymi rzeczami a ja.. Dzisiaj patrzyłam z pożądaniem na tosty z kiełbasą, serem i majonezem mojego Tża.. Jak one pachniały.. Ale mam silną wolę i dam radę. Dziś minął 4 dzień diety, za 10 dni idę do pani dietetyk i dostaję nowy zestaw dań, już bardziej ludzki, będzie makaron (yay!!!), kasze, ryż. Pycha. Jedyny plus jak na razie to to, że muszę jeść dużo owoców, które są pyszne, soczyste i w ogóle ach, och, kolorują moje życie. Czasami miewam wręcz pornograficzne myśli o grzankach z sojową szynką i sojonezem.. Śnię o tofurniku z masą orzechową i ciasteczkowym spodzie.. Może powiecie, że to głupie że tak się katuje ale przynajmniej czuję bat nad sobą.. Bo bez takiego bata w postaci pani dietetyk, która bierze pieniążki za wizytę i każe mi zapisywać wagę i wymiary, nie schudłabym nigdy.. No i mam cel i tym razem będzie bez wykrętów. Pani dietetyk powiedziała, że w nagrodę za zgubienie pierwszych 5 kilo mam sobie sprawić nagrodę ale nie jedzeniową. Więc zrobię sobie tatuaż. Tylko jeszcze nie wiem gdzie bo motywów mam milion wybranych, chyba zacznę robić rękawek.. Tylko nie wiem czym. Różowymi lamparcimi cętkami?? Może...  :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz